Baśń spod Dwóch Księżyców (9): 4. Dziewczyna znad Jeziora Płonących Gwiazd cz. 2

 Al zagrał więc wesołą melodię, jedną z tych, które dusza jego potrafiła grać z łatwością i które wychodziły mu po mistrzowsku, a Féven słuchała, wpatrując się w bezkres buczynowych ostępów, wśród których budziło się powoli sekretne nocne życie lasu. Wóz toczył się wolno drogą w dół, po jakimś czasie zaś skryta za zasłoną zmroku rudość buków ustąpiła nieco ciemnej zieleni sosen, i zaczęły pojawiać się dookoła drzewa młodsze, niższe i gęstsze. W końcu Al dostrzegł w oddali światła osady i prześwit nad jeziorem, a potem, kiedy zbliżyli się jeszcze bardziej, zarysy domów, majaczące niewyraźnie w przyćmionym blasku skrzacich lampionów.

 

 Woźnica nie wjechał bezpośrednio do wioski, a skręcił w lewo, niżej jeszcze, ku samemu brzegowi jeziora i zabudowaniom gospodarczym, schowanym pośród nadjeziornej ściółki i pod kopułami gałęzi młodych buków i sosen.

 

 Teraz dopiero Al mógł zobaczyć naprawdę leśne jezioro, wcześniej bowiem zasłaniały mu je nadbrzeżne skały, które odgradzały centralną część osady od jego wód. Gładkie było jak tafla szkła i lśniło zielonkawą czernią w ciemności nocy, tu i ówdzie zaś gwiazdy odbijały się w nim, połyskując niczym białe złoto.

 

 - Czarnoksięskie pochodnie płoną w tym jeziorze, żywiej niż błędne ognie nad bagnami - powiedział Al, zamyśliwszy się i odłożywszy na bok lutnię. - Jeśli zapatrzysz się zbyt długo, zapominasz o wszystkim i chcesz wszystko zrobić, by dotknąć takiego ognia, choć wiesz, że to niemożliwe.

 

 - Jezioro to nierówne zwierciadło. Obraz gwiazd rozmywa się w nim, zniekształca, poszerza - rzekła na to Féven. - Prawa nauki, to wszystko.

 

 Al odwrócił wzrok od jeziora i przeniósłszy go na skrzatkę, zaśmiał się. Wóz zatrzymał się obok drewutni, przy wejściu do której płonęło przyjaźnie małe ognisko. Féven zeskoczyła z dennicy, podeszła do ognia i wyciągnęła dłonie, by je ogrzać. Kiedy Al poszedł jej śladem, uśmiechnęła się, trzeci raz dopiero od początku ich znajomości, i powiedziała:

 

 - Wychował mnie szklarz, nie poeta, a mnie samej także daleko do wyobraźni barda.

 

 - Ale ładnie to powiedziałeś, i niegłupio - dodała po chwili, poważniejąc i kierując wzrok ku tafli jeziora. Lekki wiatr wymknął się niespodziewanie zza traw i rozwiał jej włosy na boki jak kłaczki dmuchawca. Odgarnęła je z twarzy delikatnym, niedbałym gestem.

 

 - I ja tak czasem czuję - że odbicia gwiazd ciągną mnie do siebie jak coś, czego jeszcze nie znam, a powinnam i chcę, za wszelką cenę. Zresztą... W wiosce mówi się czasem, że to jezioro to magiczne zwierciadło, że gwiazd nie odbija, lecz pochłania ich blask jak czarna czeluść. Że to dom Licha.

 

 - I co, Licho naprawdę w nim mieszka? - zapytał Al.

 

 Féven spojrzała na niego i przez moment skrzat znów dostrzegł w jej oczach przebłysk wesołości.

 

 - Każda osada ma swoją historię, którą straszy dzieci podczas wieczorów opowieści. Gdyby wszystkie były prawdziwe, Licho miałoby trochę za dużo tych domów, nie sądzisz?

 

 Zabrała dłonie znad ognia i minęła Ala, by podejść z powrotem do wozu.

 

 - Pracownia mojej matki stoi pusta. Możesz się tam zatrzymać, jeśli chcesz - rzuciła jeszcze, zanim zajęła się odprzęganiem jeża.

 

 Al uśmiechnął się do siebie, zadowolony, po czym dołączył do woźnicy i zabrał się za przerzucanie gałęzi z wozu pod dach drewutni.

 

 Woźnica gawędził i żartował z drwalem, którego zastali w drewutni. Opowiadał o cenie, za jaką udało mu się sprzedać kosze na targu w sąsiedniej wiosce, skąd właśnie wrócili. Raz po raz zagadywał też Ala, podpytując go o różne sprawy, skrzaci chłopak nie był jednak zbyt rozmowny. Wolał zerkać na Féven, która, uwolniwszy jeża z zaprzęgu, głaskała go po głowie i drapała pod brodą. Jeż ochoczo poddawał się tym pieszczotom, kiedy zaś skrzacia dziewczyna zabrała rękę i zajęła się porządkowaniem uprzęży, jeszcze długo wpatrywał się w nią, zanim poczłapał do sterty chrustu i bukowych liści zgromadzonych obok ściany drewutni i utonął w niej jak w ciepłej kołdrze.

 

 Gdy skończyli w końcu pracę, Féven poprowadziła Ala krętą ścieżką w górę, dalej od brzegu jeziora i z powrotem w głąb lasu. Po ich lewej stronie, wśród gałęzi drzew iskrzyły się wciąż wesoło światła osady i migały kontury sylwetek poruszających się po wiosce mieszkańców. Niemal cały czas szli w milczeniu. Féven nie odzywała się prawie wcale, a gadatliwy zwykle Al także mówił niewiele, sam nie wiedział, czy to z powodu zmęczenia, czy może dlatego, że cisza w towarzystwie tej dziewczyny była łatwa, kojąca.

 

 Wkrótce wspięli się na łagodną skarpę i z prawej strony także dotarł do nich blask latarni, rozwieszonych na grubych bukowych konarach. Droga wiodła dalej pośród kępy zamieszkałych przez skrzaty drzew. Przystanęli dopiero przed ostatnim z nich. W cieniu potężnego, pokrętnego korzenia chowały się szarobłękitne drzwi oświetlane światłem żelaznego lampionu nad nimi. W górę pnia pięły się zaś schody, u szczytu których Al zobaczył dwa domy, mały na niższych, duży na wyższych gałęziach. Mniejszy dom tonął w mroku, skryty za kotarą buczynowych liści, okna większego świeciły za to radośnie jak dwa słońca, a z jego dymnika wydobywały się lekkie, przezroczyste kłaczki niebieskawego dymu, chłodzonego druidzkim pyłem, by gasić iskry i strzec las przed pożarem.

 

 Féven także zerknęła w kierunku unoszącej się ku nocnemu niebu dymnej strużki, po czym powiedziała, uśmiechając się, łagodnie i delikatnie tym razem:

 

 - Chodźmy najpierw na górę. Pewnie jesteś głodny, a Jyrcho chyba robi kolację.

 

 - Głodny to mało powiedziane - odparł Al, wchodząc za Féven po pokracznej spirali schodów, których stopnie wplatały się w nierówności i narośla na bukowej korze, miejscami zaś zastępowały je rude kapelusze huby.

 

 Gdy weszli do większego domu, powitała ich ciepła, jasna izba i zapach placków z berberysu i suszonych jeżyn, przez który zaczynała przebijać się z wolna spalenizna.

 

 - Jyrcho? - spytała Féven, ściągając w pośpiechu płaszcz i czapkę. Zarzuciwszy je na wieszak, podeszła do paleniska w rogu pokoju i zdjęła z niego patelnię.

 

 Al tymczasem rozejrzał się pobieżnie po izbie. Na jej środku stał okrągły stół z sosnowego pnia, a gałęzie oparć siedzisk rozrastały się na boki w niemal zabawnej plątaninie. Po lewej stronie pokoju znajdowała się część kuchenna, w której Féven zajęła się ratowaniem kolacji, po prawej zaś, przysłonięty nieco kotarą z suchego bukowego liścia, wymoszczony mchem płat sosnowej kory służył za czyjeś miejsce do spania.

 

 Były też dwa wejścia do sąsiednich pokoi. W jednym z nich po krótkiej chwili pojawił się skrzaci chłopak, młodszy od Ala i, jak Al ocenił, także od Féven. Wydawał się zaspany lub po prostu bardzo znudzony. Leniwym, niedbałym gestem odgarnął z czoła włosy, ciemne, jednak sypkie tak samo jak włosy Féven, po czym zerknął w stronę skrzatki.

 

 - Jesteś już. Jedzenie akurat robię.

 

 Usta Féven drgnęły niemal niezauważalnie w rozbawieniu, gdy uniosła w górę sczerniały placek.

 

 - Raczej przypalasz. Gdzie Fet?

 

 Skrzaci chłopak wzruszył ramionami.

 

 - Z ojcem. - Wziął placek od skrzatki, odgryzł porządny kawałek i zaczął przeżuwać powoli, od niechcenia. - Dla mnie się nada.

 

 Wzrok chłopaka padł wówczas na Ala, i jego oczy błysnęły nagle żywo.

 

 Féven także spojrzała na Ala. Przez cząstkę chwili wahała się jakby, nie wiadomo czemu, przyglądając mu się znów swoim dziwnym, badawczym spojrzeniem.

 

 „Przypomina młodego lisa”, pomyślał Al, uśmiechając się szeroko. Spłoszył ją nieco ten uśmiech, po raz pierwszy, i uciekła wzrokiem do drugiego chłopca.

 

 - To mój młodszy brat, Jyré... Jyrcho. A to bard Algén.

 

 - Al - dodał Al, nie spuszczając wzroku z Féven. Jej płochliwość rozwiała się już jak lichy obłoczek mgły, i dziewczyna zajęła się na powrót smażeniem placków.

 

 - Al. - Uśmiechnęła się do siebie.

 

 - Łuk druidzkiej gwardii! - zachwycił się Jyrcho, który podszedł tymczasem do pleców Ala i zaczął przyglądać się chciwie leszczynowemu łęczysku. - Wszędzie bym taki poznał, choć dotąd widziałem tylko raz w życiu, i z daleka, bo ojciec zabronił dotykać. Jak zawsze wszystkiego.

 

 Te ostatnie słowa powiedział z taką niechęcią, że Féven spojrzała na niego niemal karcąco.

 

 - Ojciec nie lubi broni, a ty byłeś dzieciakiem. Czemu miałby pozwalać ci bawić się nią jak zabawką?

 

 - Nie lubi! - prychnął Jyrcho. - Stado wilków leciałoby na nas, a on sam nie dotknąłby się łuku, ani nam by nie pozwolił.

 

 - Mogę zobaczyć? - zapytał zaraz Ala, gdy jego wzrok powędrował znów w stronę łuku.

 

 Al zrzucił z pleców tobołek, po czym ostrożniej zdjął z nich łuk i podał Jyrému. - Czemu nie.

 

 Chłopak porwał go ochoczo i rozsiadłszy się przy stole, zaczął badać palcem ozdobne żłobienia łęczyska z dziecięcą zachłannością. Al zaśmiał się do siebie bezgłośnie. Ściągając płaszcz i odstawiając pod ścianę swoje rzeczy, obserwował Jyrcha przez chwilę. Niepodobni byli ten brat i siostra, a jednak coś mieli wspólnego, tak bardzo, że nie dziwiło wcale ich pokrewieństwo.

 

 - Piękny! - Jyrcho wyszczerzył zęby w uśmiechu, gdy Al usiadł przy stole naprzeciw niego. - Skąd go masz, przecież jesteś bardem? Należysz do gwardii? Ja też będę należał, niedługo! Wyrwę się z tej dziury, od razu do Sén Serén, do gwardii.

 

 - Ojciec nigdy się na to nie zgodzi - wtrąciła spokojnie Féven, stawiając na stole talerze i miseczki z miodem, oprószonym pyłkiem z kwiatów czarnego bzu. Al wstał, by pomóc je rozłożyć. Zerknęła na niego spod grzywki jakoś zabawnie, po czym doniosła talerz z plackami.

 

 - Ojciec, ojciec... Jeszcze trochę i nie będzie miał nic do gadania - rzekł butnie Jyré, sięgając po placek i maczając go w swoim miodzie. - Zresztą już teraz mam go gdzieś.

 

 - Jyrcho! - Féven spojrzała na brata z wyrzutem. Jyré wydął usta na znak niezadowolenia, ale wzrok jego spokorniał i wydawał się jakby zawstydzony.

 

 - Nie należę do gwardii - Al odpowiedział na pytanie Jyrcha. On także nałożył sobie placek, nie zaczął jednak jeść, lecz, zamyśliwszy się, przez chwilę gładził palcem brzeg talerza. Ogień w palenisku zasyczał nagle jak zbudzony wąż. Al uśmiechnął się dumnie. - Do niczego ani nikogo nie należę. Ale z łuku strzelać umiem i jako druidzki poseł wyruszyłem z Sén Serén. Stąd druidzki łuk.

 

 - Jesteś posłem? Rady? - Jyrcho, który wcześniej wydał się nieco zawiedziony, że Al nie jest gwardzistą, znów się ożywił. - Dokąd posłowałeś, z czym?

 

 - Tajemnica go przecież obowiązuje - rzekła za Ala Féven. Oparła brodę na rękach, po chwili zaś zapytała z nagłym zainteresowaniem:

 

 - Jaki on jest?

 

 Al zmarszczył brew i spojrzał na nią pytająco.

 

 - Nol - wyjaśniła Féven. - Jesteś posłem, więc znasz go lepiej niż wielu innych. Mówią, że to najbieglejszy druid od setek lat. Jaki jest, naprawdę tyle potrafi?

 

 Al roześmiał się i wzruszył ramionami.

 

 - Nie mam pojęcia. Na alchemii się nie znam, i też mało mnie ona obchodzi. Dla mnie Nol to starzejący się dziwak. Choć rządzenie wydaje się mieć we krwi i ma w sobie jakąś niezwykłą siłę, nie sposób tego nie dostrzec. Czemu on cię interesuje?

 

 - Nie wiem - odparła Féven, wzruszając delikatnie ramionami. Spoważniała znów i przez chwilę skubała swój placek, pogrążona we własnych myślach, potem zaś wstała i podeszła do kuchni, by przynieść dzban z sokiem. Al również zajął się jedzeniem, raz po raz spoglądał jednak na skrzatkę, jakby w każdym jej ruchu było coś nieodgadnionego i ciekawego.

 

 - Fév to przecież też wiedźma - wybełkotał z pełnymi ustami Jyrcho. - Zna się na ziołach i warzy mikstury jak jakiś alchemik. Dlatego każdy taki dziwak ją interesuje. Nie można być bardziej zdziwaczałym niż nasz brat, a Féven i ojciec mają go za geniusza.

 

 - No co? - odpowiedział na spojrzenie Féven. - Taka prawda. Zresztą - zwrócił się na powrót do Ala - sam zobaczysz.

 

 Przez krótką chwilę jedli w milczeniu, do czasu aż oczy Jyrcha znów zapłonęły, a gdy zapytał: "Ojciec mówi, że będzie wojna, wiesz coś o tym?", wydawał się o niczym innym nie marzyć jak tylko o wojnie. Niespodziewanie przypomniał Alowi Geroda, bard jednak nie skupił się na tej myśli, coś innego bowiem zdziwiło go bardziej.

 

 „Skąd szklarz, z głuszy, gdzie Licho mieszka w jeziorze, wie cokolwiek o wojnie, która dla mnie jeszcze miesiąc temu była zaskoczeniem?”

 

 - Może i będzie, choć daleko jeszcze do tego - powiedział. - Na co ci wojna?

 

 - Łatwiej zostać wojownikiem - odparł Jyrcho takim tonem, jakby było to oczywiste. Al roześmiał się szczerze.

 

 - Zabiłeś już kiedyś jakieś stworzenie? - zapytał.

 

 - Nie. - Jyrcho spojrzał na niego spod grzywki.

 

 - Więc niech ci się tak nie spieszy do tego - rzekł Al, wciąż się uśmiechając.

 

 Milczeli znów przez jakiś czas. Al czuł jak powieki zaczynają opadać mu z wolna ze zmęczenia, był więc wdzięczny Féven, kiedy powiedziała, że zaprowadzi go już do pracowni, gdzie miał nocować. Dopił sok malinowy i zebrawszy swoje rzeczy, wyszedł za skrzatką z domu.

 

 Ciemniej wydawało się dookoła, Zamglony Wędrowiec skrył się bowiem za chmurami, a lampiony na sąsiadnim drzewie już zgasły. Féven szła pierwsza, trzymając w dłoni kaganek, który oświetlał im drogę po schodach. Gdy zeszli na dół, otworzyła błękitne drzwi i zniknęła we wnętrzu dziupli. Patrząc pod nogi, by nie zapaść się pomiędzy meandry korzenia, Al wszedł za nią.

 

 Odpaliła od świecy w kaganku latarnię stojącą na stole. Żółtawobiałe światło rozpierzchło się po warsztacie, i Al rozejrzał się. Przędze, nici i tkaniny wypełniały plecione z sosnowych igieł kosze, kociołki i flakony różnej wielkości cisnęły się na półkach w niestarannym porządku. Podszedł do stołu, po czym z zaciekawieniem przesunął ręką po pęku zeschłych kwiatów i wielobarwnych skrawkach lnianych płócien.

 

 - Moja matka była barwiarką - Féven odpowiedziała na pytające spojrzenie Ala. Sama rozglądała się po warsztacie jak po miejscu nieznanym lub dawno zapomnianym. - To była jej sekretna twierdza. Kochała nas bardzo i pozwalała na wszystko, ale tu zaglądać mogliśmy rzadko.

 

 - Zaczynam czuć się jak intruz - zażartował Al.

 

 - Niepotrzebnie - odparła lekko Féven. - To tylko dziupla. Od śmierci matki nikt z niej nie korzysta. Tylko Fet przychodzi tu czasami.

 

 - Twój drugi brat?

 

 Féven kiwnęła potakująco głową i uśmiechnęła się, tak samo łagodnie i delikatnie jak wtedy, gdy powiedziała, że ma wejść na górę, na kolację. Jej bursztynowe oczy zalśniły jak wcześniej gwiazdy w jeziorze.

 

 „Może ona naprawdę jest wiedźmą”, Al zaśmiał się w duchu, a Féven przyglądała mu się przez chwilę uważnie.

 

 „Ale uśmiecha się ładnie.”

 

 - Rozpal w piecu. Zimno tu - powiedziała potem, po czym wzięła do ręki kaganek i zerknąwszy raz jeszcze na Ala, wyszła z pracowni.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Jared 2 miesiące temu
    Jest trochę zamieszania w kwestii przecinków:

    Czarnoksięskie pochodnie płoną w tym jeziorze, żywiej niż błędne ognie nad bagnami - przed przysłówkiem w stopniu wyższym (żywiej) raczej bym przecinka nie stawiał

    Al uśmiechnął się do siebie, zadowolony, po czym dołączył do woźnicy i zabrał się za przerzucanie gałęzi z wozu pod dach drewutni. - przecinek przed zadowolonym zbędny. To nie jest wtrącenie

    uśmiechając się, łagodnie i delikatnie tym razem - tu też raczej nadprogramowo się pojawił

    Skąd szklarz, z głuszy, gdzie Licho mieszka w jeziorze - przed z

    Widzę robi się taki iloczyn Tolkiena i akcentów słowiańskich, bo chyba Licho w żadnej innej mitologii się nie pojawia :P Najlepiej się to czyta, kiedy właśnie wchodzą na scenę magiczne tafle wody z jeziora i tajemnicze elementy świata przedstawionego. Pierwszy akapit to maestria opisu - wypatrywałem kolejnych botanicznych widoczków. Nie wiem, czy czytałeś "Cieplarnię" Briana Aldissa, ale on tam właśnie snuje taką oniryczną baśń zieleni (choć bardzo okrutną) - o pająkach widzących na nici z księżyca i tak dalej. Podoba mi się - mam nadzieję, że nie przejdzie w typowe fantasy w dalszych partiach, bo tu mi miejscami tak pachniało. Ach, no i sorry za tak duży przeskok rozdziałowy, ale miałem ochotę na to :P
  • Zaczarowanyswierszcz 2 miesiące temu
    Dzięki za zwrócenie uwagi na przecinki :) Mam dość słabe wyczucie do interpunkcji, zazwyczaj, jeśli nie ma oczywistej zasady, nie mam przekonania czy przecinek powinien się pojawić, czy nie. Przejrzę i poprawię w wolnej chwili :)

    Nie czytałam "Cieplarni", ale kojarzę i chcę kiedyś przeczytać.

    Cieszę się, że póki co się podoba :) To jest dopiero absolutny początek, myślę, że kierunek, w którym ta opowieść pójdzie może w przyszłości zaskoczyć. Chociaż, jasne, pewne elementy świadomie bazują na klasycznym fantasy, czy mitologiach. Dlatego ciekawa jestem na ile uznasz kiedyś za typowe, na ile nie :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania