Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 24

Zheron przez kilka chwil milczał, obserwując przez wejście do jaskini szalejącą smoczycę. Jej sylwetka majaczyła pomiędzy płomieniami, dymem i wirującymi odłamkami tego, co jeszcze niedawno było ich obozem. Nie wyglądał już jak człowiek, który próbuje zrozumieć sytuację. Wyglądał jak dowódca, który właśnie zaakceptował fakt, że za chwilę będzie musiał posłać swoich ludzi przeciwko stworzeniu, którego większość z nich przez całe życie znała wyłącznie z opowieści. Wstał powoli, otrzepał z ramion pył i spojrzał po zgromadzonych. W jego twarzy nie było paniki. Było zmęczenie, napięcie i coś jeszcze — zimna koncentracja. Wiedział, że jeśli teraz pozwoli, aby każdy z magów działał na własną rękę, skończy się to kolejnymi ofiarami. Smoczyca była oślepiona, wściekła i potężna, ale po raz pierwszy od rozpoczęcia ataku znajdowała się w sytuacji, w której można było wykorzystać jej słabości. Zheron doskonale zdawał sobie sprawę, że nie mają już luksusu ostrożnego testowania kolejnych możliwości. Musieli zaatakować.

– Słuchajcie uważnie. Nie będziemy próbowali jej pokonać jednym zaklęciem. Nie mamy takiego zaklęcia. Nie będziemy też wszyscy atakować jednocześnie, bo tylko sobie przeszkodzimy. Każda grupa ma swoje zadanie i każdy ma się go trzymać.

Spojrzał najpierw na magów ziemi.

– Wy będziecie naszym głównym ostrzem. Ziemia jest naszym największym sprzymierzeńcem. Tłumi ogień, daje nam osłonę i, jeśli odpowiednio ją wykorzystacie, może zranić nawet takiego potwora. Nie próbujcie przebijać jej pancerza za wszelką cenę. Celujcie w miejsca, których nie chronią łuski — nogi, skrzydła, stawy. Wyrzucajcie kamienie, twórzcie kolce, podnoście grunt pod jej łapami. Jeżeli spróbuje ruszyć, niech każdy jej krok kosztuje ją wysiłek.

Magowie ziemi przytaknęli. Wśród nich znalazł się również Bram, który tym razem nie wyglądał na szczególnie zainteresowanego narzekaniem Patrzył na smoczycę z ponurą miną. Zheron przeniósł wzrok na magów ognia.

– Wy macie robić dokładnie odwrotnie. Nie próbujcie jej spalić. Wiemy już, że wasz ogień nie robi jej wystarczającej krzywdy. Macie ją dezorientować. Atakujcie z różnych stron. Krótkie, gwałtowne uderzenia. Ściany płomieni, kule ognia, wybuchy. Niech nie wie, skąd nadejdzie następny atak. Jest niewidoma, więc każdy dodatkowy bodziec będzie działał na naszą korzyść.

Zheron nie dał im jednak czasu na komentarz.

– Woda i powietrze. Waszym zadaniem jest ograniczenie jej mobilności. Jeżeli zacznie ziać ogniem, macie rozbijać płomienie. Nie pozwólcie, żeby ogień rozlał się po całym terenie. Jeżeli spróbuje wzbić się w powietrze, wykorzystajcie wiatr. Podcinajcie jej lot, zmieniajcie kierunek jej skrzydeł, wzburzajcie powietrze pod nimi. Nie musicie jej strącić. Wystarczy, że zmusicie ją do pozostania na ziemi.

Kadir słuchała bez mrugnięcia. Laeria natomiast przełknęła ślinę i spojrzała w stronę płonącego obozu. Wiedziała, że zadanie, które przed nią postawiono, wymagało precyzji, jakiej jeszcze nigdy nie musiała osiągać. Zheron skierował się teraz ku magom natury.

– Wy jesteście naszymi więzami. Korzenie. Pnącza. Wszystko, co możecie wyrwać z ziemi i wykorzystać przeciwko niej. Łapy, ogon, skrzydła. Jeżeli uda wam się przytrzymać choć jedną kończynę przez kilka sekund, pozostali dostaną okazję do ataku. Nie próbujcie jej zatrzymać sami. Macie ją spowalniać. Każda sekunda ma znaczenie.

Następnie spojrzał na pozostałych magów, którzy stali w gotowości przy wejściach do jaskiń.

– Pozostali robią to, co potrafią najlepiej. Nie potrzebujemy bohaterów. Potrzebujemy ludzi, którzy będą wykonywali swoje zadania. Jeżeli macie zaklęcie, które może zranić smoczycę, używacie go. Jeżeli możecie stworzyć osłonę — tworzycie ją. Jeżeli możecie odciągnąć jej uwagę — odciągacie. Nie podchodźcie sami. Nie próbujcie jej dobijać na własną rękę. I przede wszystkim: nie dajcie się ponieść emocjom.

Po chwili zwrócił się do żołnierzy.

– A wy trzymacie się z tyłu, dopóki nie będziecie potrzebni. Wasze bronie nie przebiją jej pancerza, ale możecie wykorzystać teren. Jeżeli zobaczycie odsłonięte miejsca, atakujcie. Jeżeli będziecie mogli odciągnąć jej uwagę, zróbcie to. Ale nie biegnijcie pod jej łapy. Jeden błąd i nawet nie będzie wiedziała, że was zabiła.

Wskazał następnie na otaczające ich góry.

– I wykorzystujemy wszystko, co mamy. Te jaskinie są naszym schronieniem. Skały są naszymi murami. Wąskie przejścia ograniczają jej ruchy. Nie walczymy z nią na otwartym terenie, jeśli nie musimy. Jeżeli zacznie szarżować, rozpraszamy się i pozwalamy jej uderzyć w skałę. Jeżeli wzleci, schodzimy pod osłonę. Jeżeli zieje ogniem, nie próbujemy go zatrzymać własnymi ciałami. Mamy walczyć mądrze, nie odważnie.

Na chwilę zapadła cisza. Zheron rozejrzał się po twarzach swoich ludzi. Widział strach. Oczywiście, że go widział. Widział go również u doświadczonych magów, choć ci starali się go ukryć. Widział młodych, którzy jeszcze kilka dni temu myśleli przede wszystkim o tym, jak zakończyć swoją misję, a teraz stali przed stworzeniem mogącym jednym uderzeniem ogona zakończyć ich życie. Widział też Venegasa, który patrzył na niego z powagą, ale bez sprzeciwu. To była jego bitwa. Ich bitwa.

– I jeszcze jedno – dodał Zheron, tym razem ciszej. – Ona jest oślepiona, ale to nie znaczy, że jest bezbronna. Może nas słyszeć. Może wyczuwać ruch. Może czuć magię. Nie zakładajcie, że nie widzi, więc nie wie, gdzie jesteśmy. Wie więcej, niż chcielibyśmy, żeby wiedziała. Musimy być szybsi od niej i bardziej przewidywalni tylko wtedy, kiedy sami tego chcemy. W przeciwnym razie zmieniajcie pozycje. Nie dajcie jej nauczyć się naszego schematu.

– A jeśli nie uda się jej zatrzymać? – spytała Laeria.

Zheron przez chwilę patrzył na nią bez odpowiedzi.

– Wtedy przestaniemy ją zatrzymywać. I zaczniemy ją zabijać.

Słowa zawisły w powietrzu ciężej niż wszystkie wcześniejsze rozkazy. Nikt nie miał już wątpliwości, co miało wydarzyć się za chwilę. Nie było już mowy o obronie, przeczekiwaniu czy próbie odstraszenia smoczycy. Obozowi magowie właśnie przeszli od obrony do ofensywy. Venegas podszedł do Zherona i przez moment obaj wymienili spojrzenia. Nie potrzebowali kolejnej narady. Plan był prosty, przynajmniej na tyle, na ile prosty może być plan walki z cienistym smokiem. Zheron uniósł rękę, dając znak pierwszej grupie. Magowie ziemi wyszli z jaskini. Za nimi ruszyli pozostali, a po chwili dołączyli do nich młodzi magowie. Bram stanął obok swoich towarzyszy. Lucien i Zhana przygotowali dłonie, w których zaczęły pojawiać się pierwsze płomienie. Kadir zebrała wilgoć z powietrza, a Laeria poczuła narastający wokół niej ruch wiatru. Filiusa nie było między nimi — jego miejsce wciąż pozostawało puste — ale korzenie pod ich stopami zaczęły już drżeć pod wpływem zaklęć magów natury. Przed nimi, pośród płonących ruin, niewidoma smoczyca uniosła głowę. Nie wiedziała jeszcze, co się dzieje. Ale najwyraźniej coś wyczuła. Jej potężne nozdrza poruszyły się, a z gardła wydobył się niski, chrapliwy pomruk. Zheron opuścił rękę.

– Teraz.

Jedno słowo wystarczyło, aby cała góra eksplodowała magią. Zheron nie musiał krzyczeć ani powtarzać rozkazu, ponieważ każdy z obecnych dokładnie wiedział, co ma zrobić. W jednej chwili ziemia zadrżała pod naszymi stopami, powietrze przecięły setki zaklęć, a nad ruinami obozu pojawiły się płomienie, strugi wody, wiry powietrza i jasne smugi światła. Przez kilka pierwszych sekund trudno było nawet rozpoznać poszczególne zaklęcia, ponieważ wszystko wydarzyło się niemal jednocześnie. Nie przypominało to już desperackiej obrony ani grupy magów próbujących powstrzymać stworzenie, które zdecydowanie przewyższało ich pojedynczo siłą. Po raz pierwszy od rozpoczęcia tej bitwy mieliśmy przed sobą coś przypominającego prawdziwy, skoordynowany atak.

Smoczyca wciąż znajdowała się pośrodku spalonego obozu. Jej ogromne skrzydła były częściowo rozłożone, a czarne łuski, pokrywające całe ciało, odbijały fioletową poświatę wydobywającą się spomiędzy nich. Jedno oko pozostawało całkowicie ślepe, drugie natomiast wciąż było porażone światłem Luxery, dlatego smoczyca co chwilę potrząsała głową, jakby próbowała pozbyć się bólu. Była zmęczona, wściekła i nadal przerażająco silna, ale tym razem nie pozwoliliśmy jej wykorzystać tej siły w taki sposób jak wcześniej.

Pierwsze uderzenie należało do magów ziemi. Kilkunastu z nich jednocześnie skierowało dłonie w stronę smoczycy, a skaliste podłoże zaczęło wyginać się pod jej łapami. Ziemia unosiła się niczym ogromna fala, po czym twardniała i przybierała kształt ostrych, kamiennych kolców. Jeden po drugim wyrastały z podłoża, tworząc wokół smoka nierówny pierścień, który miał ograniczyć jej ruchy. Nie chodziło jeszcze o zadanie jej poważnych obrażeń. Zheron bardzo wyraźnie wyjaśnił, że na tym etapie najważniejsze było odebranie jej przestrzeni i uniemożliwienie rozpędzenia się.

– Nie pozwólcie jej się rozpędzić! – krzyknął Zheron.

Smoczyca odpowiedziała potężnym rykiem, którego dźwięk przeszedł przez całe zbocze góry. Nie był to jednak ten sam pełen furii wrzask, który słyszeliśmy wcześniej. Tym razem w jego głębi można było wyczuć irytację i dezorientację. Smoczyca ruszyła naprzód, uderzając przednią łapą w jeden z kamiennych kolców. Skała pękła pod jej ciężarem, drugi kolec został zmiażdżony, a trzeci wyrwała z ziemi razem z dużym fragmentem podłoża. Magowie ziemi nie dali jej jednak czasu na kolejne uderzenie. Natychmiast wznosili następne przeszkody, a ziemia przed smoczycą raz po raz podnosiła się i twardniała, zmuszając ją do zmiany kierunku.

– Cała linia! Nie pojedynczo! – polecił Zheron.

Wtedy dopiero naprawdę zobaczyłem, na czym polegał jego plan. Magowie ziemi nie rzucali pojedynczych zaklęć i nie czekali, aż poprzednie przestaną działać. Ich działania były ze sobą połączone. Gdy jedna grupa tworzyła kamienną przeszkodę, druga już przygotowywała następną, a kolejna zmieniała teren za plecami smoczycy. Pod jej łapami pojawiały się zagłębienia, przed nią wyrastały ściany, a po bokach rosły ostre skały, przez co z każdą chwilą miała coraz mniej miejsca do manewrowania.

Smok machnął potężnym skrzydłem i wtedy cała pierwsza linia magów poczuła jego siłę. Uderzenie powietrza przewróciło kilku ludzi, a jeden z magów wpadł na skalną ścianę i osunął się bezwładnie. Inny stracił równowagę, lecz stojący obok niego towarzysz zdążył złapać go za szatę i przyciągnąć do siebie.

– Trzymać pozycje! – ryknął Zheron.

Chwilę później nad ich głowami przemknęła ściana fioletowego ognia. Nie przypominała zwykłego płomienia. Była szeroka i gęsta, a kiedy przechodziła nad ziemią, wszystko, czego dotknęła, natychmiast stawało w ogniu. Resztki obozu zamieniły się w płonącą pustynię, a kamienie zaczęły rozgrzewać się tak szybko, że powietrze wokół nich falowało od temperatury.

– Woda! – krzyknął Flavius.

Magowie wody odpowiedzieli natychmiast. Strumienie zaczęły pojawiać się z przygotowanych wcześniej źródeł, z ziemi i bezpośrednio z zaklęć rzucanych przez kolejnych magów. Woda połączyła się w szerokie wachlarze i uderzyła w płomienie, powodując gwałtowną eksplozję pary. Przez kilka sekund całe pole bitwy zostało zasłonięte białą chmurą, a jedynym widocznym przez nią światłem były fioletowe błyski ognia i jasne zaklęcia magów.

Smoczyca ryknęła, a kiedy para zaczęła się rozpraszać, magowie powietrza przystąpili do działania. Ich zadaniem nie było zaatakowanie smoka bezpośrednio, lecz ograniczenie jego możliwości poruszania się. Potężne strumienie powietrza zaczęły uderzać w skrzydła z różnych stron. Jeden z nich pchał lewe skrzydło w dół, drugi uderzał w prawe, a trzeci przechodził pod brzuchem smoka i podrywał w powietrze popiół, pył oraz drobne fragmenty skał. Smoczyca próbowała wzbić się nad pole bitwy, lecz wiatr natychmiast spychał ją z powrotem.

– Nie pozwolić jej wystartować! – rozkazał Zheron.

W odpowiedzi ziemia ponownie eksplodowała. Kilka kamiennych kolumn wyrwało się z podłoża i wzniosło się wokół smoka. Jedna z nich uderzyła w tylną łapę, druga ograniczyła ruch skrzydła, a kolejna wyrosła tuż przed pyskiem. Smoczyca szarpnęła się gwałtownie, próbując przebić się przez przeszkody, lecz właśnie wtedy do walki dołączyli magowie natury.

Ziemia wokół smoka zaczęła się poruszać, a spod jej powierzchni wysunęły się korzenie. Najpierw pojawiło się kilka, potem kilkanaście, aż w końcu całe podłoże zdawało się żyć. Grube korzenie starych drzew zostały wyrwane z ziemi i skierowane przeciwko smoczycy. Owinęły się wokół jej tylnych łap i zaczęły zaciskać się coraz mocniej. Część pękała pod jej ciężarem, lecz natychmiast zastępowały ją kolejne.

– Trzymaj! – krzyknął jeden z magów natury.

– Trzymam! – odpowiedział jego towarzysz.

Smoczyca szarpnęła nogą i kilka korzeni rozerwało się z głośnym trzaskiem, lecz pozostałe wytrzymały. To wystarczyło, aby przez kilka kolejnych sekund zatrzymać ją w miejscu.

Wtedy wkroczyli magowie ognia. Lucien i Zhana stali na skalnym występie niedaleko głównej linii. Oboje byli pokryci sadzą, ich ubrania były przypalone i podarte, ale tym razem nie było w ich zachowaniu ani odrobiny wcześniejszej lekkomyślności. Lucien uniósł dłonie, a Zhana zrobiła to samo.

– Nie w skrzydła! – zawołała. – W ziemię!

– Wiem! – odpowiedział Lucien.

Ich zaklęcia nie poleciały bezpośrednio w stronę smoka. Ogień uderzył w ziemię przed nim i rozlał się szerokim kręgiem, tworząc płonącą granicę. Smoczyca próbowała ruszyć w jedną stronę, lecz kiedy zbliżała się do płomieni, Lucien przesuwał ognisty pierścień, zmuszając ją do zmiany kierunku.

Wkrótce zorientowała się, że została otoczona. Otworzyła paszczę i wtedy Zheron natychmiast zareagował.

– Rozproszyć się!

Magowie rzucili się w różne strony dokładnie w chwili, gdy z pyska smoczycy wystrzeliła kolejna fala fioletowego ognia. Płomień uderzył w miejsce, w którym jeszcze sekundę wcześniej znajdowała się grupa magów ziemi, powodując eksplozję skał. Kamienie rozleciały się na wszystkie strony, a kilku magów upadło na ziemię. Główna fala ognia została jednak skierowana w pustą przestrzeń.

Nad polem bitwy pojawiły się jasne punkty światła. Zaklęcia Luxery wciąż działały. Pozostali magowie światła wykorzystali przygotowane przez nią bariery i aktywowali je ponownie. Jasne linie połączyły się nad polem walki, tworząc delikatną sieć. Nie miała ona zatrzymać smoka, ponieważ do tego była zbyt słaba, ale utrudniała mu orientację i jednocześnie pozwalała magom łatwiej kontrolować jego położenie. Smoczyca odsunęła łeb od jednego z rozbłysków. Światło nie było już dla niej tak niszczące jak wcześniej, lecz wyraźnie ją drażniło. Nie mogła jednak wykorzystać wzroku, aby zlokalizować przeciwników, więc każdy kolejny atak zmuszał ją do reagowania na dźwięk, zapach i wyczuwalną magię.

– Ona nie wie, gdzie jesteśmy! – krzyknął jeden z magów.

– Właśnie o to chodzi! – odpowiedział Zheron.

W tym momencie wszystko zaczęło działać razem. Woda gasiła ogień i ograniczała jego rozprzestrzenianie, powietrze utrudniało smokowi wykorzystanie skrzydeł, ziemia zmieniała teren pod jego łapami, korzenie ograniczały ruch, a światło dezorientowało go i odbierało możliwość wykorzystania wzroku. Magowie ognia natomiast wykorzystywali płomienie przede wszystkim do kontrolowania przestrzeni. Żaden z tych elementów nie wystarczyłby samodzielnie, ale razem tworzyły system, który rzeczywiście zaczynał działać.

Smoczyca spróbowała zaatakować jedną z grup magów ziemi, lecz zanim zdążyła do nich dotrzeć, pod jej przednimi łapami zapadła się ziemia. Bestia zachwiała się, a wtedy kilka kamiennych pocisków uderzyło w jej bok. Jeden odbił się od łusek, drugi również, lecz trzeci znalazł szczelinę pomiędzy nimi i wbił się płytko w ciało.

Smok ryknął i gwałtownie odwrócił głowę. Znowu nie trafił. Laeria właśnie skierowała kolejny silny podmuch w przeciwną stronę, odciągając uwagę smoczycy. Chwilę później podniosła z ziemi ogromną chmurę popiołu i pyłu, która przesunęła się w stronę smoka. Kadir spojrzał na nią z wyraźnym zaskoczeniem.

– To było dobre.

– To dobrze – odpowiedziała Laeria, nie przerywając zaklęcia.

– Zrób to jeszcze raz.

Uśmiechnęła się lekko.

– Z przyjemnością.

Kolejna fala pyłu przesłoniła pole widzenia smoka, choć właściwie nie było już czego przesłaniać. Mimo to dodatkowe utrudnienie orientacji sprawiło, że smoczyca zaczęła poruszać głową w różnych kierunkach, próbując wyłapać jakikolwiek dźwięk.

I właśnie wtedy ruszyła naprzód. Nie próbowała już atakować pojedynczych magów. Nie próbowała wzbić się w powietrze. Po prostu zaczęła biec, chcąc przebić się przez przygotowaną linię obrony. Jej pierwszy krok zatrząsł ziemią. Drugi rozbił kamienną przeszkodę. Przy trzecim korzenie zaczęły pękać.

– Cofnąć się! – krzyknął Zheron.

Magowie zaczęli przesuwać się do tyłu, ale nie w panice. Każda grupa znała swoje zadanie i dokładnie wiedziała, gdzie powinna się znaleźć. Pierwsza linia ustępowała, druga przejmowała jej miejsce, a magowie ziemi natychmiast tworzyli nowe przeszkody za wycofującymi się towarzyszami. Powietrze osłaniało ich przed skrzydłami smoka, woda gasiła płomienie, a magowie natury rzucali kolejne korzenie. Smoczyca przebiła się przez pierwszą linię, ale zanim mogła ruszyć dalej, przed nią wyrósł ogromny skalny wał. Uderzyła w niego całym ciężarem. Skała pękła, ale wytrzymała wystarczająco długo, aby Flavius zdążył wykorzystać przygotowaną wcześniej wodę. Potężny strumień uderzył w bok smoka i zmusił go do obrócenia głowy, a niemal w tej samej chwili silny podmuch powietrza uderzył w skrzydła.

– Bram! – krzyknął Kadir.

Bram już wiedział, co robić. Skupił się, a ziemia pod przednią łapą smoka uniosła się gwałtownie, tworząc kamienny klin. Łapa uderzyła w przeszkodę i ześlizgnęła się na bok.

– Jeszcze jeden! – zawołał Bram.

– Nie mogę! – odpowiedział jeden z magów ziemi, który był już wyraźnie wyczerpany.

Bram spojrzał na niego tylko przez chwilę.

– To znajdź sposób!

Kadir natychmiast dołączył do niego. Skupił wodę w jednym punkcie i stworzył wąski, niezwykle szybki strumień, który uderzył w bok smoka. Smoczyca obróciła głowę, a wtedy Zhana krzyknęła do Luciena:

– Teraz!

– Już!

Dwa pociski ognia uderzyły w ziemię przed smoczycą. Eksplozja płomieni zmusiła ją do zatrzymania się, a magowie natury ponownie wykorzystali tę krótką chwilę, aby zacisnąć korzenie wokół jej nóg. Laeria również nie zamierzała pozostawać bezczynna. Skupiła się i gwałtownie zmieniła kierunek wiatru. Popiół, pył i dym zaczęły wirować wokół smoka, a przez chwilę cała bestia została niemal całkowicie zasłonięta.

Zheron obserwował wszystko z oddali. Nie rzucał zaklęć, ponieważ w tej chwili jego zadaniem było coś ważniejszego. Musiał patrzeć, oceniać sytuację i reagować, zanim ktokolwiek inny zauważy problem. Wiedział, gdzie powstała luka, która grupa jest już zmęczona, gdzie trzeba przesunąć magów i kiedy należy zmienić sposób ataku. Nie walczył z pojedynczym przeciwnikiem. Dowodził całym polem bitwy.

– Zheron! – krzyknął jeden z dowódców. – Prawa strona!

Zheron odwrócił głowę dokładnie w chwili, gdy smoczyca zaczęła obracać ciało. Jej ogon uniósł się wysoko nad ziemię.

– Wszyscy na ziemię!

Rozkaz rozległ się w ostatniej chwili. Ogon przeciął powietrze z ogromną prędkością i uderzył w skalny wał. Kamienie eksplodowały, a fala uderzeniowa przewróciła kilku magów. Jeden z żołnierzy stracił broń, a Bram wylądował na plecach, lecz po chwili podniósł się i otrzepał z pyłu.

– Żyjesz?! – krzyknął Kadir.

– Niestety!

– To dobrze!

– To miało być pocieszające?!

W normalnych okolicznościach pewnie uznałbym tę wymianę zdań za całkiem zabawną. W normalnych okolicznościach nie stałoby jednak przed nami stworzenie, które właśnie próbowało zamienić całą górę w pogorzelisko.

Smoczyca ponownie otworzyła paszczę. Zheron od razu zauważył ten ruch.

– Woda!

Flavius i pozostali magowie wody unieśli ręce.

– Powietrze!

Magowie powietrza ustawili się obok nich.

– Teraz!

Fioletowy ogień wystrzelił z pyska smoka. Woda uderzyła w niego pod kątem, rozbijając główną falę na kilka mniejszych strumieni. Powietrze przejęło część płomienia i odchyliło go w bok. Ogień przeszedł obok większości magów, choć kilku zostało osmalonych, a dwóch przewróciło się pod wpływem gorąca.

Magowie ziemi wykorzystali tę chwilę, aby stworzyć kolejny wał. Fioletowy płomień uderzył w skałę. Kamień zaczął pękać niemal natychmiast.

– Wytrzymaj! – krzyknął ktoś.

Wał wytrzymał kilka sekund, a potem zaczął się kruszyć. Były to jednak dokładnie te sekundy, których potrzebowali pozostali.

– Ognia!

Lucien i Zhana zaatakowali jednocześnie. Ich płomienie przeleciały nad wałem i eksplodowały przed smokiem, zmuszając go do cofnięcia się. W tym samym momencie korzenie ponownie zacisnęły się na jego tylnych łapach. Kamienie wystrzeliły z ziemi. Woda uderzyła w bok. Wiatr zmienił kierunek. Światło rozbłysło nad głową smoka.

Przez krótką chwilę wszystkie rodzaje magii działały razem tak dokładnie, jakby ćwiczyły ten moment przez całe życie. Smoczyca cofnęła się o krok. Za jej plecami znajdowała się skalna ściana. Kolejny krok sprawił, że jej ciało uderzyło o skałę. Wokół niej zaczęły pojawiać się korzenie, kamienie, strumienie wody, wirujące podmuchy powietrza, płomienie i światło. Nie była jeszcze pokonana, a właściwie nawet nie była poważnie ranna, ale jej przestrzeń została niemal całkowicie ograniczona. Zheron patrzył na nią przez kilka sekund.

– Tak – powiedział cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. – Dokładnie tak.

Smoczyca odpowiedziała rykiem, który odbił się od górskich ścian i poniósł daleko ponad dolinę. Tym razem jednak jego echo nie brzmiało już jak głos nieuniknionej katastrofy. Po raz pierwszy od rozpoczęcia tej walki usłyszałem w nim coś, czego wcześniej nie było: frustrację stworzenia, które zaczynało rozumieć, że jego przeciwnik nie zamierza się rozpaść ze strachu. Plan Zherona działał. Na razie wszystko przebiegało dokładnie tak, jak przewidział.

Smoczyca przez dłuższą chwilę nie wykonywała żadnego ruchu. Stała oparta ciężarem na przednich łapach, z głową opuszczoną niemal do samej ziemi, a jej potężny oddech niósł się po całym zboczu. Każde kolejne zaczerpnięcie powietrza brzmiało ciężej od poprzedniego, a fioletowa poświata przebiegająca pomiędzy jej łuskami wyraźnie osłabła. Jeszcze kilka chwil wcześniej wyglądała jak żywioł, którego nie sposób zatrzymać, teraz natomiast sprawiała wrażenie stworzenia, które po raz pierwszy od początku walki naprawdę odczuwało własne zmęczenie. Magowie również to zauważyli. Ataki nie ustawały, ale stały się ostrożniejsze, ponieważ wszyscy doskonale wiedzieli, że ranny i przyparty do muru smok jest znacznie bardziej niebezpieczny niż ten, który wciąż może swobodnie uciekać. Zheron podniósł dłoń, dając znak, aby utrzymać pozycje i nie próbować jeszcze kończyć walki. Właśnie wtedy smoczyca uniosła głowę i przez kilka sekund stała zupełnie nieruchomo. Nie próbowała zaatakować, nie szarpała się z korzeniami ani nie próbowała wzbić się w powietrze. Po prostu stała, a jej ciało zaczęło wydawać dźwięki, których zdecydowanie nie powinno wydawać żadne żywe stworzenie.

Najpierw usłyszałem cichy trzask, po którym rozległ się kolejny, a następnie następne, coraz wyraźniejsze i dochodzące z różnych części ciała smoczycy. Jej szyja, grzbiet, łapy i skrzydła zaczęły delikatnie drżeć, a pomiędzy łuskami pojawiły się cienkie, fioletowe szczeliny. Z początku wyglądało to tak, jakby jej ciało pękało od wewnątrz, lecz po chwili zauważyłem coś znacznie dziwniejszego. Łuski zaczęły się rozchodzić, ale nie odpadały pojedynczo. Cała zewnętrzna warstwa ciała zaczęła odsuwać się od tego, co znajdowało się pod nią.

Smoczyca wyprostowała się, a następnie jej grzbiet gwałtownie wygiął się do góry. Wtedy usłyszeliśmy dźwięk przypominający rozdzieranie ogromnego płótna. Zaczęła zrzucać własną skórę. Naprawdę, dokładnie tak, jak robi to wąż, tylko że w tym przypadku mieliśmy do czynienia z czymś wielkości małego budynku. Zewnętrzna warstwa ciała zaczęła odchodzić od karku i powoli przesuwać się w dół. Łuski, mięśnie i skóra, które jeszcze przed chwilą tworzyły potężną sylwetkę smoka, odklejały się od właściwego ciała i zaczynały opadać. Nie wyglądało to jak zwykłe linienie. Cała powłoka zsuwała się z niej niemal w jednym kawałku, ciężka i bezwładna, aż w końcu opadła na ziemię z głuchym uderzeniem. Przez moment naprawdę wyglądało to tak, jakby smoczyca właśnie zrzuciła z siebie ogromny, pusty worek.

I wtedy zobaczyłem, co znajdowało się pod nim. Przez kilka sekund nikt się nie odezwał. Sam nie wiedziałem, co właściwie powinienem powiedzieć, a przecież widziałem w swoim życiu rzeczy, których większość ludzi nie chciałaby zobaczyć nawet w najgorszych snach. Pod zewnętrzną warstwą nie znajdowało się normalne smocze ciało. Nie było tam mięśni pokrywających kości w taki sposób, jak powinny to robić u żywego stworzenia, nie było skóry ani łusek, nie było nawet tej imponującej, masywnej sylwetki, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić. Był szkielet – ogromny, czarny szkielet smoka, którego kości wyglądały tak, jakby zostały wypalone w ogniu. Pomiędzy żebrami i kręgami znajdowały się jednak fragmenty mięśni, płaty ciemnego mięsa i cienkie warstwy skóry. Nie tworzyły one pełnego ciała, lecz pokrywały tylko miejsca, w których były naprawdę potrzebne, otaczając najważniejsze organy i łącząc poszczególne części szkieletu, podczas gdy reszta pozostawała zupełnie naga.

Było to obrzydliwe, ale nie w sposób, który wywołuje zwykłe obrzydzenie na widok rany. Było w tym coś znacznie gorszego, ponieważ patrzyłem na stworzenie, które wyglądało tak, jakby ktoś pozbawił je całego ciała, a ono mimo wszystko nadal żyło. W dodatku pomiędzy kośćmi płonął fioletowy ogień, który nie palił się wokół smoczycy, lecz zdawał się płonąć w niej samej. Każda kość wyglądała tak, jakby była od środka rozżarzona fioletową energią, a w miejscach, gdzie pomiędzy żebrami znajdowały się fragmenty mięsa, przebiegały cienkie smugi tego samego światła. Czaszka smoczycy była niemal całkowicie naga i tam, gdzie wcześniej znajdowały się oczy, pozostały teraz jedynie dwa głębokie zagłębienia. Luxera rzeczywiście ją oślepiła i przemiana nie zmieniła tego faktu.

Kiedy jednak spojrzałem na tę pustą czaszkę, szybko przestałem myśleć o tym, że smok jest ślepy, ponieważ nagle dotarło do mnie coś znacznie gorszego. Smoczyca wyprostowała się i przez chwilę stała zupełnie nieruchomo, a potem gwałtownie szarpnęła głową, kierując czaszkę w stronę jednego z magów znajdującego się kilkadziesiąt metrów dalej. Nie mogła go zobaczyć, ale najwyraźniej dokładnie wiedziała, gdzie stoi.

– Ona nas słyszy – powiedziała Kadir.

Jej głos był cichy, niemal szeptany.

– Nie tylko słyszy – odpowiedział Zheron. – Wszyscy zachować dystans!

Było już jednak za późno, aby wrócić do poprzedniej taktyki. Szkieletowa smoczyca poruszyła się nagle z prędkością, której nikt się po niej nie spodziewał. Jeszcze przed chwilą była ciężka, powolna i wyczerpana, teraz natomiast jej ruchy stały się niemal nienaturalnie szybkie. Kościste łapy wbiły się w ziemię, a całe ciało wystrzeliło naprzód, rozrywając korzenie, które wcześniej z trudem powstrzymywały jej masywne ciało.

– Ziemia! – krzyknął Zheron.

Magowie zareagowali natychmiast, lecz tym razem ich zaklęcia nie zadziałały tak skutecznie jak wcześniej. Kamienne kolce wyrastały spod smoczycy, ale bestia wyczuwała ich pojawienie się, zanim jeszcze przebijały powierzchnię. Jej wyostrzone zmysły pozwalały jej reagować na najmniejsze drgania podłoża, więc za każdym razem, gdy ziemia zaczynała się poruszać, smoczyca odskakiwała dokładnie w tę stronę, gdzie nie było jeszcze żadnej przeszkody.

– Jak ona to robi?! – krzyknął jeden z magów.

– Przestańcie pytać i działajcie! – odpowiedział Zheron.

Wtedy smoczyca rozłożyła skrzydła, których wygląd był równie makabryczny jak reszta jej ciała. Pozbawione większości wcześniejszej osłony przypominały ogromne, częściowo przezroczyste konstrukcje z kości, cienkich błon i płatów mięsa, a fioletowa energia płonęła wzdłuż ich krawędzi. Kiedy bestia gwałtownie nimi poruszyła, powietrze eksplodowało podmuchem.

– Cofnąć się! – ryknął Zheron.

Smoczyca wzbiła się w powietrze. Nie było w tym jednak żadnej elegancji ani majestatu; nie był to piękny lot smoka, który majestatycznie unosi się nad górami, lecz gwałtowny i brutalny ruch stworzenia, które za wszelką cenę chce odzyskać przewagę. Bestia odbiła się od ziemi z taką siłą, że kilka kamieni zostało wyrzuconych w powietrze, a następnie jednym potężnym ruchem skrzydeł znalazła się kilkanaście metrów nad nami.

I wtedy otworzyła paszczę.

– Rozproszyć się! – krzyknął Zheron.

Tym razem większość ludzi zdążyła zareagować, ale nie wszyscy. Fioletowy ogień uderzył w zbocze góry i nie rozlał się tak jak wcześniej, lecz wystrzelił wąskim strumieniem, który w jednej chwili rozszerzył się na końcu, pochłaniając wszystko, co znalazło się na jego drodze. Kilku żołnierzy próbowało uskoczyć, ale byli zbyt blisko, a ogień dosięgnął ich, podczas gdy jeden z magów, który próbował wznieść barierę, został pochłonięty razem z nimi.

Krzyk przeszedł przez pole bitwy, lecz smoczyca nie zatrzymała się nawet na chwilę. Krążyła nad nami, wsłuchując się w każdy dźwięk i reagując na ruchy znajdujących się poniżej ludzi. Nie potrzebowała oczu. Słyszała ludzi przemieszczających się po kamieniach, wyczuwała magię, reagowała na drgania ziemi i prawdopodobnie potrafiła rozpoznać obecność żywych istot po samym cieple ich ciał. Ślepota, która wcześniej była jedną z jej największych słabości, nagle przestała mieć jakiekolwiek znaczenie.

Zheron spojrzał w górę i po raz pierwszy od początku bitwy zobaczyłem na jego twarzy coś, czego wcześniej tam nie było. Nie był to strach, lecz świadomość, że poprzedni plan właśnie przestał działać.

– Wszyscy do jaskiń! – ryknął. – Natychmiast!

Nikt nie dyskutował. Magowie zaczęli wycofywać się w stronę skalnych schronień, żołnierze pomagali rannym, a ci, którzy nadal mogli walczyć, próbowali osłaniać odwrót. Flavius skierował wodę na płonące fragmenty zbocza, podczas gdy magowie powietrza próbowali odciągnąć dym i popiół z drogi uciekających ludzi. Zhana i Lucien pozostali chwilę dłużej na zewnątrz, rzucając ogień w powietrze nie po to, aby zranić smoczycę, lecz żeby zmusić ją do zmiany kierunku.

– Lucien! – krzyknęła Zhana. – Do środka!

– Jeszcze chwila!

– Nie! Teraz!

Lucien spojrzał w górę i zobaczył, że szkieletowa smoczyca właśnie zawraca.

– Biegniemy!

Oboje ruszyli w stronę jaskini, podczas gdy Zheron został najdłużej, obserwując smoczycę i swoich ludzi. Dopiero gdy upewnił się, że większość dotarła do schronienia, odwrócił się i ruszył za nimi.

– Wszyscy do środka! – zawołał jeszcze raz. – Żadnych bohaterów! Nie teraz!

Ostatni mag wpadł do jaskini, a chwilę później nad wejściem przeleciał fioletowy płomień. Skała nad naszymi głowami zadrżała, z sufitu posypały się drobne kamienie, a przez wejście do środka wdarła się fala gorącego powietrza. Przez kilka sekund nikt się nie odzywał. Słychać było tylko ciężkie oddechy ludzi i odległy huk kolejnych uderzeń.

Zheron oparł dłoń o ścianę jaskini i spojrzał na wszystkich zebranych.

– Plan się zmienił – powiedział w końcu.

Nikt nie odpowiedział. Na zewnątrz rozległ się kolejny ryk, tym razem znacznie bliżej, a echo poniosło go przez skalne korytarze, sprawiając, że przez moment można było odnieść wrażenie, iż smoczyca znajduje się tuż za wejściem.

W jaskini nie było czasu na prawdziwy odpoczynek. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że kilka minut spędzonych pod ziemią nie oznacza bezpieczeństwa, a jedynie chwilowe odsunięcie nieuniknionego. Smoczyca wciąż znajdowała się na zewnątrz, krążyła nad zboczem i od czasu do czasu uderzała ogniem w skały, jakby sprawdzała, gdzie dokładnie ukryli się jej przeciwnicy. Każdy taki wybuch powodował drżenie ścian jaskini i przypominał wszystkim, że nie mogą zostać tutaj na zawsze. Jeśli pozwoliliby jej czekać, prędzej czy później zaczęłaby przeszukiwać góry, aż znalazłaby wejście.

Magowie wykorzystali więc te kilka chwil tak dobrze, jak tylko mogli. Ranni zostali ułożeni pod ścianami, a ci, którzy znali się na leczeniu, natychmiast zabrali się do pracy. Zaklęcia lecznicze rozświetliły wnętrze jaskini delikatnym blaskiem, który kontrastował z fioletowymi rozbłyskami widocznymi na zewnątrz. Flavius podawał kolejnym osobom mikstury, sprawdzał ich stan i pomagał tym, którzy odnieśli poważniejsze obrażenia. Nie wszystkie rany można było wyleczyć w kilka minut, ale przynajmniej część krwawień została zatamowana, złamane kości ustabilizowane, a najbardziej wyczerpani odzyskali odrobinę sił. Magowie pili mikstury jedna po drugiej, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie, ponieważ większość eliksirów leczniczych smakowała tak, jakby ktoś próbował zamienić mokrą korę drzewa z ziołami i jeszcze wmówić człowiekowi, że to dobry pomysł.

Nie było jednak czasu na narzekanie. Venegas i Zheron przechodzili pomiędzy grupami, sprawdzając, kto jeszcze może walczyć, a kto powinien pozostać w jaskini. Kilku żołnierzy było zbyt ciężko rannych, aby ponownie wyjść na zewnątrz, podobnie jak część młodszych magów, ale zdecydowana większość nadal była zdolna do walki. Zmęczona, poturbowana i daleka od pełnej sprawności, lecz zdolna.

– Jak długo możemy tu zostać? – zapytała Zhana.

Venegas spojrzał w stronę wejścia, za którym właśnie przeszedł kolejny cień.

– Niedługo.

– To znaczy?

– To znaczy, że jeśli my nie wyjdziemy, ona wejdzie do nas.

Nikt nie musiał pytać, co stanie się wtedy. Jaskinia, która przez ostatnie kilka minut była schronieniem, w walce ze smoczycą mogła stać się grobowcem dla wszystkich znajdujących się w środku.

Zheron zebrał przy sobie dowódców i kilku najbardziej doświadczonych magów. Rozmawiali krótko, wskazując na mapę zbocza, omawiając możliwe kierunki ataku i sprawdzając, które bariery jeszcze działały. Problem polegał na tym, że tym razem nie mieli już żadnej szczególnej przewagi. Smoczyca była ślepa, ale jej pozostałe zmysły działały znacznie lepiej niż wcześniej. Potrafiła latać, jej ciało było szybsze, a fioletowy ogień nadal wystarczał, by zniszczyć niemal wszystko, co znalazło się na jego drodze. Poprzednia taktyka przestała działać, a przygotowanie nowej wymagałoby czasu, którego nie mieli.

– Nie mamy planu – powiedział w końcu Zheron.

Venegas spojrzał na niego z ponurym uśmiechem.

– Mamy.

– Jaki?

– Wyjść i nie dać się zabić.

Zheron przez chwilę milczał, po czym pokiwał głową.

– Zadziwiająco prosty.

– Na tym etapie jestem gotów uznać prostotę za zaletę.

Rozległ się kolejny huk. Tym razem wejście do jaskini rozświetliło się na fioletowo, a ze stropu posypały się kamienie. Nie było już sensu czekać.

– Przygotować się! – zawołał Zheron.

Magowie zaczęli wstawać, chwytając różdżki, kostury i wszystko, czym jeszcze byli w stanie walczyć. Zbrojni sprawdzali broń, naciągali paski i pomagali rannym, którzy mimo wszystko chcieli wyjść razem z nimi. Venegas stanął obok Zherona przy samym wejściu do jaskini. Obaj przez chwilę patrzyli na rozświetlone fioletowym blaskiem zbocze.

– Gotowi? – zapytał Venegas.

– Nie – odpowiedział Zheron. – Ale chyba już wystarczy.

I wyszli.

Smoczyca niemal natychmiast ich wyczuła. Uniosła kościstą głowę, a jej puste oczodoły skierowały się dokładnie w stronę wychodzących ludzi. Zaczęła się obracać, nasłuchując, a potem rozłożyła skrzydła.

– Teraz! – ryknął Zheron.

Venegas pierwszy rzucił zaklęcie. Potężny strumień wody uderzył w bok smoczycy, zmuszając ją do przesunięcia się o kilka metrów, a niemal w tej samej chwili ziemia pod jej łapami eksplodowała kamieniami. Zheron poprowadził kolejne uderzenie, podczas gdy magowie ognia zaczęli zasypywać bestię płomieniami. Powietrze przecięły podmuchy, kamienie wzbiły się nad ziemię, a kolejne zaklęcia uderzały w smoczycę z różnych stron.

Nie było w tym jednak wcześniejszej precyzji. Nikt nie kontrolował już pola walki tak dokładnie jak wcześniej. Każdy robił wszystko, co potrafił, próbując wykorzystać choćby najmniejszą okazję. Venegas i Zheron starali się utrzymać atak w ryzach, lecz chaos był nieunikniony. Smoczyca rzucała się pomiędzy kolejnymi zaklęciami, unikała części ataków, inne przyjmowała na kościste ciało, a jeszcze inne rozbijała uderzeniami skrzydeł.

W pewnym momencie jeden z jej pazurów przeorał ziemię zaledwie kilka metrów od grupy magów. Ci cofnęli się gwałtownie, a chwilę później nad ich głowami przeleciała fala fioletowego ognia.

– Rozproszyć się! – krzyknął Venegas.

Wszyscy znów rzucili się do ataku. I wtedy wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał.

Laeria stała kilka metrów za resztą grupy. Nie rzucała zaklęcia i nie uciekała. Nie patrzyła nawet na smoczycę. Stała nieruchomo, z zamkniętymi oczami, a jej dłonie powoli uniosły się przed siebie. Wyglądała, jakby próbowała odciąć się od całego chaosu, od krzyków, ognia, huku i strachu, który ogarnął całe zbocze. Skupiła się.

Wokół niej powietrze zaczęło delikatnie wirować. Początkowo było to niemal niezauważalne – jedynie kilka drobnych kamyków przesunęło się po ziemi, a włosy Laerii uniosły się lekko nad ramionami. Potem wir stał się silniejszy. Jej szata zaczęła trzepotać, kurz poderwał się spod stóp, a pomiędzy jej łopatkami pojawił się jasny blask.

Laeria otworzyła oczy. Z jej pleców wyrósł pierwszy promień światła, potem drugi, a następnie cała konstrukcja zaczęła się rozrastać. Magowie stojący najbliżej niej odruchowo przestali walczyć i spojrzeli w jej stronę, ponieważ z pleców dziewczyny wyrastały właśnie ogromne, świetliste skrzydła. Nie były zbudowane z piór ani z żadnego materialnego tworzywa. Przypominały czyste, skondensowane światło splecione z wirującym powietrzem, a ich kształt zmieniał się nieustannie, jakby każde pióro było osobnym strumieniem wiatru. Skrzydła rozwinęły się szeroko, rozświetlając najbliższą część zbocza.

Kadir patrzyał na nią z szeroko otwartymi oczami.

– Laeria...

Dziewczyna spojrzała na nią i uśmiechnęła się. Nie był to jej zwykły, niepewny uśmiech. Tym razem była w nim pewność.

– Chyba już umiem.

Następnie odbiła się od ziemi i wzbiła w powietrze. Tak po prostu. Magini, która jeszcze niedawno nie potrafiła nawet prawidłowo lewitować, teraz unosiła się kilkanaście metrów nad ziemią, a za jej plecami rozpościerały się świetliste skrzydła. Co najdziwniejsze, nie wyglądała na przerażoną. Wyglądała, jakby właśnie odnalazła coś, czego przez całe życie nie potrafiła nazwać.

Smoczyca nie spodziewała się ataku z góry, a Laeria wykorzystała to natychmiast. Zamachnęła jednym ze świetlistych skrzydeł, a powietrze przed nią gwałtownie się skompresowało. Chwilę później w stronę smoczycy wystrzeliła niewidzialna fala, która uderzyła w jej bok z ogromną siłą. Kościsty tułów bestii zachwiał się, a smoczyca odruchowo odwróciła głowę w stronę źródła ataku.

Laeria już była gdzie indziej. Przemknęła nad nią i ponownie uderzyła powietrzem, tym razem znacznie ostrzejszym. Skondensowany podmuch przeciął kilka fragmentów mięsa pokrywających żebra smoczycy i odrzucił ją na bok.

– Nareszcie! – krzyknął ktoś z dołu.

Nagle pozostali magowie dostali dokładnie to, czego potrzebowali – chwilę nieuwagi przeciwnika. Ziemia wystrzeliła spod smoczycy, woda uderzyła w jej bok, a płomienie zaczęły tańczyć wokół kościstego ciała. Venegas wykorzystał moment i posłał potężny strumień wody prosto w skrzydło bestii, podczas gdy Zheron wzmacniał kamienne kolce wyrastające pod jej łapami.

Laeria tymczasem nie przestawała atakować. Krążyła nad smoczycą, pojawiając się raz z jednej, raz z drugiej strony, a każde uderzenie jej skrzydeł tworzyło kolejne ostre fale powietrza. Smoczyca próbowała ją śledzić, ale nie mogła zobaczyć przeciwniczki, a jej pozostałe zmysły nie były przygotowane na ataki dochodzące z tak wielu kierunków jednocześnie.

To wystarczyło. Magowie ponownie zaczęli przejmować inicjatywę.

A wraz z nimi zmieniła się również postawa Luciena. Do tej pory walczył ostrożniej niż zwykle, ponieważ doskonale wiedział, że jego ogień nie jest najlepszą bronią przeciwko temu stworzeniu. Teraz jednak zobaczył Laerię szybującą nad smoczycą, Venegasa i Zherona nacierających z ziemi oraz pozostałych magów, którzy po raz pierwszy od dłuższego czasu nie tylko bronili się przed atakami, ale rzeczywiście zmuszali smoczycę do cofania się.

Uśmiechnął się. Zhana natychmiast zauważyła ten uśmiech.

– Nie.

Lucien spojrzał na nią.

– Nawet nie wiesz, co chcę zrobić.

– Wiem.

– To niebezpieczne.

– Właśnie dlatego wiem.

Lucien uniósł różdżkę.

– Musimy ją przycisnąć.

– Lucien...

Nie zdążyła dokończyć. Ogień pojawił się wokół niego, początkowo niewielki, lecz po chwili zaczął rosnąć, wirować i przybierać coraz bardziej intensywną barwę. Powietrze wokół maga zrobiło się gorące, a ziemia pod jego stopami zaczęła się żarzyć.

Zhana pobladła.

– Nie rób tego!

Lucien zacisnął zęby.

– Na pewno ją trafię.

Skupił całą swoją moc, a potem przyzwał Inferno. Płomienie eksplodowały.

Ogień nie wystrzelił pojedynczym strumieniem, lecz rozlał się przed Lucienem potężną falą, która pochłonęła część zbocza. Zhana odruchowo zasłoniła twarz, a kilku magów cofnęło się przed temperaturą, która w jednej chwili stała się niemal nieznośna.

– Lucien! – krzyknęła.

Nie odpowiedział. Inferno pomknęło w stronę smoczycy. Bestia próbowała uskoczyć, lecz właśnie wtedy Laeria przecięła jej drogę potężnym podmuchem powietrza, zmieniając kierunek jej ruchu. Smoczyca szarpnęła głową, próbując zorientować się w sytuacji, ale było już za późno.

Inferno uderzyło prosto w jej ciało. Fioletowy ogień smoczycy zderzył się z płomieniami Luciena i przez chwilę całe zbocze rozświetliło się dwoma kolorami ognia. Potężna fala gorąca przeszła przez pole bitwy, a smoczyca po raz pierwszy od czasu swojej przemiany wydała z siebie ryk, w którym oprócz wściekłości pojawiło się coś jeszcze.

Ból.

Lucien stał nieruchomo, utrzymując zaklęcie, a jego twarz rozświetlał blask Inferno. Zhana patrzyła na niego z przerażeniem, ale tym razem nie próbowała go powstrzymać. Widziała bowiem to samo, co pozostali. Smoczyca się cofała.

Jej skrzydło było częściowo osmalone, kilka fragmentów mięsa zwisało z kości, a fioletowy ogień płonący wewnątrz jej ciała zaczął pulsować nierówno. Nie była pokonana, nawet się do tego nie zbliżali, ale po raz pierwszy od przemiany przestała całkowicie kontrolować sytuację. Inferno nie mogło zadać jej takich obrażeń jak zwykłemu żywemu stworzeniu, lecz ogromna temperatura i gwałtowność zaklęcia wyraźnie ją oszołomiły.

Laeria przeleciała nad nią ponownie i uderzyła ostrym podmuchem, odrzucając ją w stronę skalnej ściany.

– Teraz! – krzyknął Venegas.

Wszyscy ruszyli jednocześnie. Ziemia eksplodowała pod łapami smoczycy, woda uderzyła w jej bok, ogień zamknął jej drogę odwrotu, a kolejne fale powietrza spadały na nią z góry. Magowie, którzy jeszcze kilka minut wcześniej uciekali w popłochu do jaskiń, teraz znów nacierali. Tym razem nie dlatego, że mieli doskonały plan. Tym razem dlatego, że pojawiła się szansa.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania