Baśń spod Dwóch Księżyców (1): O narodzinach Férchéna i Falcha, i o przenikliwym spojrzeniu badacza gwiazd

Férchén i Falcho byli skrzacimi bliźniętami, podobnymi do siebie jak dwie krople ciepłego deszczu podczas Pory Suszy, o włosach czarnych jak krucze pióra i oczach błękitnych jak płatki leśnych niezapominajek. Urodzili się pierwszego dnia Miesiąca Cyprysa w 2223 roku Piątej Ery, a rodzicami ich byli hafciarka Méra i wędrowny handlarz Fen.

 

Zgodnie ze zwyczajem Leśnych Ludzi, z okazji narodzin chłopców zasadzono ich drzewa miesięczne. Mieszkańcy wioski potraktowali to raczej jako gest symboliczny, wszyscy bowiem dobrze wiedzieli, że klimat w tej części Krainy Séras w ogóle nie sprzyjał cyprysom i żadne nie rosły tu od lat. O dziwo jednak, drzewa przyjęły się, a stara Salché, którą uważano w wiosce za prorokinię i która podobno wiedziała o tajemnicach natury więcej niż niejeden druid, uznała to za znak i powiedziała, że teraz chłopcy nie tylko przejdą pod opiekę drzew cyprysowych, lecz też odziedziczą ich charakter, charyzmę i pęd ku nieprzemijalności. Méra jednak roześmiała się tylko na te słowa i odparła, że nie wierzy wcale w takie rzeczy, Pan Drzew bowiem stworzył drzewa drzewami, a jej synów jej synami i każde z nich będzie sobą, niezależnie od drugiego.

 

Salché wzruszyła ramionami i burknęła urażona:

 

- Co wędrowcy znad morza mogą wiedzieć o drzewach?

 

Może i było w tym trochę racji, gdyż Méra i Fen rzeczywiście pochodzili znad morza. Przez długie lata dzieciństwa i wczesnej młodości mieszkali wśród klifów, wydm i nadmorskich lasów, w krainie falków, dla których szum wody po tysiąckroć droższe miał sekrety aniżeli szum drzew.

 

Niedługo po narodzinach chłopców Fen zdecydował, że czas wyruszyć w dalszą drogę, wędrowni handlarze nigdy bowiem nie zagrzewali nigdzie miejsca na długo, taka była natura ich pracy i życia. Dzieci były silne, więc Méra zgodziła się z mężem i wraz z nastaniem nowego miesiąca opuścili o świcie wioskę, kierując się pieszo ku południowemu zachodowi, by zdążyć, jak zawsze, przeczekać śniegi w cieplejszych regionach Séras.

 

Stara Salché nigdy nie dowiedziała się, czy miała rację, nigdy więcej bowiem nie zobaczyła chłopców. Umarła kilka lat przed tym, jak pewnego dnia Méra, Fen i ich synowie znów pojawili się w wiosce, przynosząc ze sobą łagodny wiatr i zapach ziół.

 

- Bierzcie, próbujcie, kupujcie! Starczy dla wszystkich! - wołał Fen, gdy rozłożył przywiezione zioła na pniu powalonego drzewa, a zgromadzona po drugiej stronie pnia grupa skrzatów zaczęła wąchać i kosztować suszonych roślin, przepychając się przy tym i potrącając jedni drugich. - Férch, pakuj do woreczków, no żwawo, żwawo!

 

Obok Fena stał nie więcej niż kilkunastoletni* Férchén, ze wzrokiem skierowanym bardziej ku dębowym liściom, drżącym delikatnie na gęstych konarach wysoko ponad nim niż suszonym ziołom przed sobą.

 

Na dźwięk ponaglenia ojca Férch ocknął się niechętnie z zamyślenia. Odgarnąwszy kosmyk czarnych włosów z czoła i schowawszy go pod czapkę, sięgnął po lniany woreczek i zaczął wkładać do niego kawałki pokrzywowych liści, które wskazał mu pierwszy z kupujących.

 

„Gdzie, u Licha, jest Falcho? Dlaczego to znów ja pomagam?”, pomyślał, po części z pretensją, po części z zazdrością, jakich to odkryć brat zdążył już dokonać w tym nieznanym miejscu ich narodzin, ciekawszych aniżeli handel ziołami przy omszałym drzewie.

 

Z takich rozmyślań wyrwał go głos z drugiej strony pnia, skierowany do jego ojca:

 

- Fen, to ty?

 

Férch podniósł głowę i ciekawość zabłysła nagle w jego uważnych oczach. Zobaczył przed sobą postać skrzaciego starca o gnomim spojrzeniu, twarzy zaś pomarszczonej i suchej jak fałdy skał, trupiobladej w szarym świetle pochmurnego wieczoru. Starzec odziany był w osobliwy, ciemnogranatowy płaszcz, przypominający Férchénowi płaszcze druidów, które widział niegdyś w Sén Serén. Różniły je jednak hafty - podczas gdy płaszcze druidzkie ozdobione były znakiem Rady Druidów, przeplatającymi się pędami wszystkich drzew miesięcznych, brzegi płaszcza tego dziwnego starca wykończono, niezwykle zresztą starannie, złocistym motywem gwiezdnych konstelacji. Wyglądały one niemal tak wspaniale jak w wyobraźni Fércha ilustracje gwiazdozbiorów na mapach nieba w tajemnych bibliotekach sylfów.

 

Ojciec także skierował wzrok ku starcowi. Jego twarz rozpromieniła się, musiał więc go rozpoznać.

 

- Fen! - stwierdził wówczas starzec niemal z uśmiechem, po czym omijając korzenie powalonego dębu, przeszedł na drugą stronę pnia i rozłożył ramiona, by uścisnąć ojca. – Dobrze cię raz jeszcze zobaczyć.

 

- Ty jesteś pewnie synem Fena, choć niepodobny wydajesz się do niego? - zapytał zaraz potem, gdy przeniósł swe błyszczące niczym światło pochodni, żółtozłote oczy na Férchéna.

 

Przez chwilę świdrował chłopca przenikliwym spojrzeniem, na co Férch wyprostował się z wrodzoną dumą, uniósł w górę brew i rzekł:

 

- Tak. Jestem Férchén.

 

Starzec zaśmiał się pod nosem, jak gdyby znalazł w słowach Fércha coś szczególnie zabawnego, z oczu jego nie zniknęła jednak wcześniejsza powaga.

 

- Gdzie zaś twe odbicie w zwierciadle, Férchénie, Pogromco Burz?

 

Nawet jeśli błyskotliwy zwykle skrzaci chłopak zrozumiał, czego w istocie dotyczyło to dziwne pytanie, zbyt był już oniemiały postacią starca i zaskoczony przydomkiem, którym ten go nazwał, by odpowiedzieć od razu. Zerknął tylko na ojca, który prędko przyszedł mu z pomocą.

 

- Nic się nie zmieniłeś, Wélrodzie! Wciąż mylisz skrzacie dzieci z ciałami niebieskimi – powiedział z rozbawieniem Fen, spoważniał jednak i zamyślił się jakby, gdy Wélrod odparł na to:

 

- Czy ciebie z niewłaściwym pomyliłem?

 

„Ten starzec pamięta ojca z czasów, kiedy był dzieckiem”, pomyślał Férch z coraz większym zainteresowaniem. „Czy ojciec był tu więc jako dziecko? I do jakiego ciała niebieskiego go przyrównał? Do jakiego przyrównał mnie? Och, czemu nigdy dotąd nie zdobyliśmy z Falchem żadnej mapy nieba, czemu?”

 

- Mnie nietrudno było nie pomylić - rzekł tylko Fen, po czym zwrócił się do Férchéna:

 

- Gdzie Falcho? Zwykle nie można was rozdzielić, a jak przychodzi co do czego to... Słowo daję!

 

Férch wzruszył zamaszyście ramionami, starając się pokazać w ten sposób, że nie wie i że sam chciałby wiedzieć. Czasem Falcho nie tłumaczył się nawet jemu z tego, co robił ani dokąd chodził, co zawsze złościło i bolało Férchéna. Nigdy jednak nie powiedział o tym bratu, sam bowiem nie był pewien, dlaczego tak bardzo go to obchodzi. Może dlatego, że tajemniczość Falcha wywoływała w nim jednocześnie jakiś niepokój, a nawet strach. Zazwyczaj wydawało mu się, że są z bratem tak związani, jak tylko można być i że wiedzą wszystko o sobie. W takie dni jak ten było jednak całkiem na odwrót, i Férch myślał wówczas, że nie wie o Falchu zupełnie nic, a próby zrozumienia go są niczym łapanie w dłoń powiewu wiatru.

 

Férchén nie znosił tych dni. Bał się ich, choć nie wiedział czemu.

 

Falcho znalazł się dopiero po zmierzchu, gdy wieczorne chmury rozwiały się już na nocnym niebie i księżyce świecić zaczęły na nim jak latarnie w Sén Serén. Oświetlały polanę w dąbrowie, na której zgromadziła się znaczna część mieszkańców wioski na tyle mocno, że iskrzyki i świetliki odpocząć mogły od swojej pracy w skrzacich lampionach. Ciepły wieczór podczas trwającej Pory Suszy zachęcił Leśnych Ludzi, by rozsiąść się na korzeniach i ściółce lasu, i słuchać niezwykłych opowieści Wélroda, zajadając się plackami z suszonego mchu.

 

Swoim zwyczajem Falcho przeprosił grzecznie ojca za swoją nieobecność, na co Fen uniósł najpierw groźnie brew, potem jednak machnął tylko ręką, uznając, jak zazwyczaj, że jego gniew i tak niczego nie zmieni. Matkę zaś nieposłuszny włóczykij udobruchał szybko drobniutkim, choć wciąż dużym w dłoni skrzaciego chłopca kwiatem chabru, który z pełnym wdzięku uśmiechem na twarzy wpiął w jej ciemne włosy.

 

Usiadł potem na dębowym korzeniu obok Férchéna i ruchem głowy wskazał na Wélroda, siedzącego wyżej od wszystkich, na tym samym powalonym przez burzę drzewie, na którym ojciec sprzedawał wcześniej swoje towary.

 

- Kto to? - zapytał brata, strzepując z rękawa swojej tuniki żółte drobinki, w których Férch rozpoznał pyłek babki obrastającej przydroża gościńca.

 

- Gdybyś nie włóczył się samotnie po gęstwinach, wiedziałbyś - odparł na to z wyrzutem Férchén, unosząc brew niemal tak jak ojciec. - Gdzieś ty był? Czego szukałeś koło drogi?

 

- Tego i owego - rzucił niedbale Falcho, oparłszy się rękami o konar za swoimi plecami i spojrzawszy w górę, w czarną głębię dębowej korony. Po chwili jednak znów odwrócił wzrok w kierunku Fércha i dodał, uśmiechając się z rozbawieniem na widok naburmuszonej wciąż twarzy brata:

 

- No, nie bocz się już, może potem ci powiem... Czy on jest gnomem? - Na powrót zainteresował się Wélrodem.

 

- Przestań już gadać - fuknął Férch. - Wélrod zaraz zacznie opowieść.

 

Starzec rzeczywiście uciszał już ręką zgromadzenie skrzatów, prostując się i rozsiadając wygodniej na powalonym pniu. Jego długie, gładkie włosy, świecące jak prawdziwe srebro, opadały lekko na granatową szatę, gnomie oczy gorzały zaś jak złoto w tyglu. Padało na niego subtelne światło nocy, pasujące mu bardziej niż cokolwiek innego, sam bowiem wydawał się być jego częścią na równi z księżycami i gwiazdami. Noc wyostrzała rysy Wélroda i napełniała je gracją i czarem, których nie posiadały za dnia, i których pozbawieni byli wszyscy pozostali zebrani na tej leśnej polanie. Teraz całkiem już przypominał Férchowi druidów z Sén Serén, dostojnych i tajemniczych.

 

Gdy cisza niemal zupełna, zakłócana jedynie łagodną muzyką świerszczy, zapadła na polanie Wélrod rozpoczął:

 

„Dawno, dawno temu, u progu czasów Mistrz Dąb miał dwoje dzieci: syna i córkę. Syn miał włosy z dębowych liści, w przeciwieństwie do drzew stronił jednak od jasności słonecznych promieni, blady był i milczący, a dnie spędzał w półmroku złotniczej pracowni, topiąc w tyglach złoto i szkło. Siostrę jego, zupełnie do niego niepodobną, zwano zaś niekiedy Łąką, tyleż bowiem życia miała w sobie co i ona, dniami całymi tańczyła na niej, a w oczach jej skrzyły się kolory wszystkich polnych kwiatów i suknię nosiła z ich płatków. Mimo różnic brat kochał bardzo swą siostrę, a ona jego, i wieczorami siadywali razem na wielkim kamieniu na granicy łąki i boru, szczęśliwi i przytuleni do siebie, a delikatne światło Pochmurnego Mędrca padało na nich, czuwając nad spokojem ich dusz.

 

Pewnego dnia jednak złe Licho porwało siostrę, by zabrać z niej życie i radość. Skryła się wtedy wśród gąszczu paproci i nikogo widzieć nie chciała, ni ojca, ni swojego ukochanego brata, a jej barwną spódnicę zastąpiły od tej chwili paprocie liście. Nie mogąc patrzeć na jej smutek i nieszczęście brat dnie i noce spędzał w pracowni aż stworzył kryształ, w który światło życia złapał dla swej siostry. Wielkiego dzieła tym dokonał, które nie udało się nikomu przed nim, ani którego nikt po nim nie powtórzył, lecz także zuchwałego i niemądrego, żadna istota poza Panem Drzew nie ma bowiem prawa do światła życia i władać nim nie potrafi. Siostrze życia brat nie zwrócił, a zaklął je jedynie w jej odbiciu w zwierciadle, gdzie, choć o potężnej mocy, sztuczne się stało i zimne jak lód. Gdy brat spostrzegł, co zrobił i że już nic więcej dla swej siostry uczynić nie może, z rozpaczy i złości rozbił zwierciadło, które rozpadło się na pięć części, wszelkie życie zaś przeklął i sam siebie w Licho przemienił.

 

Po czasie Mistrz Dąb odnalazł w pracowni syna cztery odłamki zwierciadła i poznawszy ich moc, oddał po jednym z nich pod czujną opiekę wszystkich Strażników Żywiołów – falków, by z pianą morską swój zmieszały, sylfów, by wśród szczytów górskich wiatr ich odłamek rozwiewał, gnomów, by w podziemnym labiryncie go ukryły i smoków, by lawa wulkanu go topiła, przestrzegając, by używać ich nigdy się nie ośmielili.

 

Co z piątym odłamkiem się stało nikt nie wie. Wśród drzew przez czas jakiś wieść się niosła, że piąty odłamek dziewczyna zabrała, przycisnęła do serca i wraz z nim na powrót schroniła się w cieniu paproci. Wieść ta jednak szybko zamieniła się jedynie w legendę, jak i cała ta historia, choć niektórzy wierzą, że dziewczynę wciąż jeszcze spotkać można niekiedy w gęstwinach paproci, piękną jak kwiat. Dlatego po dziś dzień Kwiatem Paproci jest nazywana.”

 

Gdy Wélrod skończył opowieść, przez jakiś czas nikt się nie odzywał, aż w końcu Falcho zadał to samo pytanie, które krążyło w głowie Férchéna:

 

- Co by się stało, gdyby ktoś z powrotem połączył te odłamki ze sobą? Czy poznałby tajemnicę światła, którą odkrył brat?

 

Starzec nie odpowiedział od razu, zaczął zaś przyglądać się Falchowi swoim przeszywającym spojrzeniem drapieżnego ptaka. Férch pomyślał po chwili, że on sam poczułby się już pewnie nieswojo pod palącym ciężarem tego wzroku, Falcho nie drgnął jednak nawet i przyjmował go z niewzruszonym spokojem. Jego blada, porcelanowa twarz, bledsza jeszcze w nocnym świetle księżyców, na której majaczył subtelny, urzekający uśmiech, lśniła jak diament bez skazy.

 

„On jest zawsze idealny”, przemknęło nagle przez myśl Férchowi. „Idealny Falcho.”

 

- Niewykluczone - odparł w końcu Wélrod. - Choć nikt nie wie tego na pewno. Druid Nyre, jeden ze znamienitszych sylfich uczonych uważał niegdyś, że ten kto połączy na powrót odłamki zwierciadła nie tylko posiądzie tajemnicę światła życia, lecz również władzę nad żywiołami. Biada jednak temu, kto tego dokona.

 

Świerszcze wciąż jeszcze grały w trawach, w suchym, ciepłym powietrzu nocy, gdy jakiś czas później Férchén oparł się łokciami o ramę okienną w ich domu, który zajęli na krótki czas swojego pobytu w wiosce, i położył brodę na rękach. Z uśmiechem na twarzy wpatrywał się przez chwilę w ciemność dąbrowy i słuchał tej niezwykłej, owadziej muzyki, a zaglądające do wnętrza pokoju pędy roślin, porastających leśną ściółkę raz po raz muskały mu twarz. Ojciec nie lubił mieszkać wysoko na drzewach jak większość Leśnych Ludzi, dlatego dokądkolwiek przybywali, zajmowali zagospodarowane skrzacią ręką puste dziuple u podnóży pni lub przestrzenie pod rozległymi korzeniami, z których stworzono domostwa. Matka śmiała się nie raz z tego dziwnego, gnomiego zwyczaju ojca do życia blisko ziemi, nigdy jednak nie sprzeciwiała mu się. Teraz też nocowali więc w wydrążonym drzewną próchnicą pniu grubego dębu, Méra i Fen na dole, Férch i Falcho zaś na dobudowanym wewnątrz drzewa piętrze.

 

W końcu Férch oderwał wzrok od pogrążonego w mroku nocy lasu i odwróciwszy się, spojrzał na Falcha. Przyćmione światło świecy w kaganku padało na szczupłą sylwetkę brata. Opierał się o wewnętrzną ścianę pnia, siedząc wygodnie, z rękami za głową i wyciągniętymi nogami, na swoim łóżku posłanym pledem z dębowego liścia. Oczy miał błogo przymrużone i uśmiechał się, jego myśli musiały więc krążyć wokół czegoś przyjemnego.

 

- O czym myślisz? - zapytał Férchén.

 

- O tym samym, co ty, braciszku - odpowiedział Falcho, nie otwierając oczu i nie ruszając się z miejsca.

 

Znów zamilkli obaj. Férch uśmiechnął się szerzej do siebie i odwrócił się, by z powrotem wyglądać za okno.

 

„O tym, by zdobyć te kawałki zwierciadła i poskładać je w całość”, rozmarzył się.

 

Po chwili gdzieś w oddali zahuczała sowa, a lekki podmuch wiatru przywiał jej głuchy odgłos do ich pokoju. Férchén drgnął.

 

„Jeśli zahuczy jeszcze raz, uda nam się”, przyszło mu niespodziewanie do głowy. Zaczął nasłuchiwać z niecierpliwością, i gdy sowa odezwała się ponownie, serce załopotało mu z dziecięcej, naiwnej radości.

 

O czymś jeszcze myślał jednak Férch tej ciepłej nocy, w tej chwili i później, kiedy leżał w swoim łóżku, gdy nawet świerszcze już zamilkły. O tym, jak bardzo chciałby raz jeszcze porozmawiać z Wélrodem zanim znów wyruszą w dalszą drogę. Myśl ta za nic nie chciała opuścić jego głowy i Férchén nie mógł zasnąć przez nią. W ciszy pokoju wsłuchiwał się w oddechy, swój własny i Falcha, równie niespokojny i ożywiony co jego, co znaczyło, że brat nie spał także. Do rana nie rozmawiali już jednak ze sobą.

 

Wélrod nie pokazywał się w wiosce przez kilka następnych dni, a Férch, choć dowiedział się, gdzie mieszka starzec, nie miał śmiałości iść do niego sam, bez żadnej przyczyny. W końcu jednak Drzewni Mistrzowie pomogli życzeniu skrzaciego chłopca i powód nadarzył się. W przeddzień wyjazdu Fen poprosił bowiem Férchéna, by wieczorem zaniósł Wélrodowi niewielką sakwę z podarkiem od niego na pożegnanie.

 

Férch zrobił to aż nader chętnie, i kiedy tylko zjedli kolację, a słońce skryło się za koronami drzew i z wolna zmierzać zaczęło ku zachodowi, chwycił w pośpiechu sakwę i puścił się biegiem przez dąbrowę ku jej obrzeżom, poza wioskę.

 

Tam, przy granicy lasu z łąką, rosły brzozy, a łubiny i wysmukłe, polne trawy obrastały ich stopy. W górę najwyższej i najgrubszej z brzóz pięły się drewniane schody. Férch wbiegł po ich spirali, otaczającej pień, pokonując dwa, trzy stopnie na raz i zatrzymał się dopiero, kiedy dotarł na balkon przed domem Wélroda, oświetlany częściowo ostatnimi promieniami zachodniego słońca.

 

Wélroda nie było jednak w domu, i Férch zasmucił się, pomyślawszy, że starzec na całą noc oddalił się może od swego drzewa, a on nie zdąży go już zobaczyć przed wyjazdem. Jego smutek rozwiał się, gdy spojrzał w górę, poprzez kotarę delikatnych brzozowych gałęzi i kilka konarów ponad sobą dostrzegł drewnianą płytę tarasu, a jego czujne skrzacie uszy usłyszały na niej stukot kroków. Férchén rozejrzał się dookoła. Nie odnalazłszy schodów, zaczął wdrapywać się wyżej po pniu, podziwiając w duchu sprawność starca, który musiał przecież w ten sam sposób dostać się na taras.

 

Gdy dotarł na górę, Wélrod siedział na brzegu tarasu, ze spuszczonymi w powietrze nogami i odwrócony do niego plecami. Skrzaci chłopak zdziwił się więc, kiedy starzec przywitał go po imieniu.

 

- Skąd pan wiedział, że to ja? – zapytał.

 

Wélrod zaśmiał się lekko, po czym, wciąż nie odwracając się do Fércha, rzekł:

 

- Poznałem cię po krokach. Każde kroki są inne. Ty i twój brat jesteście tak podobni do siebie, a wasze kroki różnią się. Kroki Falcha są mocne i pewne, twoje zaś szybkie i rozedrgane, jakbyś zawsze wahał się, w którą pójść stronę.

 

Férch skrzywił się, bo słowa Wélroda nie spodobały mu się wcale. Przecież nie mniej niż Falcho wiedział, czego chce, i jego duma podpowiadała mu, żeby powiedzieć o tym starcowi, powstrzymał się jednak.

 

- Ojciec prosił, by przekazać panu upominek od niego na pożegnanie – rzekł w zamian.

 

- Podziękuj ojcu ode mnie – odparł Wélrod. – A teraz odłóż podarek na stół i podejdź tu.

 

Schowawszy kosmyk włosów pod czapkę, Férch położył sakwę tam, gdzie przykazał starzec, po czym podszedł do niego i usiadł obok, także spuszczając nogi w dół. Z tego miejsca na drzewie rozpościerał się wspaniały widok na niebo, na którym granat zmierzchu mieszał się z żółto-pomarańczowym blaskiem zachodu słońca.

 

„Niedługo gwiazdy zapalą się jak promyki świec”, pomyślał Férchén, przez chwilę wpatrując się w niebo w niemym zachwycie, po czym przyszło mu do głowy pytanie:

 

- W wiosce mówią, że czyta pan przyszłość z gwiazd niemal tak dobrze jak sylfi uczeni. To prawda, potrafi to pan? – Przeniósł wzrok na Wélroda i gorączkowa wręcz ciekawość zabłysła nagle w jego oczach.

 

Starzec znów się zaśmiał.

 

- Nawet głupiec potrafi czytać z gwiazd, jeśli wpatruje się w nie nieustannie przez dziesiątki lat.

 

Férch spojrzał znów na niebo i zastanawiał się przez chwilę nad swoim kolejnym pytaniem. W końcu nie zapytał jednak o swoją przyszłość, co bardzo zdziwiło jego samego. Od kilku dni nie myślał o niczym innym, jak tylko o tym, by Wélrod opowiedział mu o niej, a teraz nagle przestraszył się jakby i uznał, że wcale nie chce poznać przyszłości zanim nie nadejdzie. Zadał więc inne pytanie:

 

- Czy wszystko co zapisane w gwiazdach musi się spełnić?

 

- Nie – odparł Wélrod, uśmiechając się tajemniczo. – Nic bowiem pewnego w gwiazdach zapisane nie jest, a wyczytać można z nich jedynie przypuszczenia, mętne jak poranna mgła. Nie gwiazdy, lecz my sami o naszym losie decydujemy, młody Férchénie, ty właśnie kiedyś przekonasz się o tym.

 

* Skrzaty z moich opowieści żyją około 500 lat, a ich wiek przelicza się inaczej niż ludzki. Kilkunastoletni Férchén odpowiada mniej więcej 8-9-letniemu ludzkiemu chłopcu.

 

[é] w skrzacim języku czytamy jak [i], [ch] jak [k] np. Férchén wymawiamy [Firkin]

 

[w] czytamy jak [ł] np. Wélrod wymawiamy [Łilrot]

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (10)

  • Clariosis ponad rok temu
    Bardzo dobre. Klimat świetnie wprowadzony, aż czułam zapach ziół i drzew. Czasami zdania bywały trochę zbyt długie, można by było je rozdzielić kropką by łatwiej się czytało, ale są to naprawdę drobnostki. Jak na debiut na opowi - świetnie po prostu. Bardzo fajnie zostały przedstawione bliźniaki i starzec, jak i legenda o Kwiecie Paproci. Uwielbiam takie baśniowe, mistyczne klimaty, na podstawie tego uniwersum dałoby się nawet pełnosprawną powieść napisać, ale jak widzę, to masz tam dla nas trochę więcej, ale jeszcze nieopublikowane? ;) Z chęcią przeczytam dalej, bo naprawdę jest przyjemnie i ciekawie, wręcz rzec mogę, że niezwykle oryginalnie, choć wykorzystane są niby znane motywy. A jednak czuję tu sam powiew świeżości, a czytam dużo!
    Zostawiam zasłużoną piątkę. ;)
    Ps. Bardzo ładna galeria na DeviantARTcie, szkoda, że design strony wygląda teraz po prostu paskudnie. Aż watcha Ci dam. ;)
  • Zaczarowanyswierszcz ponad rok temu
    Dziękuję, bardzo się cieszę, że się podobało :)

    Tak, będą następne części i jest ich wiele. To są historie, które w prostszej wersji od kilku lat opowiadam dzieciom jako opiekunka i terapeutka, a tworzę je od czasów własnego dzieciństwa. Od niedawna zaczęłam spisywać moje opowieści w wersji dla starszych dzieci/młodzieży/dorosłych. Nie wiem, czy spiszę je wszystkie, póki co pisanie sprawia mi wiele frajdy, robię to więc powolutku i kolejne części z pewnością będą się pojawiały :)
  • Tjeri ponad rok temu
    Bardzo ładnie napisane. Mimo iż fascynację tym rodzajem fantasy mam dawno za sobą, to przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. No i trzeba podkreślić, że nie jest to odwalenie wg szablonu, bo widać tu oryginalny koncept.
    Także duży plus za spójną historię. Jeśli miałabym wskazać jakiś minus - przy tak barokowych zdaniach, niektóre wydają się zbyt skomplikowane - odchudziłabym tu i ówdzie lub podzieliła wypowiedź.
    Ogólnie - bardzo dobry tekst ze świetnym klimatem.
  • Zaczarowanyswierszcz ponad rok temu
    Dzięki, cieszę się, że Ci się podobało :)

    To są opowieści, które w pierwszej wersji powstawały w konwencji baśni dla dzieci. W wersji, którą publikuję są głębsze treściowo, konwencja jednak nadal pozostała ta sama, dlatego rozumiem, że wielu wyrasta z takiego typu fantasy. Mimo to cieszę się, że przyjemnie się czytało :)

    I to prawda, mam tendencje do b. rozbudowanych zdań - postaram się popracować nad tym
  • Bajkopisarz ponad rok temu
    Przypomina mi trochę ta opowieść baśnie celtyckie.
    Znakomicie zbudowany klimat, takie niespieszne snucie opowieści, bez gnania naprzód, do puenty. Każdy świat fantasy powinien mieć właśnie taką spójną i szeroką podbudowę, żeby potem wyciągać na scenę kolejne ciekawe postacie. Trochę inaczej jest z bajkami, gdzie powinna być przede wszystkim dynamiczna akcja, ale jak rozumiem i widzę zresztą u Ciebie jest pełnoprawna baśń.
    Początek zatem masz iście imponujący i pozostaje tylko prosić o więcej.
  • Zaczarowanyswierszcz ponad rok temu
    Bardzo dziękuję :) Bardzo się cieszę, że początek się podobał, więcej na pewno z czasem się pojawi.
  • Karawan ponad rok temu
    Witam z przyjemnością fantasy. Ginący gatunek wygryziony przez gry na smartfony, choć wyobraźni zbudzonej dobrym opowiadaniem żadne smarty ani fony ani inne bity i bajty nie zastąpią :) Poniżej Czepialski.
    Czepialski
    "..., a rodzicami ich byli hafciarka Méra i wędrowny handlarz Fen." - Czy to na pewno potrzebne w tym miejscu? Rodzice i ich zawody to znakomity surowiec do kolejnej maleńkiej opowieści, a tak... Przecie można wrócić później we wspomnieniach dzieci do tego czym był dom i rodzice.

    "Dzieci były silne, więc Méra zgodziła się z mężem i wraz z nastaniem nowego miesiąca opuścili o świcie wioskę, kierując się pieszo ku południowemu zachodowi, by zdążyć, jak zawsze, przeczekać śniegi w cieplejszych regionach Séras. " - Spokojnie co najmniej dwa odrębne zdania i czytający rad będzie, bo tekst żywiej pobiegnie dzięki kropkom. :)

    " ...jak pewnego dnia Méra, Fen i ich synowie znów pojawili się w wiosce, przynosząc ze sobą łagodny wiatr wraz z zapachem ziół." - Szyk zdania powoduje pewien zamęt; czy to małżonkowie niosą zapach ziół czy wiatr? Może więc "wiatr pachnący ziołami", albo; "przynosząc (bez "ze sobą") łagodny wiatr i zapach ziół" - do rozważenia przez Autora :)

    "Na dźwięk ponaglenia ojca Férch ocknął się jak gdyby dopiero." - A wystarczyłoby napisać, ze zamyślony, zadumany, zaspany etc. co zresztą wynika z poprzedzającego zdania. Ten zlepek wyrazów niefortunny, wszak chodzi o to, ze na dźwięk ponaglającego głosu ojca skrzaciątko się ocknęło :) więc ponaglenie ojca złe i jak gdyby dopiero zbędne :)

    " ...które wskazał mu pierwszy z kupujących.
    Gdzie, u Licha, jest Falcho? Dlaczego to znów ja pomagam?, pomyślał, ..." - Kolejny szyk zdania. Gdyby dodać np. "Upychając liście pomyślał: "Gdzie, u Licha, jest..." sytuacja ulegnie radosnej zmianie :)

    Nie będę drążył dalej, bo tekst dobry, a nie błądzi jedynie kto nie wędruje. Proszę pamiętać, że supozycje Czepialskiego sa jedynie refleksją a tekst własnością Autora i to On decyduje czy i co zmienić :)

    Dziękuję za opowieść. Piękną i przesyconą Duchem Lasu. Dziękuję :)
  • Zaczarowanyswierszcz ponad rok temu
    Proszę bardzo :)

    Ja dziękuję za Twoje uwagi. W pełni rozumiem o co Ci w nich chodzi. Spróbuję do pewnego stopnia nad tym popracować w przyszłości, może kiedyś zmienię też trochę tekst tutaj, choć kiedy piszę w inny sposób czuję, że jest to dla mnie nienaturalne. Jestem chyba przywiązana do swoich długich, dziwnych zdań i często tworzę je celowo, w pełni świadomie, jest to jakby mój rodzaj zabawy językiem. Ale rozumiem też, że z perspektywy czytelnika takie zdania bywają trudne w lekturze, więc postaram się (choć nie obiecuję, że się uda :) wypracować u siebie jakiś kompromis w pisaniu.
  • Jared miesiąc temu
    Nabokov mówił, że każda literatura to baśń, a ja nie będę się z mistrzem kłócił :P Już w pierwszym akapicie (2223 roku Piątej Ery, Férchén i Falcho) widzę Tolkiena - i to pewnie bardziej z „Silmarillionu" niż trylogii. Wszystko tu jest takie piękne i generalizujące. Dobro ma swoje imię, a zło swoje - nikt ich nie myli przypadkiem i nie gubi się w odcieniach szarości. Bardzo mi się podoba, że jesteś baśniowo-zrównoważany w opisie świata, jakbyś pędzel pożyczył od śp. Lewisa. Mamy tu faktycznie typowe atrybuty baśni, magiczny przedmiot, lekko niepoważną fabułkę, ale jednocześnie jest potencjał na jakiś dywagacje istotne dla czytelnika - wszak końcówka to nieśmiałe zapasy z determinizmem :P Radek Rak rok temu za baśniowo-mityczne próby w Galicji, dostał Nike, więc myślę, że wybrałeś (wybrałaś?) dobry czas na pokazanie się światu :P Nawet trochę zazdroszczę - ja przy baśniach czuje się, jak Ebenezer Scrooge :P
  • Zaczarowanyswierszcz miesiąc temu
    Dzięki za komentarz :)

    Chciałam, żeby początek, i w formie, i w wymowie, miał Tolkienowski charakter i cieszę się, że jest to dostrzegalne. Cała "Baśń" (oprócz bycia po prostu opowieścią fantasy, którą od dzieciaka tworzę w wyobraźni) to prawdopodobnie gdzieś w tle pewna polemika z "Silmarillionem". Więc fajnie, że Tolkien widoczny :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania