Baśń o Dwóch Księżycach (13): 6. Kto miesza w kotle jeziora? cz. 2

Zsiadłszy na brzeg, Jyré podbiegł na skały i zaczął zaraz rozglądać się za ojcem. Ogień płonął coraz żywiej i wyżej, i skrzaci chłopak dostrzegł szybko Fév jak dokładała do niego ze swoją pogodną powagą na twarzy, a włosy jej, splecione opaską z sosnowej igły wiązaną za uszami, o barwie tej samej co płomienie wraz z nimi tańczyły w lekkim wietrze. Wyczuła jego wzrok i podniósłszy oczy, kiwnęła głową i uśmiechnęła się, a Jyré pomachał jej ręką. Al także sam się znalazł i kręcił nieopodal, w tłumie całej tej skrzaciej wesołości. Fet siedział na drzewie ze spuszczonymi nogami, sztywno jak kukła. W ciemności zmierzchu i cieniu gałęzi jego dziecięca sylwetka cała była czarna, oczy tylko błyszczały chciwie i ciekawsko. Gdyby przyjrzeć się mniej dokładnie, kocielfem mógł być równie dobrze, nie skrzacim chłopcem. Ojca jednak Jyrcho znaleźć nigdzie nie mógł.

 

Gat także wszedł z niskiego brzegu na wzniesienie i płyty skalne, i stanął obok chłopaka, podpierając się gałęzią jarzębiny niczym olbrzymią laską. Trzy jemiołuszki zaczęły już nad nią latać, przepychając się skrzydłami i sięgając dziobami po koraliki owoców. Kyanna wybiegła do nich zaraz z tłumu, z uśmiechem szerokim na okrągłej twarzy, i zerwawszy sobie gałązkę z kiści, zawołała, by przebić się przez radosny gwar święta:

 

- Ojcze, chodź już, czekają aż rozpoczniesz!

 

Bajarz zaśmiał się, gdy Kyanna pospiesznie wplotła jarzębinową gałązkę w swój wianek z buczyny i nałożyła z powrotem na kruczoczarne włosy, po czym wmieszał się w gromadę mieszkańców osady i donośnym, choć głębokim głosem, który wszystkich na chwilę uciszył i każdy usłyszał, zaczął opowieść:

 

- Mistrzyni Sosna, wysoka pani, która ma skórę ciemną jak kora, i oczy tak samo ciemne, jak dwa węgle, a jej włosy jak chmura z sosnowych igieł i gałęzi, kochała od początku wszystko, co u progu czasów w wyobraźni Pana Drzew miało we wszechświecie być wodą. Pan Drzew widział, że zawsze niemal poważną i smutną twarz Sosnowej Pani uśmiech tylko rozświetla, kiedy o wizjach mórz, jezior i rzek, i wielkich bryłach lodowych, i deszczach świetlistych jak lawina gwiazd w swojej głowie rozmyślała, więc pozwolił jej w ich powolnym tworzeniu mu pomagać.

 

Jego samego czasami zadziwiała w swoich kreacjach, w tym, co z wody tworzyła. Bo przecież i Pana Drzew, choć genialny, niepojęty i przewidujący ma umysł, jego własne stworzenia nie raz zaskakują. A choć duszy Mistrzowie tworzyć nie potrafią, to z materią dobrze sobie radzą. Tworzyła więc Mistrzyni Sosna od cząstek materii najdrobniejszych jeziora, i rzeki, i morza, i bryły lodowe, i deszcze, i za to falki, Strażnicy Wody, ze wszystkich Drzewnych Dzieci najbardziej ją kochają.

 

Ale raz jeszcze Mistrzyni Sosna Pana Drzew zaskoczyła. Był demon jeziorny, taki, który służył tylko Lichu, i zamieszkał wśród kaczeńców. Co rusz wyciągał ponad powierzchnię wody swoją głowę porosłą oczeretem (a nad nią czarne motyle, jego ciemne myśli krążyły), by Mistrzyni Sośnie psuć plany i burzyć twory. A nie był to demon słaby, i moce miał także niemałe. Lecz pewnego dnia burza przyszła, wzdęła się woda i piorun, co trafił w jezioro, silnie zranił demona, i zaczął tonąć. Sosnowa Pani, bez jednej myśli, przeszła po wodzie, a piorun jej nie tknął (tę umiejętność tylko wodnicy potem po niej przejęli), i wyciągnęła stwora jeziornego, uleczyła i wolno puściła. Wtedy stała się ukochanym stworzeniem Pana Drzew, bo pojął, że umysł ma czysty i myśl jego zrozumiała naprawdę. I dał także Sosnowej Pani wielkie umiejętności uzdrowicielskie, jakich żadne inne stworzenie we wszechświecie nie ma, by ich w swojej rozwadze używała.

 

Był także Mistrz Buk, artysta...

 

- Ojcze! - tu przerwała mu Kyanna. - Potem całą opowieść dokończysz, teraz bawmy się już!

 

Bajarz uśmiechnął się szeroko.

 

- Dobrze więc, niecierpliwa moja córko! Witaj więc nam Święto Nocy, kiedy Pan Drzew miłość Mistrza Buka i Mistrzyni Sosny błogosławi i daje go jej za męża! Grajmy i bawmy się na ich weselu!

 

- A te owoce Mistrzyni Prządki - dodał żartobliwie, kładąc z rozmachem kiść jarzębiny na wielkiej ławie, suto zastawionej, z grubego sosnowego pnia, tam, gdzie jeszcze miejsce było - niech pierwszym dla nich będą weselnym podarkiem w komnacie zaślubin!

 

- Chodź tańczyć, Jyrcho! - powiedziała Kyanna, kiedy Gat skończył i melodia rozległa się wesoła.

 

- Czekaj - odparł Jyré, kiedy skrzatka pociągnęła go za rękaw. - Potem. Ojca może widziałaś?

 

- No przecież jest! - zażartowała Kyanna. - Sam z nim na tratwie przypłynąłeś.

 

Jyré przewrócił oczami i pokiwał głową w udawanym niezadowoleniu.

 

- Jala. Mojego ojca szukam.

 

Dziewczyna zaśmiała się.

 

- No wiem przecież, wiem. Nie, nie widziałam. Na co ci on teraz?

 

- Sprawę mam do niego... Poza tym, przebrałbym się jakoś. - Rozchylił na boki brzegi płaszcza i przesunął ręką po przenoszonej, zmiętej koszuli. - Potem zatańczę z tobą.

 

Kyanna wzruszyła ramionami i znów się zaśmiała.

 

- Dobrze - rzuciła tylko i pobiegła z powrotem ku ognisku, wokół którego tańce i śpiewy na dobre się rozpoczynały.

 

W domu Jyrcho też nie zastał ojca, a po pracowni szukać go nie chciał. Dosyć Fév i Fetén tam za nim latali, jemu ten zaszczyt był zbędny, żeby się grzać przy piecach hutniczych i czekać na uwagę Jala.

 

Gdy wrócił na brzeg, w granatowej, odświętnej tunice i ciemnozielonej czapce z cyprysowym haftem na głowie, podszedł od razu do ławy i nałożył sobie cały talerz gotowanej bukwi i smażonych kwiatów mniszka.

 

- Co się dzieje? - spytał siedzących przy ławie, ciekawym wzrokiem spoglądających ku temu, co odbywało się przy ognisku.

 

- Wasz bard może coś zagra zaraz - odpowiedział Odd, chłopak z sąsiedniego drzewa, z którym Jyré znał się dobrze.

 

Jyrcho polał swoją bukiew grubą warstwą syropu z pędów sosny i sięgnął po czerpak, by nalać z cebra leśnego cydru, po czym opadł na wolne miejsce obok Odda i spojrzał w stronę Ala, który siedział przy ogniu, na dużym, okrągłym pieńku z brzozy, służącym za siedzisko dla kilku co najmniej stworzeń.

 

- A znasz „Pieśń Niewidomej Prządki”, mędrcze bardzie, skoro już jarzębiną wszyscy się poczęstowaliśmy? - zapytała Ada, żona Gata.

 

- Pewnie, że znam - odparł Al i sięgnął żywo po lutnię. Jedna z jemiołuszek zaraz podleciała i przycupnęła na pieńku za jego plecami, zaglądając mu ciekawsko przez ramię, przyciągana dźwiękami czarodziejskiego instrumentu.

 

- Ale zaraz! - ktoś z gromady przerwał jeszcze Alowi. - Skoro o Prządce, to Féven musi nam przecież zatańczyć, to jej Mistrzyni Matka przecież, jedynym jest jej dzieckiem w naszej wiosce.

 

Fév uśmiechnęła się lekko, do siebie najpierw, potem do Ala, i zrzuciwszy kaptur z pelerynką, w tunice jasnej i spódnicy z bukowych listków, wyszła boso na płaskie skały. A Al grał, a po chwili śpiewać też zaczął. Zupełnie niesamowicie. Jyrcho nigdy wcześniej nie słyszał barda, wielu tylko różnych leśnych i polnych muzykantów podczas licznych wędrówek ich rodziny, ale każdemu z nich daleko było do tego, co robił Al. Lekka była jego gra jak powiew wiatru, jakby to nie palce przesuwały się po strunach, a koniki i świerszcze skakały po łące. Wydawało się przy tym, że cała postać Ala nad ziemią się unosi, a cały las, natura, wszechświat razem z nim grają.

 

„Być takim jak on. Wolnym...”, pomyślał Jyrcho.

 

- Ech, ta twoja siostra... - powiedział nagle Odd.

 

- Co moja siostra? - odburknął Jyrcho, niezadowolony, że Odd przeszkadza mu w słuchaniu.

 

- No, piękna jest...

 

Jyré nie wiedział, czy Fév była piękna, i tancerką nie była nadzwyczajną, jak polne tancerki, które też podczas wędrówek niekiedy widywał. Ale gdy spojrzał jak tańczyła na tej płycie skalnej, jej ruchy równie wolne były co Ala, biło też z niej coś, co sprawiało, że przyciągała wzrok i patrzono tylko na nią.

 

- Zatańczę z nią może, co myślisz? Zgodzi się? - dopytywał się Odd.

 

- Zostawże ją w spokoju, Fév nie jest dla ciebie - odparł Jyré, i dopiwszy jednym haustem cydr, wstał z ławy. - Sam z siostrą zatańczę.

 

Z rękami w kieszeniach poszedł w kierunku ogniska.

 

- Al, zagraj coś weselszego niż ta nieszczęsna „Prządka”! - zawołał.

 

Al roześmiał się i ochoczo zmienił melodię jakby mu to było bardzo na rękę. Muzykanci z osady zawtórowali mu, a Fév podbiegła do Jyrego i przyciągnęła go do siebie. Szybko też skały znów zaczęły się zapełniać, a krąg wokół ogniska zacieśniać innymi tańczącymi.

 

- Odda znów bałamucisz - Jyré po jakimś czasie szepnął Féven na ucho.

 

Siostra zaśmiała się pogodnie.

 

- Co robię? Skąd ty znasz takie śmieszne słowa, braciszku?

 

- Chodź tam! - Pociągnął ją lekko za rękę w kierunku powalonego buka, którego pień ciągnął się od wysokiego brzegu w dół ku tafli jeziora, jak kładka. - Ciasno tu, a pogadać bym chciał.

 

- O bałamuceniu Odda? - zażartowała Fév, ale bez sprzeciwu wskoczyła za Jyrchem na pień.

 

- Zawsze byłam z nim szczera, Odd wie dobrze, że nic z tego nie będzie - dodała już poważnie.

 

Jyré machnął ręką.

 

- Nie o Oddzie, i ja przecież cię do niego nie przekonuję. Do nikogo zresztą. Co będziesz chciała, zrobisz.

 

Milczeli przez chwilę. Féven oparła się o gałąź i przyglądała Jyremu, jak zapatrzony w bukowy pień zdzierał trzewikiem płat próchniejącej kory.

 

- Co ty taki? - zapytała.

 

Jyrcho spojrzał na nią spod kępy sypkiej, ciemnej grzywki.

 

- Jaki?

 

- Zamyślony - odpowiedziała, sama także skupiona i poważna. - Rzadko taki jesteś.

 

Jyré wzruszył ramionami, po czym obruszył się nagle.

 

- Fév, bo ja... Ja naprawdę chcę stąd wyjechać! Dość mam sterczenia tu! Chcę do gwardii, i to nie byle jakiej, naprawdę chcę do Miasta Drzew!

 

- Ech, Jyré! - powiedziała z wesołym, łagodnym śmiechem. - Dorośnij najpierw do swojej ambicji.

 

- Czasami jesteś jak ojciec... - burknął Jyrcho, strącając nogą zdartą korę do jeziora i opierając się o gałąź tuż obok siostry. - Gdzie on w ogóle jest?

 

- A gdzie może być Jalo? - odpowiedziała, z uśmiechem, ale znów już pełniejszym powagi. - Pewnie jest w pracowni.

 

- Fév, czemu ojciec tak nie znosi Sén Serén? - zapytał po chwili.

 

- Nie wiem - rzekła tylko, przenosząc wzrok na jezioro. Niedaleko pnia, na którym stali, od niskiego znów brzegu, tego, gdzie podczas Pory Mgieł i Suszy rosły bujnie olbrzymie orlice, ciągnęła się po wodzie stara hać z chrustu i wikliny, dawno temu zbudowana przez Leśnych Ludzi. Księżyce oświetlały ją bardziej jakoś niż wodę, i jaśniejsza wydawała się w mroku niż czarna toń jeziora.

 

- Nie ciekawi cię to? Poza tym, kochasz przecież naukę, nie chcesz się uczyć, nie chcesz wyrwać się stąd? Do mędrców, druidów, alchemików?

 

- Nie wiem - powtórzyła.

 

- Co ty wiesz! - mruknął ze zniecierpliwieniem.

 

Féven obejrzała się za siebie, w stronę, gdzie woda chlupnęła właśnie cicho jakby ktoś wrzucił do niej kamyk, po czym powiedziała:

 

- Czasem chcę. A czasem wydaje mi się, że wszystko, co chcę wiedzieć jest tutaj, w tym miejscu. Że więcej niż przy ojcu nigdzie się nie dowiem.

 

- Ojcu, ojcu... - marudził, kiedy odepchnął się dłońmi od gałęzi i zaczął kręcić po pniu. - A co on tam wie...

 

- A pamiętasz - zmienił po chwili temat, weselejąc na powrót, biorąc Féven za rękę i przyciągając ją do tańca - zabawę pod Górą Bréldana, jak tańczyliśmy?

 

Féven przytaknęła z uśmiechem.

 

- Wtedy były lepsze czasy - powiedział. - Matka żyła, nie było Feta...

 

Skarciła go wzrokiem, a Jyrcho przewrócił oczami, po czym roześmiał się.

 

- A pamiętasz grubego dzieciaka od gnomich złodziei, który chciał okraść Rénoda? Jak byliśmy sami i obudził nas?

 

- Pamiętam - odparła Fév w kolejnej swej nagłej zadumie.

 

Rozmawiali jeszcze trochę. Niedługo potem muzyka przycichła nieco, a chwilę później Al zjawił się obok nich. Zarzucił sobie lutnię na plecy, po czym rozejrzał się dookoła z zaciekawieniem. Był pewnie na pniu po raz pierwszy. W końcu utkwił wzrok w rozgwieżdżonym niebie.

 

- Gat będzie opowiadał? - zapytała Féven.

 

- Yhy - przytaknął Al, spojrzawszy na dziewczynę. - Mistrz Buk, artysta złotnik, co po najgłębszych jaskiniach zwykł wędrować... Co to za pomost? - Odwrócił się w kierunku haci na jeziorze i wskazał na nią ruchem głowy.

 

- Stary, przegniły i rzadko używany - rzekł niedbale Jyré, gdy cała trójka stanęła twarzami do prawego, patrząc od strony wioski, brzegu i popatrzyła w dół.

 

- Kiedy pojawiliśmy się w wiosce - powiedziała po chwili namysłu Fév - słyszałam historię o skrzacim chłopcu, który spadł z tego pomostu pewnej nocy i tonął. Wyciągnęli go, ale podczas upadku jakoś dziwnie złamał nogę, tak, że już nigdy potem, a przynajmniej do czasu, kiedy o nim słyszano, nie była w pełni sprawna. Pewnie trafił na byle jakiego uzdrowiciela, albo rzeczywiście nie można było nic poradzić, takie złamanie, ale skrzaty w osadzie swoje wiedzą o tym jeziorze. - Uśmiechnęła się lekko. - Od czasu tej historii boją się wchodzić na hać.

 

- Al? - spytał po chwili Jyrcho, po części chcąc przerwać milczenie, po części z nagłym zainteresowaniem. - Czemu ty płaszcz bukowy, nie wierzbowy nosisz?

 

Al zaśmiał się na to nieoczekiwane, postawione znienacka pytanie.

 

- Mój ojciec był bukiem - odpowiedział od niechcenia, cały czas zerkając na hać w zamyśleniu.

 

***

 

Ojciec wylazł w końcu ze swej huty, po całych kwadrantach jeszcze opowieści, śpiewów, rozmów i kosztowania z Oddem leśnej nalewki, kiedy noc już była głęboka. Jyrcho zdziwił się porządnie, gdy przyszedł ze swoimi tobołami na szklany pokaz świateł. Ten Jalo, który swoje jedne szare warsztatowe łachy zazwyczaj zmieniał co najwyżej na inne szare łachy, był dziś ubrany w jasną, świeżą tunikę i tak odświętny w całym swoim stroju, że tylko popalone miejscami dłonie zdradzić mogły jego fach. Jyré chyba nigdy dotąd takim ojca nie widział. W jego chodzie nawet było coś innego, niezwyczajnego, gdy załadował wszystkie kryształy, gomółki i pomniejsze tafle szkła, wskoczył na tratwę z płonącą pochodnią w dłoni i odepchnął się pychem od brzegu, by wypłynąć na jezioro.

 

Pokaz też wspanialszy był niż zwykle. Nie żeby Jyrego ojcowskie pokazy świateł na wodzie szczególnie ciekawiły, za całego swojego życia widział ich już zresztą dziesiątki, a może i setki. I on jednak musiał przyznać, że jakaś nowa siła tej nocy obudziła się w Jalu, jakby ni stąd, ni zowąd nie był już tylko zwykłym szklarzem, a stał się artystą. Gdy manewrował tak zręcznie kryształami i szkłem, i pochodnią, i blaskiem magicznym księżyców, nocy i gwiazd, światło we wszystkich kolorach tęczy, raz jaskrawe, raz delikatniejsze w swych barwach, tańczyło na wodzie jak nieme fajerwerki.

 

„Ten nawet zlazł z drzewa”, pomyślał Jyrcho o Fecie, gdy jego mały brat pognał aż na sam koniec powalonego buka. Jyré z ciekawości pobiegł za nim, przeciskając się przez tłum. Większość mieszkańców osady, chcąc widzieć pokaz lepiej i, jak to było w zwyczaju, wróżyć sobie dla zabawy z jego świateł, ustawiła się na wysokim brzegu, na skraju skał lub właśnie na leżącym drzewie.

 

Po chwili, kiedy stał już na samym wierzchołku buka, tuż obok Feta, wiatr zawiał chłodny i zatoczył koło nad jeziorem. „Płaszcza z domu nie wziąłem”, przeszło Jyremu przez myśl, choć nie zimno mu się zrobiło, tylko wraz z tym wiatrem w głowie zaczęło się kręcić i pociemniało przed oczami. Nie wiedział przez chwilę, czy to wiatr wiruje, czy jezioro, czy ojciec pochodnią, bez światła nagle, zakręcił, czy pychem, by tratwę obrócić. Chociaż czy pych to, czy miecz krąg wokół tratwy zatoczył?

 

„Nalewka Odda”, mruknął do siebie w myślach.

 

- Co ty? - zapytał głupawo Fet, stojąc jak słup i gapiąc się na Jyrego.

 

- Nic ja, nic ja - odfuknął Jyrcho, doszedłszy już do siebie, po czym wskazał ruchem głowy na światła na wodzie. - Tam światła Jala oglądaj. Mi pytań bez sensu nie zadawaj.

 

Ognie na jeziorze zapłonęły znów z nową siłą.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania