Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Cuiavia. 0038. Sobótka
Szli wydeptaną ścieżką. Poranne mgły gęstniały nad ziemią. Od rzeki niosły się głuche, miarowe uderzenia. Pomiędzy nimi dobiegały głosy, lecz słowa ginęły w chlupocie wody. Kazali Gniewkowi zaczekać przy pniu. Sami podeszli bliżej brzegu. Przystanęli w gęstwinie tataraku.
Kobiety tłukły kijankami mokre płótno.
Najstarsza z nich znieruchomiała. Potarła palcem plamę na gieźle. Wepchnęła je pod wodę, lecz sąsiadka zdążyła zajrzeć.
— Co tam kryjesz, Jago? — wychrypiała, mrużąc oczy. — Czyżby twój chłop całkiem w portki popuszczał, że tak tę szmatę miętosisz?
Jaga rozciągnęła koszulę, odsłaniając białe ślady.
— To nie jego wina! — wybuchnęła. Głos jej zadrżał. — To ta młoda wywłoka, co ją sobie wziął na wiosnę! Widziałam ich wczoraj. Nie kładła się pod nim. Korzeń mu ręką doiła! Ziarno zmarnowała! Marność, baby!
Kijanki ucichły.
— To przez tę rudą przybłędę! — Uderzyła koszulą o kamień, aż woda prysnęła na sąsiadkę.
— Pamiętacie, co w bani prawiła? Że „przyjemność każdemu się należy”. Przebóg, mój stary zamiast o polu myśleć, tylko nocy wyczekuje. A ona? Nożem kłaki rzezała, żeby chłop runa w zębach nie nosił!
— Ja też całą noc słyszę te mlaśnięcia! Jak on jej ozorem w sromocie miele, a ta młoda wyje! — zawtórowała druga i splunęła w nurt.
— Widziałyście, co młode sobie na majdanie pokazują? Jedna włosy podnosi, kark odkrywa, a druga język wysuwa. Chwalą się, że się ogołociły i chłopa pod spódnicę z językiem wpuszczają!
— Chłopy też swój znak mają. — Jaga ściszyła głos.
— Co ty prawisz? Jaki znak? — Przysunęły się bliżej.
— Chłopy nie takie sprośne, ich znaki trudniej dostrzec. Ale baczcie, baby, jak spodnie poprawiają i do siebie mrugają… Chwalą się, że im żonka gębą wygodziła. Sromota, baby!
— Raz mnie ochota naszła i wygnałam młodą z posłania. A on do mnie z ozorem między giry i korzeń pod gębę podsuwa! Krzyknęłam mu: „Czy ja suką jestem, żebyś mnie lizał?!” Całą noc przed chatą przesiedziałam — krzyczała.
— Jak raz jedna w tym zasmakuje, to już dla ludzi stracona! Nocami do lasu uciekać będzie, basiorów szukać! Chłop jej już nie wystarczy! One już nie dziewki, to dziwożony i latawice! Dziatki z ogonami będą rodzić!
Kijanki znów uderzyły o płótno.
Chwycił Agnieszkę za ramię.
— Wracajmy — szepnął. — One już nie piorą ubrań, tylko ciebie sądzą.
Wycofali się cicho. Za plecami wciąż słyszeli: „Dziatki z ogonami!”
— Błagam cię… Słyszałaś je? „Dojenie korzenia”? „Ozorowanie sromoty”? Kurwa! Aga! Ty im w bani seminarium z technik oralnych zrobiłaś? Co ty im tam nagadałaś?
— No weź… nie dramatyzuj. — Machnęła ręką i odsunęła się o krok. — Może wspomniałam półsłówkiem, co sprawia przyjemność.
— Półsłówkiem?
— No tak. — Uciekała wzrokiem w stronę rzeki. — Siedziałyśmy w bani, w gorącej parze. Baby narzekały na chłopów. Że to tylko wleźć, sapnąć i chrapać pod ścianą… No to mi się wyrwało.
— Wyrwało!
— No tak! Rzuciłam tylko, że sprawiedliwość w łożnicy każdemu się należy. Nic ponad to!
— Tak… a resztę same sobie dopowiedziały. Teraz rozumiem te uśmieszki i poprawianie portek, kiedy mnie mijali. Niech mi ktoś powie, że tylko faceci wygadują sprośności, a przyprowadzę go do ciebie. Niech posłucha, o czym gadają baby w bani… „Ozorowanie sromoty”. Jak to brzmi?
— Ale już „dojenie korzenia” brzmi bardziej swojsko niż fellatio, nie sądzisz? — zaśmiała się.
— Zdziwisz się, jak cię na gnoju ze wsi wywiozą!
— Ale za co… — zamruczała. — Czy ja za cudzymi chłopami biegam?
Ruszyli ku pniowi, na którym siedział Gniewko.
Przechyliła głowę. Przygryzła wargę, łapiąc jego spojrzenie.
— Pomożesz mi?
— W czym? Chcesz im zrobić zajęcia praktyczne?
— Z runem.
Wypuścił powietrze.
— A co z nim nie tak?
— Nie przeszkadza ci?
— Lubię, kiedy mnie nim łaskoczesz.
— Egoista! — Klepnęła go w ramię. — Pomyśl raz o mnie. Przez te upały drapie i swędzi niemiłosiernie.
— I co zamierzasz? Mam ci je wyrzezać?
Przesunął dłonią po jej podbrzuszu.
— Przestań, nie przy dziecku… — Złapała go za nadgarstek.
Gniewko dźgał patykiem wyschniętą ziemię. Na ich widok wstał, wycierając brudne dłonie o giezło.
Robert odchrząknął.
— Znowu to zrobiłaś! Zmieniłaś temat i zagadałaś problem!
* * *
Duchota ciążyła w dolinie, gęste powietrze oblepiało skórę. Gospodarze niespiesznie prowadzili krowy do zagrody Bożydara. Zwierzęta tłoczyły się przed wrotami. Porykiwały, rzucały łbami i naciągały powrozy. Spod racic podnosił się siwy pył.
W środku buchaj zataczał kręgi. Z pyska ściekała mu ślina. Sapał i rwał racicami darń.
Jedna z krów przystanęła i uniosła ogon. Mocz rozbryzgiwał się o ziemię. Ciężki, gryzący zapach wbił się w nozdrza.
Buchaj zamarł. Szarpnął łbem. Parsknął i zarył racicami w ziemi. Ruszył ku ogrodzeniu, nabierając rozpędu.
Uderzył w żerdź.
Drewno jęknęło.
Uderzył ponownie. Żerdź trzasnęła.
— Już! Wpuśćcie je, bo rozniesie zagrodę! — ryknął Bożydar.
Gospodarze zdjęli krowom powrozy i popędzili je ku wrotom. Runęły do środka. Buchaj wpadł w stado, dysząc ciężko. Krążył dookoła nich. Obwąchiwał ich zady. Ocierały się o niego, ryczały, szturchały łbami.
Mężczyźni przy płocie zamilkli. Bożydar zacisnął palce na żerdzi. Ktoś głośno przełknął. Ktoś splunął, gęsta ślina zawisła na wardze. Jedna z krów wspięła się na grzbiet drugiej.
— Patrz… — syknął ktoś. — Nie mogą się doczekać! — krzyknął inny.
Buchaj dopadł do łaciatej. Przednimi nogami objął jej boki. Zaparła się na rozstawionych nogach. Wygiął grzbiet. Inne wspinały się na siebie.
— Bożydarze! — zawołał drobny mężczyzna. — Z taką lagą całe opole synami byś obsiał, a nie same dziewuchy co rusz klecisz!
Suchy śmiech przebiegł przez zagrodę.
— Mirosławie, nie pleć po próżnicy, ino swoją babę przywiedź. Niech jej byczek wygodzi, bo żali się sąsiadkom na twoją słomkę. — Ryk chłopów niósł się po wsi.
Mirosław splunął pod nogi. — Chciałbyś taką słomką samych synów siać — odgryzł się.
— Patrzcie, ale ją gnie! Mało mu! Ledwo jedną puści, już drugą bierze! Buchaj swą robotę zna, co, chłopy? — zaśmiał się Bożydar. — Żadna mu się jeszcze nie wywinęła bez brzucha!
— Dobrze prawisz, Bożydarze. Widno sam Jaryło ci byczka dogląda.
Nie odrywali wzroku od zwierząt. Buchaj zeskoczył z łaciatej. Stał chwilę z opuszczonym łbem, potem ruszył za następną. Kurz osiadał na spoconych twarzach. Coraz częściej zerkali ku chatom.
— No, chłopy… czas na mnie — mruknął Mirosław, zaciskając dłoń na pasie. — Moja krasula w chacie czeka. O nowym byczku trza pomyśleć. — Poklepał Bożydara po ramieniu.
— Twoja jedna? — Bożydar zaśmiał się gardłowo i splunął siarczyście. — Ja tam moim trzem dzisiaj wygodzę, choćby tchu zabrakło! Noc taka, że i kamień ożyje.
Rozchodzili się, rzucali ostatnie uwagi, co rusz poprawiali spodnie. Gruby śmiech tonął w niskim porykiwaniu bydła.
Robert wypatrzył żonę wychodzącą od Dobrej.
— No, Krasula dostała nagrodę… — mruknął niskim głosem.
Zatrzymała się i spojrzała na niego. — Głupi żart… Naprawdę głupi. Mnie również wynagradzasz?
Splotła ramiona na piersiach, obróciła się do niego plecami i ruszyła ku chacie. Stawiała szybkie kroki, kołysząc biodrami.
Dogonił ją, chwycił za pośladki i pocałował w szyję.
Drgnęła.
— Przy tobie łatwiej znieść ten świat — szepnął jej do ucha.
— Nie wykpisz się gładkimi słówkami.
— A kto mówi o słowach? — Objął ją w talii.
Szarpnęła się w uścisku, śmiejąc się głośno, ale jej nie puścił.
Zeszli ze ścieżki prowadzącej do chaty.
* * *
Spędzili noc na wzgórzu Peruna. Wiatr przyniósł chłód. Budzili się, przywierali do siebie. Przed wschodem ruszyli w dół. Mokra trawa smagała łydki; rozcierali zziębnięte ramiona. Szli objęci. Gęsta mgła przykrywała całą dolinę.
Dobiegł ich cichy śpiew. Z każdym krokiem coraz wyraźniej słyszeli słowa.
Zbieramy zioła, nim słońce się zbudzi,
Bylicę rwiemy, na ziemię ją kładziem,
Ziele do wianków, kwiaty do warkoczy,
Niech nam te zioła lubych przyprowadzą.
Poszli za głosem. Przez mleczne oparzelisko dostrzegli rozmyte kształty. Młode kobiety pochylały się nad kwieciem.
Nasięźrzale, nasięźrzale,
Rwę cię śmiale,
Pięcią palcy, szóstą dłonią,
Niech się chłopcy za mną gonią.
Mgła rozstąpiła się. Kobiety były nagie. Zamarli.
Pieśń się urwała. Pisnęły, kucnęły w trawie, zasłaniając się wiechciami ziół. Jedna z nich zastąpiła im drogę. Biała blizna przecinała jej lewą brew.
— Nie patrz, ślepcu! Wił szukasz? Śmierci łakniesz? Zabieraj go, jeśliś nie po śmierć go przywiodła!
Rzuciła mu w twarz garść ziół. Nie zdążył mrugnąć. Oczy zapiekły. Zacisnął powieki, po policzkach popłynęły łzy.
— Niech cię pali za patrzenie na to, co zakryte! — Rozłożyła ramiona, obróciła się i zniknęła we mgle.
Agnieszka chwyciła go za ramię i pociągnęła w stronę chaty. Prowadziła go, ostrożnie omijając korzenie i kępy turzyc. Szedł za nią z zaciśniętymi powiekami. Przy zakolu, między ścianami tataraku, usłyszeli szepty i trzask łamanych trzcin.
W gęstwinie, tuż przy brzegu, kucało kilku wyrostków. Wpatrywali się w mgłę i łowili uchem każdy plusk wody.
— Idą? — syknął jeden, nie odwracając głowy. — Słyszałeś?
Na ich widok drgnęli. Najmłodszy zachwiał się nad wodą i zamachał rękami.
— Myśleliśmy, że to… no, tamte — bąknął.
— Uważajcie — odezwał się Robert. — Wiły nie lubią tych, co patrzą. Jedna garść ziół, jeden taniec we mgle i wrócicie do wsi ślepi albo wcale nie wrócicie.
Przytrzymywała go za ramię, gdy pochylał się nad nurtem. Nabierał wodę w dłonie i przepłukiwał oczy.
— Co to było? — zapytał. Spojrzał na żonę przekrwionymi oczami.
— Ciesz się, że tylko tak cię ukarały — zaśmiała się, zerkając na chłopców.
Młodzi wymienili niepewne spojrzenia.
W obejściu uderzył ich zapach parującej zupy.
— Gdzieście łazili? Kupalnocka dopiero dzisiaj — zaśmiał się Gniewko, zasłaniając usta dłonią.
— Nie spałeś, maluchu? — Przykucnęła przy chłopcu. — Sam to wszystko uwarzyłeś?
— Rozpaliłem ogień i jeszcze się położyłem. A w misce samo pyrka.
— Tego nam trzeba — mruknął Robert, sięgając po łyżkę.
— Myślałam, że was w śpiku zastanę, a wy już na nogach. — Jagna weszła w obejście. — Umiesz, córko, wianki z ziół wiązać? To nie witki na koszyki — insze sploty znać trza.
Pod rozłożystą lipą na skraju majdanu siedziały już dziewczęta. Mokre giezła lepiły się do ciał, kolana tonęły w naręczach kwiecia. Agnieszka napotkała spojrzenie kobiety z blizną na brwi. Przez chwilę patrzyły na siebie.
Dziewczęta plotły wianki. Śledziła dłonie Jagny. Próbowała splatać rumianek, ale łodygi co rusz pękały jej w palcach.
Wij się, wianku, z polnych traw, Dobrą dolę dziewkom spraw. Płyń po wodzie, nie toń nam, Niech cię luby znajdzie sam.
— Dociśnij — mruknęła Jagna. — Wianek czy chłop — jedno i drugie musi czuć pewną rękę. Inaczej rozleci się, nim do wody dojdziesz. — Dziewczęta zachichotały.
— Widziałam dzisiaj Radomira — westchnęła Ludka i wbiła chaber między łodygi. — Ramiona z dębu, ciesiołki od ojca się uczy. Przytuli, o strawę zadba…
— Co ci po ramionach, skoro w głowie pusto? — Miłka prychnęła, łamiąc łodygę. — Wczoraj kozę gonił, dwa razy się wywalił. Śmiech, nie chłop.
— Bo koza sprytna!
— Sprytne to my byłyśmy o świcie — rzuciła Sławka.
Roześmiały się.
— Widziałyście Leszka… bogowie, chuda szczapa, a tam… mizerak, szkoda gadać! — prychnęła Zorza, zasłaniając usta.
— Cicho! — szepnęła Wita.
— A u Mściwoja widziałaś? On to co innego… — Ludka urwała. — Turzy syn.
Agnieszka kręciła głową, usta drżały od tłumionego uśmiechu.
Miłka oparła brodę na kolanach. Patrzyła na Sambora siedzącego po drugiej stronie majdanu.
— Ja tam innemu chłopu swoich wrót nie otworzę — szepnęła. — Uproszę ojca, na kolana padnę. Z żadnym innym doli nie zwiążę. Tylko z Samborem.
— Ojciec Sambora może i swatów by posłał, chłopak aż paruje… ale nie do ciebie, ino do Mirosławy.
— Pomyśl, jaki posag do zagrody wniesiesz. Myślisz, że jego ojciec zechce się z waszą biedą wiązać? Kiej u was w komorze wiatr hula, a w każdy przednówek głód zagląda!
— Sambor krzepki! — Głos Miłki zadrżał. — O wszystko zadba! Dęby z korzeniami pod źreb wyrwie!
Dziewczęta parsknęły śmiechem.
— Głupiaś ty, Miłka, oj głupia! Miłowaniem garnka nie okrasisz!
Dziewczęta przekrzykiwały się coraz głośniej. Jagna odłożyła wianek. Spojrzeniem powiodła po twarzach.
— Tak żeście się chowały, moje łasiczki, że chłopaki z drugiego brzegu was widzieli.
Umilkły.
— Myślicie, że oni ułomni? — zachrypiała śmiechem. — Teraz siedzą po drugiej stronie majdanu i oglądają was tak samo, jako i wy ich.
Któraś pisnęła. Chwyciły giezła pod szyją. Agnieszka parsknęła.
— Patrzcie. — Jagna wyciągnęła rękę w stronę chłopców.
Młodzi przekrzykiwali się. Radomir złożył dłonie w miseczki i wyszczerzył się do Jutrzenki. Inny kreślił w powietrzu kształt szerokich bioder, nie spuszczając wzroku z Żywi.
Jutrzenka wyprostowała plecy. Któraś poprawiła zapaskę.
Chłopcy ryknęli śmiechem. Jeden chwycił się za biodra.
— Teraz się swoimi grzybami chwalą — mruknęła Żywia.
— Nie po to marzli w krzakach, żeby siebie oglądać. — Jagna pokręciła głową. — To, co zakryte, burzy krew.
Agnieszka i Jagna wymieniły spojrzenia.
* * *
— Patrzcie na nie — syknął Radomir, ścierając pot z czoła. — Gęby im się nie zamykają.
— Myślicie, że nas rano dostrzegły? — zapytał Mściwój.
Radomir zaśmiał się. — Z piskiem by uciekły.
Co rusz zerkali na wianki w dłoniach dziewcząt. Każdy wypatrywał, jakie gałązki i kwiaty wybiera jego upatrzona.
Mirosława zerknęła w ich stronę. Niemir się wyprężył. — Tylko patrzcie na ten klaczy zad. Zdrowa. Silnych synów będę z niej miał.
— Ty będziesz? — prychnął Gorzysław. — Juści, urodzi, ale innemu.
— Zaraz po dożynkach uproszę ojca, by swatów posłał. Zaorzę ją i zasieję przed zimą.
— Jej wrota szerokie, nawet tego twojego kiełba nie poczuje! Wpadłbyś tam jako kamień rzucony w bagno!
— Patrzcie tylko. — Niemir złożył dłonie w miseczki. — Waligórę i Wyrwidęba wykarmi za jednym razem.
— Chciałby psubrat! — zakpił Gorzysław. — Wiatr w polu goń, a nie Mirosławę! Dla lepszych ona rośnie.
— A któren w siole ode mnie lepszy? — Niemir rozejrzał się po rówieśnikach, zacisnął pięści. — Idź pod las, bracie, i tam sobie gadaj.
— Widzieliście Żywkę? — rzucił Leszek.
— Ale tam łąka wybujała! — zaśmiał się ktoś. — Wrót bez sierpa nie znajdziesz!
— Dość paplania! — huknął rozbawiony Stanimir. — Sobótka czeka! Rękom zajęcie znajdźcie, nie jeno ozorom i ślepiom.
* * *
Topory wrzynały się w drewno, białe wióry sypały się na darń. Starsi odcinali konary, rąbali pnie na krótsze kawałki. Głuche uderzenia niosły się po polanie. Gniewko, Leszek i inne podrostki wlekli gałęzie na majdan, co chwila wpadając starszym pod nogi.
— Precz, smarki! — warczeli. — Bo zadepczemy. Do bab, wieczerzę szykować!
Leszek dopadł porzuconej w mchu siekiery. Ciężkie żeleźce lśniło od żywicy. Zacisnął brudne palce na trzonku i uniósł siekierę nad głowę. Zamach szarpnął nim w tył. Zachwiał się.
Dłonie Radomira zamknęły się na przegubach brata. — Stój, gówniarzu! Okaleczysz się, nim pierwszą dziewkę obłapiesz!
Przytrzymał go, aż opuścił siekierę. Wyjął mu trzonek z dłoni i klepnął go w potylicę. — Wynocha między chaty! Nie kręć się pod girami, bo wrzucimy na podpałkę!
Młodzi rozpierzchli się z wrzaskiem. Ryk mężczyzn pogonił ich aż pod same obejścia.
Radomir przymknął oczy. Odłożył siekierę i podniósł kloc.
— Wita wianek puści, a ja jej wianek w puszczy zabiorę! — wychrypiał i cisnął kloc na stos. — Drugiej takiej ze świecą szukać.
— W zadzie za wąska. — Zdziwoj wyszedł z cienia, ciągnąc żerdź. — Gdy ja Miłkę w puszczy zajdę, swadźbę za miesiąc wyprawimy, mówię wam!
Mściwój przerwał pracę. — A ty wiesz, co dalej robić? Na bożydarowego byczka się napatrzył i myśli, że już wszystko pojmuje! — Rozejrzał się po towarzyszach.
Roześmiali się.
Zdziwoj wypuścił żerdź. Krew gwałtownie napłynęła mu do twarzy. Chwycił się za krocze. — Już ja zadbam, by rodziła co wiosnę!
— Patrzcie go! — Unierad wskazał go palcem. — Krew w lica mu poszła, zaraz giezło zapaskudzi! Byczek ma więcej ikry, bo robotę kończy!
— Juści, matula pozwoli ci Miłkę wziąć! — dorzucił inny, parskając. — Wszyscy wiedzą, że twoja mać miłkowej nie cierpi i na swadźbę nie pozwoli.
— A bo pytał będę? — Zdziwoj splunął pod nogi towarzyszy i podniósł żerdź. Cisnął ją na stos. — Przyjdzie mus, to umkniemy bez zgody rodzicieli.
Mściwój zmierzył go wzrokiem. — Azali zechce się z tobą po puszczy włóczyć? Pół sioła za nią biega, a rodziciele lepszego gospodarza jej upatrzyli. Prędzej jej ojciec policzy ci siekierą kości, nim rąbka spódnicy dotkniesz.
Stanimir uderzył dłonią w pień. — Zaraz się słońce za dębami schowa. Kończcie sobótkę!
Stos rósł. Grube żerdzie oparli o siebie. Wnętrze wypełnili chrustem i suchym mchem. Czerwony krąg słońca opadł za korony.
* * *
Dziewczęta stanęły na brzegu. Chłód rzeki studził rozgrzane ciała. Ściskały wianki w dłoniach. Na wplecionych w nie drewienkach płonęły cienkie łuczywka z sosnowej karpiny. Jagna skinęła głową. Zaśpiewały nisko. Głosy niosły się nad wodą ku czarnej ścianie lasu.
Płynie wianek w dal i śni, Płomień drogę wskaże mi, Złowisz wianek — serce dam, Rzeka powie, kogo mam.
Przyklękały na mokrym piachu. Kładły wianki na wodzie, osłaniając płomienie dłońmi. Woda obracała je i zabierała w nurt. Nad oddalającymi się ognikami snuły się smużki żywicznego dymu. Płomienie pisały los.
Nie spuszczały wzroku z wody. Jeden podmuch wiatru, jedna gałąź w nurcie…
Niżej, przy zakolu, czekali mężczyźni. Rozpychali się łokciami na brzegu. Pieśń płynęła z nurtem.
— Płyną — syknął Radomir.
Płomyki drżały nad wodą.
Wypatrywali znajomych kwiatów.
— Teraz! — ryknął i odbił się od błotnistego brzegu. Za nim skoczyli pozostali. Płynęli, siekąc wodę ramionami. Ktoś zaklął i odepchnął rywala. Inny zachłysnął się wodą i został z tyłu.
Radomir rozpoznał brzozowy wianek Wity. Dopadł go. Zapach macierzanki, lubczyku i żywicy uderzył w nozdrza. Uniósł go wysoko nad głowę i z okrzykiem triumfu wyszedł na brzeg. Łuczywko wciąż się paliło.
Mściwój wpatrywał się w mniejszy wianek, który utknął w tataraku na drugim brzegu. Szedł, dopóki czuł dno pod stopami, potem popłynął. Nurt go znosił, giezło krępowało ruchy. Pracował ramionami coraz mocniej, ale brzeg przybliżał się powoli. Wreszcie uchwycił wystający korzeń. Przytrzymując się jedną ręką, drugą wyplątał wianek spomiędzy łodyg. Uniósł go nad wodę i przez chwilę odpoczywał, wsparty o skarpę. Wracał wolniej, zagarniając wodę jedną ręką. Na brzeg wyszedł poniżej pozostałych. Dyszał. Wianek wciąż trzymał wysoko.
* * *
Kwiecisz wystąpił przed tłum. Płonące łuczywo rozświetlało mu twarz. Przyklęknął u podstawy stosu i wsunął je w gniazdo suchego mchu.
— Swarożycu! — Głos poniósł się nad majdanem.
Rozpal w nas żądzę! Niech rody rosną silne, Niech kwilenie nie cichnie w kołyskach! Niech stare oczy wnuki ujrzą,
Nim na zawsze się zamkną!
Płomień wgryzł się w chrust. Zatrzeszczała sucha kora. Ogień sięgnął wyższych gałęzi. Kobiety podeszły z naręczami ziół. Rzuciły je na stos. Płomień przygasł. Spod ziół uniósł się gęsty, białoszary dym. Pachniał słodkawo i drapał w gardłach.
Gospodarze prowadzili bydło z zagrody Bożydara wprost w dym. Zwierzęta parskały, rzucały łbami, ale mężczyźni utrzymali powrozy. Dym przesłonił grzbiety zwierząt.
— Oczyszczaj! — niosło się wśród ryków bydła. — Na zdrowe cielęta! Na pełne wymiona!
Przeszły przez siwą zasłonę, ruszyły ku Świętemu Gajowi. Między sędziwe dęby, na nietkniętą sierpem łąkę.
Ogień przebił się przez zioła i wyrzucił snop iskier. Nad majdanem rozległ się wrzask.
Biesiadnicy stanęli w kręgu i ruszyli wokół ogniska w rytm bębnów.
Ognia, daj nam ognia, Swarożycu, panie! Niechaj w naszym siole
lubość nie ustanie! Kto przez ogień skoczy,
ten troski porzuci, A do jego chaty
szczęście samo wróci!
Żar ogniska smagał twarze. Do bębnów dołączyły fujarki. Pieśni tonęły w śmiechu i gwarze, przerywane trzaskiem płonących gałęzi.
Starsi zasiedli nieopodal. Przyglądali się młodzieży, szeptali między kęsami chleba. Przy najbogatszych gospodarzach zbierali się sąsiedzi. Wychwalali zręczność córek przy krosnach, sprawność synów przy radle i bydle. Nad pieczonym dzikiem liczyli krowy i korce zboża. Śmiech niósł się nad ławami.
Grube żerdzie zapadły się do środka. Nad żarem pełgały niskie płomienie.
Co chwila któryś młodzian wyrywał się z korowodu. Kładł wianek na głowę wybranki i razem ruszali ku płomieniom. Splatali dłonie, nabierali rozpędu i skakali nad ogniem. Z krzykiem znikali w mroku puszczy.
Mściwój puścił dłonie sąsiadów. Szukał jej wśród tańczących. Daremnie. Odnalazł ją dopiero przy ławie, pod czujnym wzrokiem matki.
— Chodź — rzucił. Chwycił Dziwę za rękę i pociągnął za sobą. Nałożył jej wianek na białe włosy.
— Zostaw ją! To nie jej wianek! — Jagoda wstała, unosząc dłoń.
— Wiłam go, matko.
— Zabroniłam! — Krzyk utonął w pieśniach i huku bębnów.
Stanęli przed sobótką. On — barczysty. Ona — wątła. Podmuch od ognia poruszył jej włosy. Ścisnęli dłonie, skinęli sobie głowami i ruszyli. Wzbili się w powietrze i podkurczyli nogi. Gorąco uderzyło w twarze i łydki. Wylądowali, nie zwalniając uścisku. Ze śmiechem pobiegli ku puszczy, wśród wycia i okrzyków rówieśników.
Niemir ruszył ku Mirosławie. Wciąż słyszał słowa brata: „Dla lepszych ona rośnie”.
— Twój wianek. — Wyciągnął go ku niej.
— Skąd wiesz, że mój? — Przechyliła głowę, mierząc go wzrokiem.
— Tylko ty splatasz wielosił — mruknął. Nałożył jej wianek na głowę i chwycił za rękę. Dała się pociągnąć, ale nie dotrzymywała mu kroku.
Stanęli przed sobótką. Szarpnął ją za rękę i ruszyli. Zbyt wolno. Tuż przed ogniem odskoczyli na boki, prostując ramiona. Tylko złączone dłonie przemknęły nad płomieniami. Wylądowali ciężko. W kręgu wybuchł śmiech. Zaraz podniosły się okrzyki.
— Oszukali!
— Bogowie odwrócili oczy!
— Ogień ich nie oczyścił!
Niemir poczerwieniał. Objął Mirosławę wpół i pchnął ją ku drzewom, byle dalej od śmiechu tłumu.
— Próbuję sobie coś przypomnieć — odezwała się cicho Agnieszka, wpatrzona w ogień.
Spojrzał na nią i zmrużył oczy przed żarem.
— Pytałeś kiedyś ojca o moją rękę? — Odwróciła ku niemu głowę.
Zastygł.
— No wiesz… przecież powiedziałaś „tak”.
— Ale to na ślubie… A wcześniej? Żadnego klękania, nic?
Zaśmiał się cicho, chwycił jej dłoń. Pociągnął ją ku płomieniom.
— Zrobię to teraz. Przed starymi bogami!
Młodzi wokół wybuchli śmiechem.
— Ej! Precz stąd! Sobótka dla wolnych! Ustąpcie miejsca młodym!
— Zgłupiałeś?! — krzyknęła, patrząc na płomienie. — Nie skoczę!
— A więc odrzucasz mnie? — Uniósł brwi.
Postukała go palcem w czoło. Przyciągnął ją do siebie i pocałował.
— Zróbmy to! — zawołał.
Spojrzała mu w oczy i skinęła głową.
Ruszyli ramię w ramię ku ogniowi. Odbili się tuż przed stosem. Żar uderzył w twarze. Oczy zapiekły, rozwiane włosy skręciły się od gorąca. Zawadzili butami o wystającą kłodę i strącili ją w żar. Zniknęli w snopie iskier. Tłum ryknął przerażony.
Buty wbiły się w ziemię, kolana ugięły się pod ciężarem. Potknęli się, ale nie upadli.
Krzyki strachu przeszły w okrzyki podziwu.
— Teraz już jest jak należy? — zapytał, ciężko dysząc i odgarniając jej z czoła przypalone kosmyki.
Nie odpowiedziała. Odwróciła się i pognała prosto w las. Stał jeszcze z uniesioną dłonią, gdy znikała między drzewami.
Biegła przed siebie, byle dalej, byle głębiej w ciemność. Skryła się za grubym dębem. Odzyskała oddech, zanim go dostrzegła. Rozgarniał gałęzie, zaglądał między pnie.
Przyłożyła dłonie do ust.
— Tutaj!
Między drzewami niosło się taj… aj…
Obrócił się w stronę głosu, ale nie dostrzegł jej. Echo niosło dźwięki z każdej strony.
— Tutaj…
taj… aj…
Przywarła plecami do pnia. Piersi falowały jej od tłumionego śmiechu.
— Tu… — urwała.
Ich spojrzenia spotkały się. Zerwała się do biegu. Przedzierała się przez gęste zarośla. Gnał za nią. Liście smagały go po twarzy. Skręciła gwałtownie, omijając splątane pnącza. Skrócił drogę między pniami. Dopadł ją kilkoma długimi susami.
Chwycił ją w pasie, uniósł nad ziemię, zakręcił. Piszczała, wierzgała nogami.
Zdarli z siebie ubrania. Całowali się gwałtownie, dysząc w ciemności.
Miękki mech ugiął się pod nią. Przyciągnął ją mocno do siebie. Wciągnęła powietrze. Poruszali się coraz zgodniej. Nie odrywali od siebie spojrzeń. Oddychali coraz szybciej, w takt odległych bębnów. Zacisnęła palce na ściółce. Dreszcz przebiegł przez nich. Wygięła plecy w łuk i zaparła się piętami. Pocałunkiem stłumił jej krzyk. Drżeli, wtuleni w siebie.
Oddechy powoli się uspokajały.
— Tak — wyszeptała.
Spojrzała w bok. Podążył za jej spojrzeniem.
Tuż przy jej głowie lśnił od wilgoci pojedynczy, mięsisty liść. Z jego nasady wyrastał smukły trzonek zakończony kłosem.
— Nasięźrzał… Ophioglossum vulgatum — wyszeptała.
Wyciągnął rękę…
— Zostaw. — Chwyciła go za dłoń. — Niech magia zostanie, gdzie jej miejsce.
* * *
Wracali spleceni ramionami, równym krokiem. Przy żarze siedziała gromada chłopców z poczerwieniałymi twarzami. Dorzucali gałęzi. Nad stosem znów strzelały płomienie.
Na granicy światła puścił ją. Ruszył biegiem.
Krzyk rozdarł ciemność:
— Miłuję Dziewannę!
Rzucił się głową naprzód, prosto w ogień.
Wyciągnął ręce przed siebie, wyprężył ciało. Na chwilę zawisł w powietrzu, czarny cień na tle oślepiającej czerwieni, po czym zniknął.
Zamarła. Paznokcie wbiły się w dłoń.
Pobiegła wokół ogniska. Dym gryzł oczy. Osłoniła twarz ramieniem. Wypadła na drugą stronę. Oślepiona, krztusząca się.
Stał pośród chłopców i strzepywał popiół z ramion. Patrzyli na niego z otwartymi ustami.
Podbiegła do niego. Biła go pięściami w pierś.
— Co ty zrobiłeś?! Co chciałeś udowodnić?! Przed kim się popisujesz?!
Jeszcze się uśmiechał. Pod jej spojrzeniem uśmiech zgasł.
Chłopcy pokrzykiwali z zachwytu, otoczyli go, klepali po plecach. Szarpali za ręce, domagali się powtórki. Odwróciła się i odeszła. Patrzył za nią ponad głowami chłopców.
* * *
Wrócił do chaty.
Leżała przykryta. Spod futra wystawała jej stopa. Rozebrał się. Przejechał opuszkami palców po jej podeszwie. Podkurczyła nogę przez sen.
Wsunął się pod futro. Pocałował ją w kostkę. Przesunął język wyżej – po wewnętrznej stronie łydki, po miękkiej skórze uda. Coraz bliżej, coraz wolniej. Smakował ją.
Nie reagowała. Oddychała głęboko i równo.
Nie spieszył się. Objął jej piersi, kciukami kreślił kręgi. Jej ciało zaczęło odpowiadać. Uniosła lekko biodra. Z gardła wyrwało się jej niskie, senne szemranie.
Wzdychała coraz szybciej. Prężyła się, mruczała. Oparła stopy na jego plecach.
Chwyciła go za włosy i pociągnęła ku sobie.
Później leżała na jego ramieniu.
— Dlaczego mi to robisz?
— Bo lubisz.
— Skoro to wiesz, to dlaczego robisz to tak rzadko?
— Żebyś mi się w dziwożonę nie zamieniła.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania