Pokaż listęUkryj listę

Baśń o Dwóch Księżycach (21): 10. Spotkanie ze złotnikiem cz. 1

Bycie Leśnym Człowiekiem wśród Strażników Ziemi mogło napytać teraz więcej biedy niż kiedykolwiek, Heél dobrze zdawał sobie z tego sprawę. A on, mimo że niemal od dziecka, od śmierci matki ukrywał się i wychowywał pomiędzy gnomami, miał w sobie coś rozpoznawalnie skrzaciego, czego nigdy nie udało mu się pozbyć, może dlatego, że nie wiedział właściwie, co konkretnie to było. Dość, że dostrzegano w nim skrzata niezwykle szybko.

 

Był jednak także złodziejem, choć nie okrutnym jak Osgod czy Sago, to wcale nie złym, a do biblioteki w Jaskini włamywał się często, nie tylko z polecenia Vélha, ale i z własnej inicjatywy, potrafił więc przemknąć się niepostrzeżenie labiryntem tajemnych przejść wśród skał ponad sufitem i trafić dokładnie tam, gdzie potrzebował.

 

Biblioteka, prastara i starsza wiele od tej w Sén Serén, zwana Biblioteką Filozofów lub Biblioteką Proroka Melancholii, jak powiadały legendy jednego z trzech pierwszych mędrców żywiołaków, była jak większość innych miejsc w Jaskini grotą. Księgi stały na półkach aż do wysokiego sufitu wydrążonych w skałach, spod ziemi wyrastały zaś dzięki sztuce drzew korzenie wierzby i ciągnęły się tuż przy skalnych ścianach, tworząc schody i docierając do wszystkich regałów. Niczym wierzbowe liście wisiały na korzeniach podłużne latarnie z zielonymi szybkami.

 

Heél zawisł do góry nogami jak nietoperz i wychylił dyskretnie rudą głowę zza jednego z głazów sufitu. Pora była wyborna, najlepsza z możliwych, biblioteka świeciła bowiem pustkami. Nocą tętniła zazwyczaj życiem, gdy jednak zbliżał się świt, nastawał dla niej prawdziwie martwy czas. Niektórzy mędrcy dopiero co posnęli, inni nie zdążyli jeszcze obudzić się, by pracować tu za dnia.

 

Skrzaci chłopak przeniósł wzrok na wschodnią ścianę, gdzie przy czarnych wrotach siedział starzec-wiciostwór Jencho, strzegąc wejścia do tajnych bibliotek. Mówiono, że jest niemy i że siedzi tu od niepamiętnych czasów, prawie się nie ruszając, że wrósł w skały jak mech lub jak drzewo zapuścił w nich swe stopy-korzenie. Oczy miał zamknięte, jakby spał, a włosy jego siwe sięgały podłogi i wyrastały pomiędzy nimi brzozowe witki i wióry białej brzozowej kory.

 

Jencho strzegł groty tajnych bibliotek swoją sztuką, której Drzewne Dzieci nie mogły złamać. W tych czasach jednak słabły już moce wiciostworów, a Jencho, choć nieśmiertelny, starzał się i dziurawiła się siła jego woli i jego obręcze. Wybrani i nieliczni jedynie mieli tego świadomość, ale Vélho, który służył kiedyś u boku Mistrza Skał, nie takie tylko znał gnomie sekrety, a i Heél nie od tego był w szajce, by podobnych rzeczy nie wiedzieć. Schował głowę z powrotem i skrywając się za draperią naciekłą z sufitu, przemknął po nim, by przez otwór w skałach, którym nie władała już obręcz Jencha, wślizgnąć się tam, dokąd chciał.

 

W tajnej grocie było ciemno jak w grobie, w powietrzu zaś unosił się świąd dopiero co wygasłych pochodni. Skrzaci chłopak znał jednak to miejsce na pamięć. Zsunął się po skalnej ścianie do korzenia wierzby i zszedł po nim na dół, po czym, dotarłszy do najbliższego stołu i wyjąwszy z przewieszonej przez ramię sakwy krzesiwo i krzemień, wyszukał po omacku kaganek i zapalił go. Świeca nie dała wiele światła, Heél wolał jednak nie ryzykować palenia pochodni. Kaganek, w razie potrzeby, gasił się znacznie szybciej.

 

Uniósł głowę i rozejrzał się ponad sobą dookoła, gdzie tysiące ksiąg zataczało okręgi na ścianach groty jak pierścienie wokół planety. Heél nie zaniepokoił się jednak ich ilością ani trochę, lecz uśmiechnął łagodnie do siebie i z kagankiem w dłoni pobiegł w górę innego korzenia. Wiedział dokładnie, czego szuka, miał już kiedyś tę księgę w dłoniach.

 

Historia Fény i Nélchoda była pradawną opowieścią Strażników Ziemi, niegdyś opowiadaną przez gnomy często, tu zwłaszcza, w Jaskini Pani Zmierzchów. Nélchotko przeniósł stolicę do Grod Gérlod, Jaskinię jednak stworzył z niczego, nieopodal gruzów i popiołu wioski, w której sam się urodził. „Nélchod dorastał na stepie, za czasów, kiedy smoki nie kryły się jeszcze pośród wulkanów, hen, daleko, za Smoczymi Górami, lecz zobaczyć je było nietrudno, gdy krążyły jak wielkie jastrzębie nad rdzawozłotymi równinami gnomiego królestwa,” zapamiętał Heél początek opowieści, dalej historie przekazywane z ust do ust urywały się jednak momentami, podziurawione jak obręcze Jencha.

 

Żadna z nich nie mówiła o tym, czym w istocie był Sztylet Nélchoda lub jak naprawdę Nélchotko pokonał Gnomiego Króla. To tłumaczyć mogła jedynie wersja opowieści spisana tysiąclecia temu w tajnych bibliotekach, opieczętowana przez filozofów ich przysięgą milczenia. Wcześniej Heél myślał zaś, że broń Nélcha jest w jego historii tylko metaforycznym symbolem. Nélchotko walczyć nie potrafił, brzydził się zabójstwem i sam był filozofem, wydawało się więc Heélowi, że Sztylet to raczej wiedza lub tajemna sztuka. Dopiero od czasu nowin Saga zaczął widzieć w nim coś namacalnego i konkretnego.

 

Gdy jednak wrócił z góry z opasłą księgą i położył ją od grzbietu na stole, rozwarła się niespodziewanie na zupełnie innej opowieści. Skrzaci chłopak zmarszczył brwi i odsunąwszy na boki zostawione przez innych na blacie księgi i pergaminy, zrobił miejsce, by odstawić kaganek, po czym, zaciekawiony, zaczął czytać...

 

„O Mistrzyni Olszy, pani drzazg w sercu i Mistrzu Kasztanie, władcy gwiazd”

 

„Mistrzyni Olcha nie należała do pierwszych Drzew najdawniejszego stworzenia. Przeciwnie wręcz, była jedną z najmłodszych Drzewnych Mistrzów. Nazywali ją z tego powodu „Olszanką”, czego nie znosiła, choć i tak dreptała ciągle za starszymi Mistrzami, depcząc im po piętach i śledząc każdy ich ruch. Była wpatrzona zwłaszcza w tego, którego pokochała już jako dziecko – Mistrza Cyprysa.

 

Cyprys drwił jednak z Olchy i miał ją za nic, nie tylko z powodu jej młodego wieku, lecz także dlatego, że on, esteta, miał ją za istotę bardzo niedoskonałą. W każdej z jej dwóch postaci pierwszym, co rzucało się w oczy była bowiem choroba. Bywała więc drzewem - drobną, młodą olszą z pniem chorym i popękanym, i dziurawymi kośćmi-konarami. Bywała też dziewczyną o gęstwinie włosów z olchowych gałęzi i oczach w kolorze olchowych liści, o poranionych, bosych stopach jak korzenie i garbach, naroślach na ciele, ropiejących żywicą. Nigdy nie bywała piękna.

 

Zraniona głęboko odtrąceniem przez Cyprysa, Olcha opuściła Drzewnych Mistrzów i ich siedzibę w Krainie Świętych Drzew na Zamglonym Wędrowcu, i odeszła. A odejść mogła, gdzie chciała, w imię odwiecznej wolności. Długo krążyła samotnie po otchłaniach Wszechświata, potem zaś trafiła do Séras, którego nie znała wcześniej, urodziła się bowiem po najdawniejszych wydarzeniach i po tym już jak Mistrzowie przenieśli się na księżyc, i zaciekawiła ją świeża żywotność Krainy Drzewnych Dzieci.

 

Włóczyła się po Séras, aż dotarła do, już wtedy mrocznego i budzącego grozę, miejsca, nazwanego lata później przez pierwszego Mistrza Skał, Nélchoda, Nan Farlasem. Rozrywała tam w bólu swoje rany, z których nasion wyspa porosła wkrótce cała młodymi olchami. Zranienie i żal rodziło w jej sercu zawiść i gniew.

 

Pewnego dnia, gdy przeglądała się w czarnej, gęstej toni jeziora, zobaczyła w nim przez chwilę inną twarz niż swoją - twarz chłopięcego stwora, która zniknęła zaraz w głębinach wody, tak szybko i nagle, jak się pojawiła.

 

Nocą zobaczyła go znowu. Wpatrywała się w niezwykłe zjawisko, jak w lesie jej olch córki księżyca tańczyły wśród czarnych pni, a ich suknie srebrzyły się w księżycowym blasku. Potem jednak cień padł na wyspę, jakby zawisła nad nią ogromna chmura, i zaćmił światło Zamglonego Wędrowca. Chłód przeszył Olszę jakby igły z lodu wbijały się w korę jej skóry, a wszystkie Księżycóry uciekły z przestrachem, i w popłochu odleciały w niebo.

 

Nici pajęcze białe jak śnieg zaczęły zewsząd i błyskawicznie obrastać czarną knieję. Przeczucie Drzewnego Mistrza podpowiedziało Olszance, że dziwne i złowrogie były te nici, nie przelękła się jednak ani trochę, i wpatrywała w las z zaciekawieniem. Po chwili blada dłoń, sczerniała od ciemności, wynurzyła się zza pnia i oplotła go palcami, połączonymi niebieskawą błoną wodną, a potem oko pojawiło się wśród olchowych liści, brudnogranatowe, na którym miedzianoczerwone naczynka krwi zapalały się i gasły jak błyskawice.

 

- Widziałam cię w jeziorze - prychnęła pogardliwie Olcha. - Czemu się tu czaisz, coś za jeden?

 

Odpowiedział jej chichot, po czym stwór wyszedł zza drzewa.

 

- Ty nie wiesz, kto ja jestem – powiedział.

 

- Mało to demonów krąży po tej krainie? Co mi za różnica, którym z nich jesteś. - Olszanka wzruszyła ramionami.

 

Wtedy stwór spojrzał na nią z taką złością jak jeszcze nikt dotąd, po czym rozpędził się w mgnieniu oka i pognał ku brzegowi jeziora. Gdy Olcha spojrzała za nim, wskoczył do wody i wzburzył ją silnie, a gruba nić pajęczyny wyrosła z niej i dotarłszy zaraz do Mistrzyni, oplatała ją jak gęsta sieć, coraz ciaśniej i tak, że swoją siłą woli nie mogła się z niej wyplątać. „Licho!", pomyślała, bo wiedziała, że nad demonem zapanowałaby bez trudu, całą sobą poczuła też, jak przyciąga ją bezgraniczna pustka, rozsadzająca myśli.

 

- Ty się nie boisz - stwierdził stwór, gdy wrócił do Olchy i przerwał nić. Z trudem złapała oddech, ale miał rację, nie lękała się unicestwienia, przeciwnie wręcz, ciągnęła ku niemu.

 

- Ty mnie nie możesz skrzywdzić - odparła. - Nie masz już czym.

 

Na te słowa zerwał się znów ze złością i pognał między drzewa. Miał dzikie, porywcze i toporne ruchy, targała nim namiętność, która ujmowała powagi jego sile Licha, i sprawiał wrażenie, jakby władał potęgą, jakiej sam nie rozumie. Był też jednak podobny do Olchy, a przez to pociągający.

 

- Czemu się wściekasz? - powiedziała, gdy go znalazła. Stał z rękami za plecami, oparty o pień. Wędrowiec wyszedł znów zza chmur i jego światło padało na ciemną, niebieskawą twarz stwora, a on topił wzrok w tym blasku.

 

Nic nie odpowiedział, a Olsza pytała dalej, z zainteresowaniem:

 

- Czemu odszedłeś od Mistrzów? By pławić się w bagnie tej wyspy? Mówili mi, że zabiłeś swojego brata i wysłałeś w otchłań czarnej dziury.

 

- Spotkałem w borze swoje odbicie i zabiłem je, by tworzyć piękno – wytłumaczył po swojemu. - Odszedłem, by tworzyć piękno. Wśród nich tworzyłem tylko rzeczy brzydkie.

 

- Może mnie stworzyłeś - powiedziała gorzko Olszanka.

 

Stwór spojrzał wówczas na nią i uśmiechnął się dumnie, a oczy błysnęły mu tak okrutnym szczęściem, że prawie zadrżała.

 

- Może mogę stworzyć cię nową - rzekł, po chwili zaś pod jego spojrzeniem jedna z ran Olchy zasklepiła się i zarosła zaraz nowym płatem kory, świeżym i czystym, bez blizn. Olszanka spojrzała na to miejsce na swoim ciele, oczarowana, że zrobił coś, czego ona swą własną mocą nie potrafiła uczynić, a stwór chwycił ją silnie za przegub dłoni i nachyliwszy się do niej, patrzył rozgorzałymi oczami.

 

- Spój czarosmoka sokiem z wilczomlecza i zawładnij nim, bo masz taką władzę, a później odbierz mu to, co skrywa najcenniejsze - Smoczy Stras i daj mnie - powiedział cicho, raptownym, niecierpliwym tonem. – Wtedy będziesz piękna.

 

Oczy Olszanki rozszerzyły się ze zdumienia, i zgodziła się, zapytała jednak:

 

- Jakże mam to jednak zrobić, skoro nie wiem, czym jest Smoczy Stras?...”

 

Heél nie dowiedział się także, czym był Smoczy Stras, choć czytał z rumieńcami na twarzy, wtem bowiem odezwał się głos jak grom z jasnego nieba i rozległ się echem po pustej bibliotece, cichy niczym syk węża i melodyjny jak śpiew:

 

- Heélénie!

 

Skrzat zerwał się z krzesła i jedną ręką uniósłszy kaganek, drugą zaś sięgnąwszy do rękojeści sztyletu, rozejrzał się. Nie zobaczył jednak nikogo, a po chwili głos odezwał się znowu:

 

- Heélénie! - A wraz z nim powiew wiatru znikąd zgasił świecę w kaganku, tak, że z trudem znów można było zobaczyć cokolwiek w ciemności.

 

- Kto tu jest? - zapytał nerwowo Heél, próbując zaczepić na czymś wzrok w mroku. Powietrze biblioteki zrobiło się ciężkie, jakby cała grota zatonęła w oparach dziwnej mgły. Serce zabiło chłopakowi szybciej.

 

- Obserwuję cię od dawna, Heélénie - odpowiedział głos i teraz zdawał się już być bliżej, całkiem blisko Heéla.

 

Wróciła mu zimna krew złodzieja. Wyciągnął sztylet i zaczął śledzić ruchy ciemności, i nasłuchiwać jej szelestu w miejscu, skąd dobiegł głos. Ledwo dostrzegalny promień światła budzącego się dnia, wdzierającego się do biblioteki przez szpary w skałach, musnął fałdę płaszcza. Od tej cząstki chwili Heél nie spuszczał już wzroku z tajemniczego intruza i czekał w bezruchu aż ten podszedł tuż obok niego. Wówczas przyłożył sztylet do boku nieznajomego, tak, że klinga zniknęła cała wśród zagięć szat, a sztych ukłuł lekko ciało pod nimi.

 

- Drgnij tylko, a wsunę głębiej! - wyszeptał. - Kim jesteś?

 

Nieznajomy jednak roześmiał się tylko, jakby szczerze rozbawiony, i zaraz bluszcz jak palące sznury zaczął oplatać rękę Heéla, i ściskać tak mocno, że skrzaci chłopak syknął z bólu, a sztylet wypadł mu z dłoni i z łoskotem uderzył o posadzkę.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania