Baśń spod Dwóch Księżyców (4): 2. We mgłę cz. 2

 

 

 

 

 Al złączył dłonie za plecami. Niepokój znów zbudził się w jego sercu i skrzaci chłopak ukrył go za uśmiechem, gdy strażnik otworzył wrota do Wielkiej Sali Geroda. Wszedł do środka, a wrota zatrzasnęły się za nim z potężnym hukiem.

 

 Grota wydała mu się ciemniejsza niż za rządów Ferla. Oświetlało ją zaledwie kilka szczapek bukowego łuczywa, po jednym na każdym ze stalagnatów, otaczających podest, gdzie znajdowała się ława obrad. Gerod, w gładkim, brunatnym kaftanie, siedział na końcu ławy, na krześle Mistrza, z oparcia którego jak z żyznej ziemi wyrastały stalowe maki, z poręczy zaś łodygi z makowymi liśćmi. Na jednej z nich słowik skubał dziobem swoje skrzydło, a Gerod delikatnie głaskał ptaka po szyi.

 

 - Mistrzu Gerodzie! - Al skłonił się lekko, gdy dotarł przed podest.

 

 Dopiero wówczas Gerod, uśmiechając się zuchwale, spojrzał na skrzata. Nie był jeszcze stary, czarne oczy błyszczały mu żywo młodzieńczą wręcz zapalczywością. Al mimowolnie porównał gnomiego Mistrza do Nola i myśl o tym, jak bardzo wydawali się do siebie niepodobni niemal go rozbawiła. Nol przypominał lodową skałę. W Gerodzie zaś lód Nola zastępował ogień, a wraz z nim porywczość serca, którą skrywał słabo i nieudolnie.

 

 - Wierzbowy Bard - rzekł Gerod i, nie spuszczając oczu z Ala, wskazał skrzatowi miejsce przy ławie, by usiadł. - Niegdyś lubiłem twe pieśni.

 

 Al wszedł na podest i stanąwszy obok ławy, znów sięgnął wewnątrz płaszcza po pergamin z pieczęcią Rady. Podając go Gerodowi, zaczął mówić:

 

- W imieniu...

 

 Gerod jednak przerwał mu niemal natychmiast, odrzucając pismo na podręczny stolik, uformowany z grubego stalagmitu.

 

 - Dość! Bez twoich formułek i tego świstka pergaminu wiem, po coś przybył, tracić więc na nie czasu nie będę. Siadajże wreszcie! Nie raz widziałem, jak Ferlo rozmawiał z tobą jak z równym i innych słów używałeś niż nakazuje ci poselski kodeks. Mów więc tak i ze mną, jeśli masz o czym!

 

 Słowik zaświegotał krótko i zatrzepotał skrzydłami, po czym poderwał się do lotu. Przez chwilę Al podążał za nim wzrokiem, aż ptak wyleciał przez okno i pochłonęła go czarna toń nocy. Skrzaci chłopak uśmiechnął się niemal niezauważalnie i usiadł wolno przy ławie. Podłokietniki krzesła rozrastały się na boki jak nagie buczynowe gałęzie. Al oparł na nich wygodnie ręce, czekając w milczeniu na dalsze słowa Geroda.

 

 Gnomi Mistrz zawołał sługę, który w okamgnieniu pojawił się znikąd, w szarej jak skała koszuli przepasanej pomarańczową krajką.

 

 - Podaj jeżynowe wino - zażądał Mistrz. Sługa przytaknął ruchem głowy i oddalił się pospiesznie, a Gerod spojrzał znów na Ala.

 

 - No więc cóż, leśny poeto? Nie domnieś posłował, lecz do Ferla. Do mnie - zaśmiał się, a jego oczy rozgorzały niczym grudki węgla - Nol wysłałby zaledwie ptaka, ze strofującym listem jak do nieposłusznego chłopca. To kazał przecież przekazać Ferlowi, czyż nie? By mnie okiełznał. Nic z tego. Nie oddam Twierdzy. Być może zbuntowałem się przeciwko Ferlowi i twojej Radzie, ale Skalni Mędrcy poparli mnie i to ja jestem nowym Mistrzem. Czy odpowiesz mi coś na to?

 

 Al uniósł brwi. Jak bez trudu przewidział wcześniej, Gerod bawił się jego obecnością jak marną zabawką. Cokolwiek powie, prędko zostanie to wraz z nim samym wyrzucone za wrota groty. Mógłby więc uznać swój poselski obowiązek za spełniony i już teraz złożyć pożegnalny ukłon, gdyby nie bardowska ciekawość, która kazała mu siedzieć na bukowym krześle dopóty, dopóki nie zostanie z niego wygoniony.

 

 - Twierdza podlega nie tylko Radzie - powiedział, zerkając przelotnie na sługę, który nadszedł właśnie z dzbanem wina i zaczął nalewać je do glinianych kielichów - ale za pośrednictwem Głównego Druida także Drzewnym Mistrzom. Przejmując Twierdzę na swój użytek, stajesz nie tylko przeciwko Radzie, lecz także przeciwko prawu Drzew.

 

 - Twierdzę - fuknął Gerod - stworzyły gnomy. Na gnomich ziemiach i tylko gnomy mają nad nią władzę. Prawo Drzew... Wyśpiewujesz słowa Nola jak swoje pieśni. Ładnie potrafisz mówić, tak, nie raz słyszałem już przecież, ale...

 

 Zamilkł i wziął do ręki swój kielich. Przez chwilę przeglądał się w granatowej tafli wina jak w zwierciadle, po czym dokończył ciszej, uśmiechając się lekko i zerkając znów na Ala:

 

 - Ale czy ty wiesz, wierzbowy chłystku, co jest w tej twierdzy?

 

 Pytanie zaskoczyło Ala bardziej niż mógłby się spodziewać, i zaskoczenie to, zanim je ukrył, musiało wymalować się na jego twarzy, Gerod zaśmiał się bowiem.

 

 - Nie masz pojęcia. - Poruszył wolno kielichem, wprawiając wino w ruch, po czym wziął niewielki łyk. - To, co tam jest, zdolne jest rozgnieść w proch twoje prawo Drzew.

 

 Al nic na to nie odpowiedział. Znów zdecydował, by przeczekać w milczeniu aż Gerod zacznie mówić dalej. Przez moment błądził wśród otchłani własnych myśli, na próżno licząc, że pojawi się w nich odpowiedź na pytanie Mistrza. Nic z tego, wizje nigdy nie pojawiały się na zawołanie, wiedział to przecież od dawna.

 

 Wciąż miał w głowie jedynie słowa ptasznika z targu, były jednak bez wartości, zbyt ogólne, by mogły go do czegoś doprowadzić. „Sekret jakiś pradawny. Klucz do wielkiej władzy i wielkich bogactw.”

 

 Sam zresztą nie wiedział, czemu ta twierdza zaczęła go tak interesować i zaśmiał się w duchu z własnej ciekawości. Nie przepadał za zagadkami i sekretnymi historiami sprzed tysięcy lat, pieśni układać o niej nie miał zamiaru, a polityka obchodziła go tyle tylko, ile było mu niezbędnie potrzebne.

 

 Gdy tak siedzieli przez chwilę w ciszy, ciemność w głębi sali drgnęła nagle, i zaszeleściła jak gałęzie w mroku nocnego lasu. Nie zważając na Geroda, który cały czas przyglądał mu się uważnie, Al zmarszczył brwi, starając się dostrzec, co było źródłem niespodziewanego ruchu i dźwięku. Wtedy w miejscu, skąd wcześniej dobiegł szelest pojawiło się światło, i skrzaci chłopak zobaczył postać, ukrytą całkowicie pod fałdami kaptura i płaszcza. Odwrócona do nich plecami, postać kucała obok otwartego paleniska, rozniecając w nim ogień, którego początkowo liche płomienie z każdą cząstką chwili coraz śmielej pięły się ku górze.

 

 Wzrok Ala utkwił w tych rozedrganych językach ognia, żółtozłotych jak płatki rudbekii. Im dłużej skrzat patrzył na nie, tym bardziej rozrastały się przed jego oczami, aż w końcu pochłonęły jak gdyby zakapturzoną postać, która lewitować zaczęła pół jarda nad ziemią, jaśniejąc niczym świetlik w latarni. Serce Ala odpowiedziało łopotem na tę wizję, i ledwo dosłyszał ciche słowa Geroda.

 

 - Powiedz mi, bardzie - rzekł Mistrz - czy gdyby niespodziewanie wpadło ci w ręce coś bardzo cennego, coś, czego dusza twoja pragnie od zawsze, czy nie poświęciłbyś wszystkiego, żeby to zatrzymać?

 

 Nie uśmiechał się już, a oczy błyszczały mu teraz dziwnie, niemal z przestrachem.

 

„On się mnie boi”, zdziwił się Al, nieco jeszcze oniemiały, przenosząc wzrok z powrotem na Geroda. „No tak, przecież... Przecież  przestraszył się mnie już kiedyś, wtedy, gdy byłem jeszcze dzieciakiem.” Przez myśli przemknęło mu wspomnienie ich pierwszego spotkania. „Mistrz Skał, który boi się bardowskich widzeń.

 

 Lub tego, co mogę w nich zobaczyć.”

 

 - Nie wiem - odpowiedział szczerze. Przeklął w duchu tę szczerość, powoli dochodząc do siebie.

 

 Gerod roześmiał się, jakby z ulgą.

 

 - Co z ciebie za bard, skoro o tylu sprawach nic nie wiesz. Coraz lichsze muszą być wasze skrzacie drzewa, skoro lepszych niż ty nie rodzą.

 

 Al uśmiechnął się, unosząc brwi.

 

 - Lepsi kłaniają się Drzewnym Mistrzom, a nie byle buntownikom.

 

 Gromy wystrzeliły wówczas z oczu Geroda.

 

 - Gdybyś posłem nie był, i bardem...

 

„Jestem jednak posłem. I bardem. I boisz się mnie, mimo wszystko”, pomyślał Al, nagle bardzo z siebie zadowolony.

 

 - Zjeżdżaj stąd - dodał Gerod po chwili. - Do Nola wysłałem już słowika. Prędzej dofrunie do Pokrętnych Dębów niż ty zdołasz dotrzeć z powrotem do granic Gnomiego Lasu i wyściubić nos poza obręcz bukowego warkocza. Gdybyś jednak osobiście chciał przekazać, i jeśli byś jeszcze nie pojął, to mówię ci teraz jak posłowi: odpowiedź moja to "nie" wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami.

 

 Al, wolno i niedbale, poruszył kielichem, który trzymał wciąż w dłoni. Po chwili dopiero odstawił go i wstał, i kłaniając się lekko Gerodowi, powiedział:

 

 - Jak żądasz tak będzie, Mistrzu Gerodzie.

 

 Odchodząc, zerknął raz jeszcze przez swoje lewe ramię, lecz postać w kapturze nie odwróciła się.

 

 

 

 

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania