Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 23

Siedziałem na zboczu góry, wysoko ponad płaskowyżem, i po raz pierwszy od bardzo dawna nie zamierzałem brać udziału w wydarzeniach, które obserwowałem. Było to uczucie osobliwe, niemal nieprzyjemne. Przez większość mojego życia nauczyłem się, że najlepszym sposobem na przeżycie jest wiedzieć, kiedy się nie wychylać. Tym razem jednak musiałem przyznać, że odległość była moim sprzymierzeńcem. Znalazłem sobie miejsce pomiędzy dwoma wielkimi głazami, z którego doskonale widziałem cały płaskowyż, a jednocześnie sam pozostawałem praktycznie niewidoczny. W ludzkiej postaci siedziałbym tam zapewne z ponurą miną, może nawet z jakimś kubkiem czegoś ciepłego w dłoniach, obserwując nadchodzącą katastrofę. Jako mucha mogłem co najwyżej czyścić sobie odnóża i udawać, że nie jestem przerażony. Na dole obóz już dawno przestał przypominać miejsce odpoczynku. Ludzie zajmowali wyznaczone stanowiska, magowie stali przy kolejnych punktach obrony, a między formacjami skalnymi migotały przygotowane wcześniej zaklęcia. Nad wszystkim wisiało napięcie tak gęste, że niemal można było je zobaczyć. Smoczyca siedziała jeszcze na przeciwległym zboczu, ogromna i nieruchoma. Przez długi czas tylko obserwowała. Nie poruszała się, nie próbowała zbliżyć, nie ryczała. Po prostu patrzyła. I właśnie wtedy zrozumiałem, że pierwsza próba obrony czegoś ją nauczyła. Za pierwszym razem została zaskoczona. Teraz miała czas, żeby się przygotować.

W pewnym momencie smoczyca podniosła się ze skalnej półki. Najpierw powoli, jakby nie chciała zdradzić swoich zamiarów, potem jednak jej ciało napięło się gwałtownie. Rozpostarła skrzydła, a ciemność wokół niej zgęstniała. Nie była to zwyczajna ciemność. Widziałem już magię cienia i wiedziałem, że potrafi ona zachowywać się w sposób niezwykle dziwny, ale aura otaczająca smoczycę miała w sobie coś pierwotnego. Cień wypływał z jej ciała jak dym, przesuwał się po łuskach, oplatał skrzydła i spływał w dół po skałach. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby sama góra rzucała cień w niewłaściwym kierunku. Potem smoczyca wzbiła się w powietrze. Nie poleciała jednak od razu prosto na obóz. Zatoczyła szeroki łuk, nabierając wysokości, i dopiero wtedy skierowała się w stronę płaskowyżu. Wiedziała, gdzie jest cel. Wiedziała również, że czeka tam na nią magia.

I rzeczywiście, pierwsze błyski pojawiły się niemal natychmiast. Z perspektywy mojego wzgórza wyglądało to niemal pięknie. Wąskie smugi światła wystrzeliły z ziemi i połączyły się nad obozem w coś przypominającego ogromną, migoczącą kopułę. Gdyby człowiek nie wiedział, co właśnie nadchodzi, mógłby pomyśleć, że magowie postanowili urządzić niezwykle kosztowny pokaz sztucznych ogni. Smoczyca jednak nie miała zamiaru podziwiać dekoracji. Gdy pierwsza fala energii ruszyła w jej kierunku, wokół jej ciała natychmiast rozlała się aura cienia. Światło uderzyło w nią i... zgasło. Nie eksplodowało. Nie odbiło się. Po prostu zostało pochłonięte przez czarną poświatę. Druga fala zaklęć spotkała się z tym samym. Trzecia również. Smoczyca nawet nie zwolniła.

Wtedy na płaskowyżu rozpoczęła się prawdziwa walka, choć na początku nie było jeszcze ani jednego uderzenia pazura. Magowie testowali kolejne warstwy zabezpieczeń, a smoczyca odpowiadała na nie cieniem. Kiedy światło próbowało utworzyć przed nią barierę, wokół jej skrzydeł pojawiała się gęsta zasłona, która tłumiła zaklęcie. Kiedy magiczna fala próbowała odrzucić ją do tyłu, cień przyklejał się do skał i pozwalał jej utrzymać kierunek. Kiedy kolejne zaklęcia próbowały zamknąć jej drogę z boków, ciemność rozszerzała się na moment, tworząc coś w rodzaju ruchomego pancerza. Nie zawsze wyglądało to tak samo. Smoczyca jakby uczyła się zaklęć w locie, odpowiadając na każdą próbę innym sposobem. To nie była już bezmyślna bestia nacierająca na przeszkodę. Była przeciwnikiem. Potężnym, inteligentnym i najwyraźniej doskonale rozumiejącym, że jej przeciwnicy korzystają z magii.

W obozie wyglądało to zupełnie inaczej. Nie było w tym nic pięknego. Nie było czasu na zachwyt nad rozbłyskami światła ani na zastanawianie się, jak niezwykły widok przedstawiał smok przelatujący nad górami. Był huk, krzyk rozkazów i nieustanny trzask zaklęć uderzających o bariery. Młodzi magowie stali razem, ale każdy z nich obserwował inną część pola. Lucien miał dłonie uniesione przed siebie, a pomiędzy jego palcami tańczyły płomienie. Zhana stała kilka kroków dalej i przygotowywała własne zaklęcia. Bram co chwilę spoglądał na ziemię, jakby próbował wyobrazić sobie, gdzie najlepiej będzie wznieść skalne przeszkody, gdyby smoczyca jednak przedostała się przez zabezpieczenia. Kadir zachowywała niezwykły spokój, choć nawet ona zaciskała mocniej palce, kiedy kolejna fala cienia przesuwała się po barierze. Laeria była skupiona na wietrze i obserwowała ruch skrzydeł smoczycy. Filiusa wciąż nie było wśród walczących. Jego miejsce zajmowało poczucie, że każdy z nich walczy również za niego, choć żadne z nich nie powiedziałoby tego głośno.

Najważniejszą osobą w pierwszej linii była jednak Luxera. Magini światła stała niemal w samym centrum przygotowanego systemu obronnego i kierowała przepływem energii pomiędzy kolejnymi barierami. Jej zadanie nie polegało na tym, by stworzyć jedno potężne zaklęcie i liczyć, że powstrzyma smoczycę. Wiedziała, że przeciwko stworzeniu takiemu jak ona byłoby to samobójstwem. Obrona została podzielona na warstwy. Jedna miała spowalniać, druga odbijać, trzecia rozpraszać energię cienia, a kolejne miały kupować magom czas. Problem polegał na tym, że smoczyca coraz szybciej rozpoznawała sposób działania każdej z nich. Luxera widziała to niemal natychmiast. Za każdym razem, kiedy smoczyca zmieniała sposób użycia cienia, musiała dostosować zaklęcia.

— Nie pozwólcie jej podejść bliżej! — zawołała.

Nie musiała tego mówić. Wszyscy doskonale wiedzieli, co się stanie, jeśli smok znajdzie się nad obozem.

Kolejna fala światła wystrzeliła z przygotowanych punktów. Tym razem bariera nie miała postaci pojedynczej ściany. Powstała sieć świetlistych linii, które przecięły przestrzeń nad płaskowyżem. Smoczyca znalazła się w samym środku. Przez moment wyglądało, jakby została złapana. Potem jednak jej skrzydła zatrzepotały i całą przestrzeń wokół niej wypełnił cień. Czarne pasma przemknęły pomiędzy świetlistymi liniami, oplatając je i wygaszając jedno po drugim.

— Zmienia się! — krzyknęła Kadir.

Luxera już to wiedziała. Zacisnęła zęby i zwiększyła moc zaklęcia. Światło na chwilę przybrało na intensywności.

Smoczyca odpowiedziała.Cień eksplodował wokół niej. Bariera zadrżała.

Kilku żołnierzy stojących najbliżej runicznych punktów zachwiało się pod naporem magicznej fali. Jeden z nich upadł na kolano, ale natychmiast podniósł się i wrócił na stanowisko. Ziemia pod stopami magów lekko drżała. W powietrzu unosił się zapach spalonej magii, ozonu i czegoś jeszcze — ciężkiego, metalicznego zapachu, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy magia była używana w ogromnej ilości.

— Luxera! Lewa strona! — krzyknął Venegas.

Magini odwróciła się i natychmiast skierowała część energii w bok. Smoczyca próbowała ominąć jedną z warstw obronnych. Nie zamierzała bezmyślnie przebijać się przez wszystkie. Szukała słabszego miejsca.

I znalazła je. Przez kilka sekund światło po lewej stronie zaczęło słabnąć. Jeden z magicznych punktów obronnych nie wytrzymał. Runy zamigotały, a następnie zgasły. Smoczyca natychmiast skierowała się właśnie tam.

— Wzmocnić lewą! — rozległ się głos Zherona.

Lucien i Zhana odruchowo podnieśli dłonie, choć ich ogień nie był najlepszą odpowiedzią na cień. Płomienie pomknęły w stronę smoczycy, tworząc jasną łunę. Bestia przeleciała przez nią bez większego problemu. Ogień rozświetlił jej łuski, ale nie zatrzymał jej nawet na moment.

— To na nią nie działa! — warknął Lucien.

— W takim razie przestań marnować energię! — odpowiedział Zheron.

Lucien zacisnął szczękę, ale posłuchał.

Kadir zrobiła krok naprzód. Woda pojawiła się wokół jej dłoni i natychmiast uniosła się w powietrze, tworząc szeroki, wirujący pierścień. Laeria zrozumiała jej zamiar niemal od razu. Skierowała wiatr w tę samą stronę. Woda została rozciągnięta w cienką, lśniącą kurtynę, która połączyła się z jedną z barier Luxery.

Smoczyca uderzyła w nią cieniem. Tym razem jednak cień nie przeszedł. Zatrzymał się. Nie na długo. Zaledwie na kilka sekund. Ale kilka sekund było wszystkim, czego potrzebowali. Luxera wykorzystała moment i wzmocniła kolejną warstwę.

Z mojego wzgórza widziałem już, że sytuacja zaczyna wyglądać poważnie. Początkowo obóz wydawał mi się dobrze przygotowany. Teraz jednak kolejne błyski pojawiały się coraz szybciej, a między nimi dostrzegałem coraz więcej ciemnych smug. Smoczyca nie była w stanie przełamać obrony jednym uderzeniem, ale też obrona nie była w stanie jej skutecznie odepchnąć. Powoli rozpoczynała się wojna na wytrzymałość. I miałem bardzo złe przeczucie co do tego, kto wygra, jeśli będzie trwała wystarczająco długo.

Smoczyca zatoczyła koło nad płaskowyżem i ponownie zanurkowała. Tym razem cień wokół niej przybrał inną formę. Nie był już jedynie aurą. Rozciągnął się za nią niczym ogromny welon, a potem nagle wystrzelił do przodu. Z daleka wyglądało to jak czarna fala płynąca po niebie. Uderzyła w barierę.

Cały obóz rozbłysnął. Przez chwilę nie widziałem niczego. Kiedy wzrok odzyskał ostrość, pierwsza warstwa obrony była już zniszczona. Druga wciąż działała. Ale smoczyca była bliżej. I tym razem nie wyglądała na zdezorientowaną. Wyglądała na cierpliwą.

To właśnie przeraziło mnie najbardziej. Nie jej rozmiar. Nie pazury. Nie skrzydła. Nawet nie magia cienia. Najgorsze było to, że zaczynała rozumieć swoich przeciwników. Wiedziała, że nie musi wygrać od razu. Wystarczyło, że będzie próbowała ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze raz.

A magowie musieli odpowiadać za każdym razem. W obozie Luxera po raz kolejny podniosła dłonie. Światło zebrało się wokół niej tak intensywnie, że jej sylwetka niemal zniknęła w białej poświacie. Venegas i Zheron stali kilka kroków dalej, wydając kolejne rozkazy. Magowie przesuwali się między stanowiskami, wzmacniali uszkodzone punkty, tworzyli nowe zaklęcia, a żołnierze przygotowywali się na najgorsze.

Smoczyca nie dała im długo czekać na kolejne natarcie. Ledwie jedna z fal jej cienia rozproszyła się nad płaskowyżem, a ciemna sylwetka ponownie poderwała się z ziemi i wzbiła wysoko ponad obóz. Tym razem nie leciała jednak prosto na bariery. Zatoczyła szeroki łuk nad górami, jakby badała teren z góry, szukając miejsca, w którym wcześniejsze zaklęcia osłabły najbardziej. Jej ogromne skrzydła niemal całkowicie zasłoniły na moment światło dnia, a cień przesunął się po namiotach, skałach i ludziach niczym ogromna plama atramentu. Magowie obserwowali ją w napięciu, wiedząc już, że nie mają przed sobą bezmyślnej bestii. Smoczyca uczyła się. Każde poprzednie uderzenie, każda odpowiedź bariery, każdy błysk światła i każdy gwałtowny odrzut dawały jej kolejną informację. I teraz wykorzystywała ją przeciwko nim.

Z góry dostrzegłem, jak zawisła na chwilę nad jednym z krańców płaskowyżu. Skrzydła poruszały się ciężko, lecz z zadziwiającą precyzją utrzymywały jej ciało w miejscu. Potem otworzyła paszczę. Nie pojawił się jednak ogień. Zamiast tego między jej szczękami zgromadziła się gęsta, niemal płynna ciemność, która zaczęła spływać w dół cienkimi smugami. Przez chwilę wyglądało to jak atrament zawieszony w powietrzu, lecz gdy pierwsze pasma dotknęły bariery, cała powierzchnia zaklęcia zadrżała. Cień rozpełzł się po niej niczym żywa substancja, szukając szczelin. Magowie odpowiedzieli natychmiast. Światło Luxery wystrzeliło w górę, tworząc jasną kopułę, a kilka kolejnych zaklęć uderzyło w smoczycę. Ta jednak była już na to przygotowana. Wokół jej ciała pojawiła się gęsta aura cienia, pochłaniająca część energii, a pozostałą odbijająca na boki. Nie zatrzymało to wszystkiego, ale wystarczyło. Smoczyca ponownie zanurkowała.

Tym razem uderzenie było fizyczne. Jej pazury zetknęły się z niewidzialną granicą i przez całą długość bariery przeszedł potężny wstrząs. Ziemia pod stopami magów zatrzęsła się tak mocno, że kilku z nich straciło równowagę. Nad obozem rozległ się dźwięk przypominający jednocześnie huk gromu i trzask pękającego lodu. Bariera wytrzymała, ale jej powierzchnia rozjarzyła się nieregularnie. W niektórych miejscach światło było już wyraźnie słabsze.

— Jeszcze raz! — krzyknął ktoś z szeregu magów.

Luxera uniosła ręce i skupiła całą swoją moc. Nad obozem pojawiła się kolejna warstwa światła, tym razem znacznie gęstsza. Wspierali ją inni magowie, każdy na swój sposób. Jedni dokładali własną energię do bariery, inni wzmacniali jej strukturę, jeszcze inni próbowali bezpośrednio odpychać smoczycę. Przez kilka chwil wszystko znów zaczęło wyglądać obiecująco. Jasna kopuła zamigotała, a smoczyca została odrzucona w powietrze. Rozpostarła skrzydła, odzyskała równowagę i wylądowała na jednym z występów skalnych.

I właśnie wtedy zrozumieli, że sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli. Smoczyca nie zaatakowała ponownie od razu. Stała nieruchomo, obserwując. Jej łeb przesuwał się powoli od jednego fragmentu bariery do drugiego. Nie wyglądała już na stworzenie, które próbuje po prostu przebić się siłą. Szukała słabości. A kiedy ją znalazła, zaatakowała dokładnie tam.

Kolejne minuty zamieniły się w serię coraz bardziej gwałtownych natarć. Raz smoczyca uderzała w barierę cienistą falą, innym razem zasypywała ją czymś przypominającym czarny ogień, jeszcze innym razem po prostu rzucała się na nią całym ciężarem swojego ciała. Magowie odpowiadali wszystkim, czym dysponowali. Światło Luxery przecinało ciemność, zaklęcia ochronne rozbłyskiwały wokół obozu, a kolejne warstwy barier nakładały się na siebie. Przez długi czas można było odnieść wrażenie, że obrona działa. Każde natarcie kończyło się odbiciem smoczycy, a jej cień rozpływał się po skałach i znikał.

Ale każda taka odpowiedź kosztowała magów więcej niż poprzednia.

W końcu kolejna bariera pękła.

Nie rozpadła się gwałtownie. Najpierw pojawiła się na niej cienka linia, niemal niewidoczna z ziemi. Potem druga. Trzecia. Jasna powierzchnia zaczęła przypominać popękane szkło. Luxera natychmiast próbowała ją ustabilizować, ale smoczyca najwyraźniej dostrzegła problem. Uderzyła ponownie. Tym razem nie było huku. Był tylko jeden, krótki, niezwykle wysoki dźwięk, po którym cała warstwa zaklęcia rozsypała się w tysiące świetlistych fragmentów.

Na płaskowyżu zapadła cisza. Trwała może sekundę. Potem Zheron wydał rozkaz.

— Do jaskiń! Natychmiast!

Magowie nie zadawali pytań. Było już jasne, że obrona w otwartym terenie przestaje mieć sens. Zheron i Venegas wspólnie zarządzili odwrót, a żołnierze zaczęli kierować ludzi w stronę naturalnych jaskiń znajdujących się w zboczu góry. Nie był to paniczny bieg. Przynajmniej nie na początku. Wszyscy starali się zachować porządek, zabierając rannych, pomagając słabszym i utrzymując zaklęcia tak długo, jak tylko było to możliwe. Ale każdy wiedział, że czasu jest niewiele.

Ostatnie bariery zaczęły gasnąć jedna po drugiej.

Luxera była jedną z ostatnich, które opuściły stanowisko. Jeszcze przez chwilę stała nieruchomo, z wyciągniętymi rękami, podczas gdy wokół niej wirowały resztki światła. Potem Venegas chwycił ją za ramię i pociągnął w stronę wejścia do jaskiń. W tym samym momencie ostatnia zewnętrzna warstwa ochronna zatrzęsła się pod kolejnym uderzeniem smoczycy. Tym razem już nie wytrzymała.

Obrona płaskowyżu przestała istnieć. Smoczyca zawisła na moment w powietrzu. Potem powoli opadła na ziemię.

Nie zaatakowała. To było niemal bardziej niepokojące niż kolejny atak. Wszyscy, którzy zdążyli dotrzeć do jaskiń, milczeli. Z ukrycia obserwowali ogromną sylwetkę stojącą pośród zniszczonego obozu. Smoczyca rozglądała się powoli, a jej nozdrza rozszerzały się przy każdym oddechu. Nie interesowały jej porzucone namioty, skrzynie ani rozrzucone wyposażenie. Nie interesowali jej również ludzie ukryci w jaskiniach. Szukała czegoś konkretnego.

Zaczęła węszyć. Jej łeb przesuwał się od jednej strony obozu do drugiej. Raz zatrzymała się przy miejscu, gdzie wcześniej stała jedna z barier. Potem ruszyła dalej. W pewnym momencie gwałtownie odwróciła głowę w stronę starego, częściowo zniszczonego stanowiska przy skraju płaskowyżu.

Tam właśnie znajdowała się klatka. A raczej to, co z niej zostało. Drewniane elementy były popękane i wbite w ziemię, metalowe pręty powyginane, a całość przykrywała ciężka plandeka. W środku znajdowało się małe, nieruchome ciało Demonka.

Smoczyca ruszyła w tamtym kierunku. Jej kroki były powolne. Każdy z nich powodował lekkie drżenie ziemi. Zbliżyła się do klatki, opuściła łeb i przez chwilę po prostu stała. Węszyła.

Potem pazurem chwyciła za plandekę. Materiał napiął się, zsunął z drewnianej konstrukcji i opadł na ziemię.

Smoczyca zobaczyła swoje dziecko.

I wtedy wszystko ucichło.

Nie było ryku. Nie było ataku. Nie było płomieni ani cienia rozlewającego się po płaskowyżu. Była tylko ogromna, nieruchoma sylwetka pochylona nad małym, martwym ciałem.

Patrzyła. Długo. Jej głowa przesunęła się odrobinę bliżej. Nozdrza ponownie zadrżały. Jakby próbowała znaleźć w zapachu coś, czego nie mogła już znaleźć w rzeczywistości. Jakby oczekiwała ruchu. Oddechu. Choćby najmniejszego drgnięcia.

Nie nastąpiło nic. W końcu smoczyca uniosła głowę. I wydała z siebie ryk.

Nie przypominał on żadnego dźwięku, jaki wcześniej słyszeli magowie. Nie był to zwykły okrzyk bojowy ani ostrzeżenie. Był tak potężny, że ściany jaskiń zadrżały, a drobne kamienie posypały się ze stropów. Echo poniosło go między górami, odbijając od kolejnych skalnych ścian i zwracając z powrotem na płaskowyż w coraz bardziej złamanej, przerażającej formie.

Smoczyca ryknęła po raz drugi. Tym razem cień wokół jej ciała zaczął gęstnieć.

Bestia przez kilka długich sekund stała nad zniszczoną klatką, a jej ciało drżało od tłumionej wściekłości. Cień, który wcześniej jedynie wirował wokół niej niczym mgła, zaczął gęstnieć, oplatając łapy, skrzydła i długi kark. Z wnętrza tej ciemności wydobywały się pojedyncze błyski fioletu. Najpierw ledwie widoczne, jak odległe światło za chmurami, potem coraz jaśniejsze. Smoczyca uniosła łeb, otworzyła paszczę i przez moment można było zobaczyć, jak w jej gardle zbiera się coś, czego nie powinno być w żadnym żywym stworzeniu. Fioletowe światło zaczęło pulsować między kłami, a powietrze wokół niej zadrżało. Następnie z jej pyska wystrzelił strumień ognia. Nie był to zwyczajny płomień. Miał barwę głębokiego fioletu, niemal przechodzącą w czerń na samych krawędziach, a jego środek był tak jasny, że patrzenie na niego z większej odległości bolało w oczy. Ogień uderzył w pierwszy namiot i w jednej chwili pochłonął go całkowicie. Materiał nawet nie zdążył się zająć — po prostu rozpadł się w rozgrzane, wirujące popioły. Smoczyca przesunęła łeb i kolejna fala płomieni przecięła obóz. Drewniane konstrukcje zajęły się natychmiast, skrzynie eksplodowały od zgromadzonego w nich sprzętu, a metalowe elementy zaczęły rozgrzewać się do czerwoności. Płomienie przeskakiwały z jednego miejsca na drugie, tworząc na płaskowyżu chaotyczne morze fioletowego ognia.

Nie próbowała już wybierać celów. Nie szukała słabych punktów. Nie interesowały jej bariery, których zresztą już nie było. Paliła wszystko. Każdy namiot, każdą konstrukcję, każdą skrzynię, każdy pozostawiony na zewnątrz przedmiot. Jej gniew był tak wielki, że zdawał się odbierać jej resztki rozsądku. Rozpostarła skrzydła i zionęła ogniem wzdłuż całego skraju obozu, a potem odwróciła się i uderzyła płomieniami w drugą stronę. Ziemia poczerniała. Skały popękały od temperatury. Powietrze wypełnił gryzący dym, a nad płaskowyżem unosiła się ogromna, ciemna chmura popiołu. Z wnętrza jaskiń magowie patrzyli na to w milczeniu, wiedząc, że nie mogą zrobić nic. Każda próba wyjścia oznaczałaby wystawienie się na śmierć. Każde zaklęcie rzucone z takiej odległości byłoby ledwie zadrapaniem na skórze stworzenia, które właśnie niszczyło cały ich obóz.

Smoczyca w końcu przestała ziać. Stała pośród płonących ruin, ciężko oddychając, a z jej nozdrzy wydobywały się cienkie smugi fioletowego dymu. Ogień nadal trzaskał dookoła niej, a pojedyncze konstrukcje zawalały się jedna po drugiej. Smoczyca jednak już ich nie niszczyła. Patrzyła. Jej głowa powoli przesuwała się między płonącymi pozostałościami obozu. Węszyła. Nasłuchiwała. Szukała. Nie było wątpliwości, że w jej umyśle pojawiła się teraz jedna myśl: ktoś zabił jej dziecko. Ktoś musiał za to zapłacić. I właśnie tego kogoś próbowała znaleźć.

Wtedy z wejścia do jednej z jaskiń wyszła Luxera. Nie powiedziała nic. Nie spojrzała na Zherona ani Venegasa. Nie poprosiła o zgodę, nie czekała na rozkaz i nie próbowała nawet wyjaśnić swojego zamiaru. Po prostu ruszyła naprzód. Być może wiedziała, że nie ma szans. Być może liczyła na to, że zdoła choć na chwilę odwrócić uwagę smoczycy od pozostałych. A może po prostu uznała, że ktoś musi coś zrobić, nawet jeśli ceną będzie jej własne życie. Przeszła kilka kroków przez płonące zgliszcza i wtedy smoczyca ją zauważyła.

Ogromny łeb obrócił się w jej stronę. Smoczyca zamarła. Przez krótką chwilę obie patrzyły na siebie — potężna, oszalała z bólu istota i samotna magini stojąca pośród ruin. Być może smoczyca była zaskoczona. Być może nie spodziewała się, że ktoś wyjdzie jej naprzeciw. Ta jedna chwila wystarczyła Luxerze. Magini uniosła ręce i zebrała wokół siebie całą dostępną energię. Światło pojawiło się najpierw między jej dłońmi, potem zaczęło rosnąć, aż stało się niemal oślepiająco jasne. Luxera wyprostowała ramiona i wypuściła zaklęcie.

Potężna wiązka światła przecięła zadymione powietrze i uderzyła prosto w oczy smoczycy.

Bestia cofnęła łeb, jakby została uderzona fizycznym ciosem. Jej oczy rozbłysły bielą, a potem natychmiast zamknęły się. Smoczyca wydała z siebie ryk tak gwałtowny, że nawet w głębi jaskiń wszyscy zatkali uszy. Był to dźwięk bólu, wściekłości i nagłego przerażenia. Luxera osiągnęła swój cel. Oślepiła ją.

Nie przewidziała jednak jednego. Ślepy smok wciąż pozostawał smokiem.

Smoczyca gwałtownie odwróciła się w stronę miejsca, z którego nadeszło zaklęcie. Nie widziała Luxery, ale doskonale wiedziała, że tam jest. Jej ogon przeszył powietrze z ogromną prędkością. Luxera zdążyła zrobić zaledwie pół kroku.

Uderzenie było straszliwe.

Ogromny ogon trafił ją w bok i wyrzucił w powietrze niczym bezwładną lalkę. Jej ciało przeleciało kilka metrów, obróciło się w locie i spadło na płonące zgliszcza jednego z namiotów. Nie poruszyła się.

Nikt w jaskiniach nie powiedział ani słowa.

Smoczyca również przez chwilę stała nieruchomo. Jej ślepia pozostawały zamknięte, a głowa drżała. Potem wydała z siebie kolejny ryk. Tym razem nie było w nim już tylko bólu po stracie dziecka. Doszedł do niego ból po utracie wzroku. Furia powróciła ze zdwojoną siłą. Cień wokół smoczycy eksplodował, rozlewając się po ziemi szerokimi pasmami, a fioletowy ogień ponownie zaczął gromadzić się w jej gardle.

Teraz była ślepa. Może i była już osłabione – ale też prawdopodobnie jeszcze bardziej niebezpieczna.

Przez pierwsze chwile nikt w jaskini nie był w stanie zrobić niczego poza patrzeniem. Magowie stali przy wejściu, częściowo osłonięci przez skalne ściany, i obserwowali płaskowyż, który jeszcze niedawno był ich obozem, miejscem przygotowań i pozornie bezpiecznym punktem, z którego mieli prowadzić dalsze poszukiwania. Teraz nie przypominał już niczego, co znali. Wszędzie płonęły zgliszcza, między skałami przesuwały się języki fioletowego ognia, a ciężki dym wił się nisko nad ziemią. Smoczyca stała pośrodku tego wszystkiego jak żywa katastrofa. Jej ogromna sylwetka była częściowo zasłonięta przez dym, ale nawet z wnętrza jaskini trudno było oderwać od niej wzrok. Ślepia miała zamknięte, łeb uniesiony wysoko, a każdy jej oddech kończył się kłębami ciemnego dymu. Obracała głowę z jednej strony na drugą, próbując zorientować się w otoczeniu. Co kilka sekund gwałtownie otwierała paszczę i wydawała z siebie ryk, od którego drżały ściany jaskini. Nie widziała już przeciwnika, ale jej pozostałe zmysły działały doskonale. Nasłuchiwała najmniejszego ruchu. Węszyła. Próbowała odnaleźć ludzi, którzy pozostali w ukryciu. Jej ślepota wcale nie uczyniła jej bezbronną. Wręcz przeciwnie — pozbawiła ją jedynie jednego ze sposobów orientacji, jednocześnie wprawiając ją w jeszcze większą furię.

Lucien stał przy samym wejściu i zaciskał dłonie tak mocno, że pobielały mu knykcie. Patrzył na płonący obóz, a potem na smoczycę, jakby nie mógł uwierzyć, że jeszcze kilka godzin wcześniej rozmawiali ze sobą przy namiotach, trenowali, żartowali i planowali kolejne dni. Zhana stała obok niego, zupełnie nieruchoma. Jej wzrok również był utkwiony w bestii, ale w jej twarzy nie było już tej pewności siebie, którą zwykle pokazywała podczas walki. Bram milczał. Kadir trzymała dłonie blisko siebie, gotowa w każdej chwili rzucić zaklęcie, choć dobrze wiedziała, że z tej odległości nie mogła jeszcze zrobić niczego rozsądnego. Laeria natomiast co chwilę zerkała w stronę Venegasa, jakby oczekiwała od niego decyzji, której nikt jeszcze nie chciał wypowiedzieć na głos. Filius, wciąż osłabiony po chorobie cienia, znajdował się głębiej w jaskini pod opieką innych magów. Nawet on, mimo osłabienia, próbował obserwować sytuację z dalszej części wejścia.

A potem zobaczyli Luxerę.

Jej ciało leżało na zgliszczach dokładnie tam, gdzie rzucił ją ogon smoczycy. Ogień palił się dookoła, a z części zawalonej konstrukcji unosiły się iskry. Przez kilka sekund nikt się nie poruszył. Widok był aż nazbyt jednoznaczny. Luxera nie wstawała. Nie poruszała ręką. Nie próbowała się podnieść. Jej różdżka leżała kilka kroków dalej, częściowo przykryta popiołem. Kobieta, która jeszcze przed chwilą była jednym z najpotężniejszych punktów ich obrony, teraz pozostawała bez ruchu pośród płonącego obozu.

— Luxera... — wyszeptała Zhana.

Lucien zrobił krok do przodu. Venegas natychmiast wyciągnął rękę.

— Nie.

— Ale ona...

— Nie możemy teraz wychodzić — odpowiedział Venegas stanowczo.

Lucien odwrócił się gwałtownie.

— To mamy ją tak zostawić?!

Venegas przez moment nic nie powiedział. Sam patrzył na miejsce, gdzie leżała Luxera. Jego twarz była napięta, ale głos pozostał spokojny.

— Jeśli teraz wyjdziemy, zginiemy wszyscy.

To zdanie zawisło w powietrzu. Nikt nie miał ochoty się z nim zgadzać, ale nikt również nie potrafił go podważyć. Smoczyca właśnie szalała na płaskowyżu. Była oślepiona, ale wciąż mogła wyczuć ruch. A oni nie mieli już żadnej bariery, która mogłaby ich ochronić. Wyjście z jaskini oznaczałoby wystawienie się na jej atak.

W tym momencie smoczyca ponownie uniosła głowę. Zaryczała.

Ryk przeszedł przez płaskowyż i uderzył w ściany jaskini. Kamienie zatrzęsły się pod nogami magów. Kilka drobnych odłamków spadło z sufitu. Smoczyca zaczęła obracać się wokół własnej osi, jakby próbowała ustalić, gdzie znajdują się ludzie. Jej ogon uderzył w jedną z pozostałości konstrukcji obozu, rozrzucając płonące fragmenty drewna. Następnie bestia gwałtownie otworzyła paszczę.

Fioletowy ogień buchnął w stronę zbocza.

Magowie cofnęli się automatycznie. Płomienie nie dosięgły jaskini, ale uderzyły w skały przed jej wejściem. Powietrze natychmiast zrobiło się gorące, a ściany rozświetliły się fioletowym blaskiem.

— Ona zaczyna strzelać na oślep — powiedziała Kadir.

— Nie na oślep — odpowiedział Bram. — Słyszy nas.

— Więc tym bardziej nie możemy się ruszać — stwierdziła Laeria.

Venegas pokręcił głową.

— Nie możemy też czekać.

Wszyscy spojrzeli na niego.

Zheron stał nieco dalej, obserwując smoczycę z ponurym wyrazem twarzy. Przez dłuższą chwilę analizował sytuację. Bestia nadal była potężna, ale jej ruchy nie były już tak pewne jak wcześniej. Oślepienie miało znaczenie. W dodatku wyraźnie zaczynała się męczyć. Oddychała ciężko. Jej skrzydła co jakiś czas opadały. Po każdym większym ataku potrzebowała kilku sekund, aby odzyskać równowagę. Była wściekła, lecz nie była już tą samą bestią, która kilkadziesiąt minut wcześniej rozbijała ich bariery jednym uderzeniem.

— Ona jest osłabiona — powiedział w końcu Zheron.

Kadir spojrzała na niego.

— Osłabiona nie znaczy bezbronna.

— Wiem.

— Możemy ją jeszcze zatrzymać w jaskiniach — zaproponowała Laeria. — Nie widzi nas. Może jeśli poczekamy...

— A co będzie, jeśli zacznie palić wejścia? — zapytał Bram. — Albo zawali nam jaskinie?

Laeria zamilkła.

— Poza tym — dodał Zheron — ona nie odejdzie.

Wszyscy wiedzieli dlaczego. Jej dziecko leżało martwe na płaskowyżu. Smoczyca nie miała już powodu, by odlatywać. Miała powód, by zostać.

Venegas spojrzał na młodych magów.

— Możemy próbować ją przeczekać. Możemy liczyć na to, że zmęczenie ją pokona. Możemy też mieć nadzieję, że kiedy odzyska orientację, odleci. Ale żadna z tych możliwości nie daje nam pewności, że ktokolwiek przeżyje następny atak.

— Więc co proponujesz? — zapytał Lucien.

Venegas spojrzał na Zherona. Nie musieli nawet długo rozmawiać. Ich decyzja dojrzewała już od kilku minut.

— Atakujemy — powiedział Zheron.

W jaskini zapadła cisza.

— Teraz? — upewniła się Zhana.

— Teraz.

— Przecież ona nadal jest potężna — powiedziała Kadir.

— Tak — odpowiedział Zheron. — Ale jest ślepa, ranna i wyczerpana. To prawdopodobnie najlepsza chwila, jaką dostaniemy.

Lucien spojrzał ponownie na płaskowyż.

— A jeśli nie damy rady?

Zheron odpowiedział bez wahania:

— Wtedy nie będzie już kolejnej okazji.

Venegas podszedł bliżej.

— Nie próbujemy jej odstraszyć. Nie próbujemy jej przepędzić. Nie próbujemy zyskać czasu. Tym razem naszym celem jest jej unicestwienie.

Słowo to zabrzmiało ciężej niż wszystkie wcześniejsze rozkazy. Unicestwienie.

Przez całą wyprawę walczyli z demonami, tropili je, odpierali ich ataki, a nawet zastanawiali się, czy wszystkie rzeczywiście zasługiwały na śmierć. Filius sprzeciwiał się zabiciu Demonka właśnie dlatego, że widział w nim istotę, a nie jedynie potwora. Teraz jednak sytuacja była zupełnie inna. Na płaskowyżu stała potężna, oszalała z bólu i wściekłości smoczyca, która przed chwilą spaliła cały obóz i zabiła jedną z ich towarzyszek. Jej istnienie samo w sobie nie było zbrodnią, ale pozostawienie jej przy życiu oznaczałoby pozwolenie, by ta furia dotarła dalej.

Zhana wyprostowała się.

— Dobrze.

Lucien uśmiechnął się krótko, choć nie było w tym uśmiechu ani odrobiny wcześniejszej brawury.

— W takim razie kończymy to.

Kadir spojrzała na niego.

— Tym razem bez popisów.

Lucien zerknął na nią.

— Nawet nie miałem zamiaru.

Bram parsknął cicho.

— To będzie pierwszy raz.

Przez moment zabrzmiało to niemal jak dawniej. Jak jeden z ich zwykłych żartów podczas treningów. Ale nikt się nie zaśmiał. Wszyscy wiedzieli, co właśnie postanowili.

Zheron odwrócił się do pozostałych magów i rozpoczął wydawanie rozkazów. Doświadczeni magowie mieli przygotować zaklęcia dystansowe. Magowie ziemi mieli zabezpieczyć wyjście i stworzyć przeszkody, które ograniczą ruchy smoczycy. Magowie wody mieli być gotowi gasić ogień i chłodzić rozgrzane skały. Światło miało pozostać główną bronią, szczególnie przeciwko cienistej naturze bestii. Młodzi magowie mieli znaleźć się w pierwszym szeregu atakujących.

Zheron spojrzał na swoich ludzi.

— Przygotować się.

Następne częściKroniki Elorien - Rozdział 24

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania