Baśń spod Dwóch Księżyców (7): 3. Pozytywka z bursztynu cz. 2

 Półmrok panował w pustym na dobrych kilka jardów wzwyż dębowym pniu. Schody, porowate jak kora, pięły się okręgami wzdłuż wewnętrznej ściany drzewa. Mabbé uniosła rąbek spódnicy i zaczęła wchodzić po nich, nucąc znów wesoło i stawiając kroki w rytm melodii.

 

 Przystanęła na międzypiętrowym podeście. Światło, wpadające do pnia przez niewielkie, zwieńczone łukiem okienko, zatrzymywało się na ścianie tuż przy nim. Skrzacia dziewczyna spoglądała przez chwilę na własny cień, po czym obróciła się parę razy dookoła dla zabawy. Na ściennym malowidle pałąkowate pędy balutrady zdawały się wyrastać z jej własnej sylwetki.

 

 Potem wbiegła po schodach dalej, na piętro, gdzie przez otwór w drzewie przechodziło się na krużganek zamku. Część jego podłogi była konarem dębu, część zaś wapienną posadzką, podtrzymywaną od spodu pajęczyną skalnych gałęzi. Mabbé przeskakiwała z nogi na nogę, raz na konar, raz na posadzkę, nie patrząc przed siebie, aż w końcu zahaczyła o kogoś niespodziewanie.

 

 Usłyszała szelest pergaminów uderzających o posadzkę i zobaczyła jak ktoś schyla się, by je zebrać.

 

 Lathrod. Nie znosiła go. Był gruby i brzydki, wiecznie markotny, i powłóczył okropnie swoją skręconą nogą.

 

 - To ty - powiedziała, krzywiąc się. - Uważaj jak chodzisz.

 

 Lathrod zerknął na nią jakby niechętnie, szybko jednak spuścił wzrok na swoje papiery.

 

 - Wybacz - wymamrotał.

 

 Mabbé minęła go, podchodząc do drzwi prowadzących w głąb zamku. Lathrod podniósł się chwiejnie z podłogi i poprawiając pergaminy w rękach, obejrzał się na nią.

 

 - Nie wpuszczą cię - rzekł niepewnym głosem. - Mistrz Druid rozmawia z druidem Myrvédem. Posłano mnie do niego, lecz mnie też nie wpuścili.

 

 - Ciebie to nie to samo, co mnie - prychnęła Mabbé i otworzyła drzwi. Lathrod wzruszył lekko ramieniem i raz jeszcze poprawiwszy pergaminy, powlókł się w kierunku dębu.

 

 Skrzatka weszła zaś na wewnętrzny dziedziniec zamku - las balkonów, tarasów i przekradających się wśród nich dębowych gałęzi. Skierowała się kilkadziesiąt skrzacich stóp w lewo, ku wejściu do Wieży Rady. Szerokie schody wspinały się po grubym konarze, prowadząc wprost do Dębowej Sali. Znalazłszy się na przed drzwiami, Mabbé pchnęła je lekko, najciszej jak potrafiła. Promień rdzawego jak żelazo światła z wnętrza sali przemknął przez wąziutką szparę.

 

 - Na co chcesz czekać? Czemu zwlekać? - Usłyszała zdziwiony i wzburzony głos Świerkowego Druida, Myrvéda. - On nie poprzestanie na tytule Mistrza Skał! Ani się obejrzymy, a ogłosi się samodzielnym władcą gnomów, wiesz o tym przecież!

 

 - Ty wiesz zaś, że samozwańcza władza nie uczyni Geroda pełnoprawnym władcą - odparł spokojnie dziadek, a Mabbé wyczuła czający się za jego słowami subtelny i dumny uśmiech. - Najpierw Rada musi tę władzę uznać.

 

 - Więc wydrze twoją zgodę siłą! - Myrvéd rozgniewał się jeszcze bardziej. - Naprawdę zaryzykujesz? W imię czego? Czego można obawiać się bardziej niż bratobójczej wojny?

 

 Dziadek milczał, i cisza panowała przez chwilę taka, że Mabbé słyszała jedynie swój własny oddech, potem zaś Myrvéd dodał, rozumiejąc nagle:

 

 - Więcej wiesz niż mówisz. Radzie. Mnie. ... Co wiesz, Mistrzu Druidzie?

 

 Mabbé zachwiała się lekko, słuchając rozmowy, i podparła o drzwi. Zawiasy zaskrzypiały cichutko, na tyle jednak głośno, by druidzi urwali rozmowę. Zaraz też do uszu skrzatki dotarł nierównomierny, niemal bezgłośny stukot skierowanych ku wejściu kroków dziadka.

 

 Drzwi otworzyły się na oścież. Blask zachodniego słońca oślepił Mabbé, szybko więc weszła do skąpanego w cieniu wnętrza sali. Pogładziła rękami spódnicę, której zieleń pociemniała nagle w tym cieniu jak barwiona w olchowych liściach, po czym spojrzała na dziadka.

 

 - Mabbé - rzekł. Jego twarz była surowa jak naga skała.

 

 - Panienko Mabbé. - Ukłonił się nieznacznie Myrvéd, który stał przy wielkim, okrągłym stole obrad, opierając się dłonią o gałęziste oparcie swojego świerkowego krzesła.

 

 - Pozwolicie, że się pożegnam - dodał po chwili, zakładając na głowę swój drzewdziejski kapelusz i podchodząc do wyjścia. Spojrzał na dziadka spod krzaczastych, chmurnych brwi. - Mistrzu Druidzie, ufam, że dokończymy później naszą rozmowę.

 

 Mistrz kiwnął potakująco głową, i Myrvéd opuścił Dębową Salę. Mabbé utkwiła wzrok w dziadku, który, poprawiwszy główkę laski w dłoni, podszedł do stołu obrad.

 

 „Kuleje tak jak Lathrod”, pomyślała. „A jednak tak bardzo inaczej. Dziadek jest dostojny we wszystkim, co robi.

 

 Jak orzeł.”

 

 Odstawił laskę i usiadł na krześle Głównego Druida, po czym sięgnął po leżący na stole pergamin.

 

 - Co tu robisz? - spytał karcącym tonem, wciąż przebiegając wzrokiem po piśmie w swoich dłoniach. - Czy nie powiedziano ci o obradach?

 

 - Powiedziano - odparła pogodnie Mabbé. Ona również podeszła do stołu i z wdziękiem przesunęła po nim palcem parę razy, obrysowując liście wierzby na malowidle znaku Rady. - Nudziłam się.

 

 - Nudziłaś się? - Dziadek uśmiechnął się prawie niezauważalnie, lecz spojrzał już na nią inaczej, bardziej pobłażliwie. Zwinął pismo w rulon, po czym podszedł do dębowego stolika na uboczu sali i wziął do ręki świecę. Wosk spłynął na pergamin, połyskując z daleka mroczną zielenią.

 

 - I tu spodziewałaś się znaleźć coś, co zaradzi twojej nudzie? - Zaśmiał się krótko. Mabbé wzruszyła tylko ramionami. Nie wydawało jej się, by oczekiwał odpowiedzi.

 

 - Dobrze jednak, że przyszłaś. Chciałbym coś ci dać.

 

 Oczy skrzaciej dziewczyny błysnęły żywo.

 

 - Podarek?

 

 Dziadek nie odpowiedział jednak na pytanie. Wziął do ręki tłok pieczętny i zanurzył go w kleksie szmaragdowego wosku, po czym rzekł:

 

 - Idź do pracowni i poczekaj tam na mnie. Przyjdę za chwilę.

 

 Zaciekawiona, kiwnęła głową. Podeszła ochoczo do schodków, po których dostała się na konar drugiego z Pokrętnych Dębów, zaglądający do wnętrza sali przez duże, okrągłe okno. Oknem tym wyszła z Wieży Rady i po konarze dotarła do pnia potężnego drzewa, w którym mieszkał i pracował dziadek.

 

 Pchnęła ciężkie, brudnozielone drzwi wejściowe. Światło próbowało przedostać się do wnętrza przez wychodzące na zachód okno pracowni. Mabbé podeszła do niego i rozchyliła szerzej okiennice. Blask słońca buchnął na nią jak para z kotła, i pognał dalej, wprost ku stojącemu na biurku skryptorium, zalewając migotliwą żółcią strony otwartej księgi.

 

 Skrzacia dziewczyna przysiadła na brzegu krzesła dziadka, i jej wzrok przebiegł po rzeczach rozrzuconych niedbale na ciemnodębowym blacie biurka.

 

 Bałagan. Dziadek był zasadniczy, ale w jego pracowni był zawsze bałagan.

 

 Zainteresował ją wystający spomiędzy stronic księgi, zbrązowiały po bokach skrawek pergaminu. Sięgnęła po niego.

„Nie jutro, nie pojutrze.

 

Gdy zakwitną żółte maki.

 

Myla”

 Mabbé przyglądała się przez chwilę pięknym, równym literom jak zaczarowana, czując jak złość powoli ogrzewa jej policzki, a palce zaciskają się same na brzegach pergaminu. Powstrzymała się jednak i rozprostowawszy liścik w dłoniach, wsunęła go z powrotem pomiędzy stronice.

 

 Odeszła potem od biurka i skierowała się po schodach w dół pracowni, tam, gdzie na niższym piętrze pnia znajdowało się laboratorium alchemiczne. Światło słońca docierało tu z trudem i ciemność panowała jak w świerkowym borze.

 

 „Alchemia to dziecię nocy”, zwykł mawiać dziadek. Mabbé prychnęła lekko, sięgając po krzesiwo. Nie przepadała za nocą niemal tak samo jak za alchemią. Blask ognia przemknął przez szmaragdowe szybki lampionu i spowił laboratorium w zielonkawej poświacie. Skrzatka podeszła do pustego tygla zawieszonego krzywo nad paleniskiem, po czym ze znudzeniem przesunęła w kotle prętem parę razy.

 

 Chwilę później usłyszała za sobą kuśtykanie dziadka. Odwróciła się i zobaczyła u podnóża schodów jego wyprostowaną sylwetkę. W półmroku laboratorium kobalt dziadkowego płaszcza mienił się turkusowo, a twarz wydawała się jeszcze bledsza i piękniejsza niż zazwyczaj.

 

 - Co robisz na dole? - zapytał, niemal zdziwiony.

 

 Mabbé wzruszyła tylko ramionami i uśmiechnęła się. Oczy dziadka odmłodniały jakby na chwilę i spojrzały na nią żywiej, niemal po chłopięcemu. Chwycił do ręki jeden z niewielkich flakonów, ten, w którym gęsta ciecz przypominała kolorem dojrzałe owoce leśnych jagód, i podsunął go niemal pod sam nos skrzaciej dziewczyny.

 

 - Spójrz, Mabbé - powiedział. - Łzy jednorożca i łzy brzozy. Osobno są łzami smutku, razem stają się łzami wielkiej radości.

 

 Mabbé zmarszczyła brew, zdezorientowana nieco tym dziwacznym zapałem, który niemal nigdy mu się nie zdarzał.

 

 - Dziadku - rzekła, biorąc od niego flakon i odkładając z powrotem na jego miejsce wśród innych. - Mnie to przecież nic a nic nie obchodzi... Co takiego chciałeś mi podarować?

 

 - No tak - przytaknął, uśmiechając się subtelnie, łagodnie. - Czegóż ja wymagam od młodej, pięknej skrzatki. Nie to ci przecież w głowie.

 

 Usiadł na stołku obok paleniska. Milczał przez chwilę, wpatrując się beznamiętnie w czarną stal kotła. Jego nagłe zamyślenie było jeszcze gorsze niż wcześniejszy zapał.

 

 „Ona też była kiedyś młoda i piękna”, przemknęło przez głowę Mabbé. „I kochała te wszystkie pręty i gary.”

 

 „Tylko ją kochał”, przypomniała sobie potem rozgoryczone słowa matki. „Swoją pierwszą żonę. Nikogo więcej. Nikogo więcej kochać nie potrafił. Dla każdego ma w zanadrzu swój wyrozumiały uśmiech, ale każdym pogardza.”

 

 Kucnęła obok stołka i chwytając dziadka za przedramię, potrząsnęła nim ze zniecierpliwieniem.

 

 - Dziadku! Co chciałeś mi dać, co to takiego?

 

 Wyrwany z zadumy jak z sennego marzenia, przeniósł wzrok z tygla na dziewczynę.

 

 - Ach, tak - rzekł, odgarniając z roztargnieniem włosy z czoła. - Tak, podarek. Poczekaj chwilę.

 

 Poszedł na górę, by wrócić po chwili z zawiniątkiem w dłoni. Odstawiwszy laskę, podsunął wolną ręką drugi stołek bliżej Mabbé, tak, by oboje mogli usiąść.

 

 - Już dawno chciałem ci ją dać - powiedział, wpatrując się w skrzacią dziewczynę swoim uważnym wzrokiem i podając jej zawiniątko. - By jednorożec ten nie płakał więcej, a cieszył się twoją radością.

 

 Nie zrozumiawszy słów dziadka, Mabbé znów spojrzała na niego ze zmarszczoną brwią, szybko jednak sam podarek zaciekawił ją bardziej niż te parę dziwnych słów, i rozwinęła go pośpiesznie z brzozowego liścia.

 

 Wydała z siebie niemy okrzyk zachwytu. Zobaczyła szkatułkę, przepiękną, całą ze złocistego bursztynu, jednorożec na wieczku zaś z jej ulubionego - zielonkawo-niebieskiego, przeplatanego gdzieniegdzie smolistymi smugami niczym promieniami czarnego księżyca. Unosił kopyta wysoko, z dziką gwałtownością, jak żywy.

 

 Mabbé spojrzała na dziadka, a on uśmiechnął się lekko, dostojnie.

 

 - Otwórz - powiedział tylko.

 

 Posłusznie uniosła wieczko, a wówczas melodia wytrysnęła ze szkatułki jak fontanna, i pognała w górę, do pracowni i przez okna dębu, tak, jakby to sam jednorożec cwałował, niosąc ją na swoim grzbiecie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania