Pobóg Welebor 1

Uśpione miasto szumiało szos szarą nawierzchnią przez nocne pojazdy o tej przedświtu godzinie przemierzaną. Pomruk ozywał się to bliżej, to dalej, niby liście szemrzące i brzęczenie owada, narastał i cichł; zwykła to kołysanka ludziom zamieszkującym to miasto, zwane po prostu Miastem, choć nazywało się naprawdę Królów, bo i Król tu miał swoją siedzibę. Królestwo Jego, Ludia, ludzie bowiem składali większą część poddanych, było starożytne, lecz nowoczesne: takoż koła samochodów, a nie kopyta koni, szum, nie rozgłos czyniły na jezdniach Miasta, co z dalekim brzęczeniem silników spalinowych osobliwy, dobrze znany mieszkańcom Królowa zgiełk falujący, jakby warstwowy, jakby do nieba nocnego bez gwiazd sięgający składało. Czasem zawodzenie hamulców większego pojazdu urozmaicało jednostajność, która jednak, gdy dobrze się wsłuchać, nie była wcale jednostajna, lecz złożona, bogata, wieloma dźwiękami obfita. Szum ten i łagodny zgiełk nazywano Miasta pochrapem, przez uczłowieczenie tegoż zjawiska, jako że bóg opiekuńczy Miasta, mający nawet swoją świątynię, uważany był za prawdziwą boską osobę, przynajmniej przez władze i świątków. Można było w tym pochrapywaniu kołyszącym się zasłuchać, i to właśnie robił w jednej z izdebek w jednym z domów, na poddaszu, mężczyzna będący bohaterem niniejszej opowieści.

Noc była ciepła, sierpniowa. Mężczyzna jakby rozmyślał. Wokół niego książki porozrzucane: dzieje świata i królestwa, bajeczna przeszłość i opowieści o bogach; widać było, co i twarz jego znamionowała, że rozumny jest – czoło wysokie, kształtne rysy; oczy miał zamknięte, ręką wodził łagodnym ruchem w powietrzu, jakby wymacać coś się spodziewał. Tymczasem niebo rozjaśniało się, coraz częściej można było z szumu wyłowić uchem pojedynczych tych pielgrzymów nocnych, po szosach mknących, w miarę jak miasto powoli się wybudzało. Pierwsze duże pojazdy do przewozu osób, zwane ludowozami, zaczynały swą pracę, dźwięk jakby lądującego samolotu wydając, gdy na przystanku pobliskim stawały.

Przyroda już także poczęła się budzić: pierwsze wrony krakaniem nowy dzień obwieściły, a za tym przyłączać się zaczęły inne ptaki głosami różnymi, wśród drzew tak licznie w tym mieście rosnących. Ta rozśpiewana wiadomość, nie wiedzieć do kogo, rozbrzmiała i zgasła, ale przekazana dalej w innych drzewach na następnych ulicach znalazła pierzastych głosicieli.

Niebo ciągle jaśniało, różowiejąc ponad budynkami i do bladego błękitu się zbliżając powyżej, jednak z dymnym jakimś odcieniem, dla dużych skupisk ludzkich właściwym, a nazywanym smokiem, przez wspomnienie ludowe ziejących ogniem potworów, żywych wciąż w wyobraźni i dziejopismach – to jest księgach o przeszłości odległej traktujących. Ten tak zwany smok, syn spalin, był jednak dla Królowian przyjaznym potworem – przez setki lat przyzwyczaili się do niego i jego woni i polubili ją – gdyby go im odebrać, to tak jakby różę pozbawić jej zapachu.

Mężczyzna w pokoju na poddaszu jakby drzemał, gdy słońce zajrzało przez otwarte okno, nie dał znaku przytomności, kiedy zew śmieciarek przybyłych obwieścił o codziennym czyszczeniu żył miasta ze złogów i śmiecia, ani nawet później, gdy rozśpiewały się wiertarki przy jakiejś pobliskiej robocie. Dopiero gdy dłoń życiodajnego złotego boga, a okna miał od wschodu, głową także na wschód leżący, ścianę przeciwległą, szorstką, słonecznym dotykiem ogrzała, Welebor, bo takie nosił imię ten człowiek, oczy otworzył, które ciemne, głębokie, z wyrazem jakimś dzikości tajonej ślepia kota przypominały. Wstał z podłogi, łoża bowiem nie posiadał, i wtedy oczy jego zielone błyski w słońca promieniach okazały, a postać cała potężna acz przygarbiona jakby troską nieznaną dała się ujrzeć. Lat miał około czterdziestu. Włosy odgarnął długie, ciemne, i brodę przeczesał palcami; przeciągnął się jak kot i rozejrzał po skromnej izbie, mnogością książek jednak zaznaczoną. Co moglibyście o owym mężu, Welebora miano noszącym, powiedzieć? Ubóstwo zamieszkania już wskazywało na przynależność do warstwy ludu, nie "umyślnych" ani, tym bardziej, nie "władyków", trzy bowiem warstwy społeczeństwo Ludii składały, choć nazwa łaskawie ku ludowi się skłaniała – dawniej podludźmi zwani, teraz równymi niemal prawami przez króla Ludosława I nadanymi ciesząc się, Ludem byli przezwani. Druga warstwa, Umysłem mianowana, urzędników, uczonych i księży zrzeszała, ustępując najwyższej, Władzy królestwa. Patrząc na, jak tytułowano osoby z Ludu, "obywatela" Welebora, domyślalibyście się w nim raczej Umyślnego lub Władykę, gdyby nie postawa przygarbiona; prawda była taka, że nie znając swoich rodziców, podrzucony do domu dziecka nie przechodził on Próby Głosu za niemowlęctwa, z pomocą której dzielono ludność na warstwę niższą i wyższą; tak więc niejako z urzędu został Ludem (bo pojedynczej postaci słowa nie było). Dom dziecka w którym wychował był się, Wołoborze, dał początek jego imieniu – Welebor.

Zostawmy go, jak przygotowuje się do wyjścia w kierunku miejsca swego zatrudnienia, i wyprzedźmy wychodząc na ulicę. Dość stara, jednak nie tak bardzo, biorąc pod uwagę wiek tysiącletni niektórych wieżowców miasta, kamienica w której mieszkał, nie odznaczała się niczym szczególnym. Ulica Groma jednak – boga burz – co można było przeczytać na murze, stanowiła jedną z główniejszych ulic miasta – wiodła prosto do Królewskiego Lasu, pośrodku miasta rosnącego, a ocienionego ogromnymi chmurodrapami, jak nazywano najwyższe, sięgające chmur budynki. Ruch był już żywy, samochody o kształtach zaokrąglonych i smak ich twórców znamionujących, w barwy rozmaite błyszczykiem malowane, oczy w sierpniowym cieszyły słońcu; ludzie spieszący w swoich sprawach należeli do Ludu, bo przedstawiciele wyższych warstw poruszali się zazwyczaj własnymi pojazdami.

Welebor po schodkach, w ubiorze nie wyróżniającym się, wkroczył w prąd ulicy, i podążył z nim w kierunku, gdzie domyślić się możemy miejsca jego pracy – dzień jak co dzień, jednak, o czym on nie wie jeszcze, ten dzień będzie początkiem nowego jego życia; i tak zdarzenie, które zaraz opiszemy wyrwie go ze zwykłej zadumy o dawnych czasach, a trąci jakieś ukryte struny serca, które nie jest szczęśliwe i zadowolone z życia... Ale po kolei. Idąc wzdłuż kilku grańców mieszkalnych, a tą nazwą, "graniec", oznaczano nowe budynki przeznaczone dla ludu, nieozdobne i kanciaste, spostrzegł przypatrującego mu się człowieka; był w łachmanach ów człek, co nie było rzadkością, szczególnie jeśli trudnił się niegdyś "szeptaniem", jak nazywano rozmowę poufną z budynkami miasta – istotnie był to "szepca".

– Ty!

Krzyknął do Welebora zastępując mu drogę, po czym rozpoczął przemowę, z przyzwyczajenia jakby dawnego, bo zawodu szepcy nie wykonywał już, odkąd oszalał, co często się wśród nich zdarzało:

"Jest tyle światów, ilu ludzi! Światów? Co ja mówię, szkwiatów! By z jednego na drugi świat przeskoczyć, trzeba się oderwać, oderwać od soku, którym bogów każdy kwiat poi, aż zapominają, kim są! Oderwij się, poleć! Cała łąka twoja, pył świata jednak zawsze ze sobą poniesiesz, a to co znaczy? Droga będzie ta sama! U pszczoły ucz się mądrości, ona zawsze powróci do ula, gdzie królowa panuje nad panami. Dla niej zachowaj łyk świeżego szkwiału! Śpiesz się, bo szerszeń zbiera zastępy, aby nastać!

Ratuj królową! Ratuj królową!"

Po tej dziwnej mowie odszedł. Welebor znał słowo "szkwiał" – oznaczało napój bogów, nieśmiertelności wino, jak w książkach czytał o tym; istniało nawet wino o tej nazwie sprzedawane w winiarniach i piwnicznych sklepach, choć niewielu wiedziało, co jego nazwa znaczy. Wydarzenie, nie tak niecodzienne na ulicach Królowa, gdzie powszechnym szacunkiem otaczani szaleńcy, świętymi zwani, a przez lud uważani za w połowie w świecie bogów bytujących wybrańców krążyli, nie zmąciło dalszych kroków sieroty, którą był jako się wspomniało Welebor; oto zjechał po schodach ruchomych do stanicy kolei podziemnej, głęboko wykopanej i wykutej w skale, aby szerokie przestrzenie miasta, w kierunku od zamku królewskiego, ku granicom miasta przemierzyć. Ofiarę zwyczajową Czartowi – bogu podziemi – złożywszy, rychło zapomniał o dziwnych słowach tego szalonego "szepcy", które kilka pacierzy wcześniej usłyszał. Czarci pociąg, jak nazywano żelaznego olbrzyma na kołach, siłą pary gorącej napędzanego (gdyż napęd bardziej nowoczesny przez bogów podziemi nie był doówczas dozwolony), człony ludźmi zapełnione ciągnącego, zawiózł go sapiąc na obrzeża miasta, gdzie miejsca pracy zwane robotniszczami gęsto wyrastały na wzgórzach powstałych z odpadków przez wieki zgromadzonych. Robotniszcze, dokąd przez żelazną bramę do pracy wchodzono, a gdzie z innymi i Welebor wkroczył, miejscem składu samochodów z części uprzednio przygotowanych było; praca jednostajna, z powtarzalnych czynności złożona, niewymagająca umysłowego wysiłku, miła mężczyźnie była – dla niego wytchnieniem od myśli natrętnych, gdy innym znojem nieznośnym. Silny i wytrzymały był bowiem, pracował wytrwale i szybko, wpadając w jakieś natchnienie nieraz przy taśmie, przypominając sobie podania o królu Smoczyborze, które to imię "ze smokami wojującego" oznaczało, a który przemierzając równiny i wzgórza w swoim zaczarowanym samochodzie tropił gady te krwiożercze i księżniczki odbijał, oraz inne czytane nocą dzieje na wpół zapomniane. Lubił pracę, lecz czas przerwy, spędzany z innymi robotnikami nie był mu miły, jako że lubiany nie był, uprzykrzano mu życie spiskami złośliwymi i oczerniano imię jak potrafiono; zmienić zatrudnienia jednak nie myślał – pokornie znosił wszystko, gniewem nigdy się nie unosząc, lecz kto wie, co tam w sercu jego się działo... Cnota pokory, tak wysoko ceniona powszechnie na pozór, przez duchownych sławiona, zdawała się mieć w nim doskonałe zamieszkanie.

Wracając po pracy czarcim pociągiem, "czartem" po prostu nazywanym, sięgnął z przyzwyczajenia do kieszeni, wydobywając swojego "światowida", jak nazywała się płaska skrzyneczka z dużym wyświetlaczem, połączona z "wszechsiecią", czyli duchem rozproszonym w powietrzu, z którego czerpać można było rozmaite treści, myśli, obrazy, głosy wielu ludzi, rządu, kupców; właśnie wyświetlił mu się, po włączeniu urządzenia, "ogłos", czyli ogłoszenie zwane powszechnie "przekłamą", zachęcające do kupna tego lub owego towaru, w tym przypadku "szkwiału" wybornego, przypominając Weleborowi spotkanie z tamtym szalonym szepcą. Dziwne to było, nigdy wcześniej takiej przekłamy nie widział bowiem; lecz przekłam było mnóstwo, nie znaczyło to wiele. Siedząc tak i przeglądając naukowe doniesienia, poczuł senność; wyłączył światowida i zamknął oczy zmęczony po nieprzespanej nocy, a odgłosy czarta jadącego prędko, syczącego i stukającego, poczęły go usypiać...

Średnia ocena: 4.6  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (31)

  • Kiro 2 tygodnie temu
    Za dużo rzeczowników, mało dialogów. Zdania za długie, za dużo spójkników np i.. Tematyka, dla mnie mało interesująca choć innym może się podobać więc tego nie ocenie. Napisane językiem, dość oryginalnym. W pewnym środowisku, może się podobać.
  • Pobóg Welebor 2 tygodnie temu
    Dialogów nie lubię, co do reszty zastanowię się poczytam to jeszcze. Zdania chcę właśnie żeby długie były. Dzięki za czytanie i spostrzeżenia.
    Pozdrawiam 🙂
  • Grain 2 tygodnie temu
    Teraz czytacz woli być łapany za ryj treścią, mniej stylem. Piszesz dla siebie i ok. Niestety mało komunikatywnie, nie dla leniuszków.
  • Pobóg Welebor 2 tygodnie temu
    Wiem o tym, ale nie byłbym sobą idąc na kompromis z handlem. Biorę przykład z Sapkowskiego, który pisał to, cosam chciałby czytać. Dzięki za zajrzenie,
    Pozdrawiam 🙂
  • Marek Żak 2 tygodnie temu
    Dla mnie jest fajne i klimatyczne, ale zgadzam się, że lekkie przyspieszenie, w ramach kompromisu ze sztuką, by było dobre. Pozdrawiam
  • Pobóg Welebor 2 tygodnie temu
    Będę miał na uwadze, też chcę, żeby coś się działo 😃
    Pozdrawiam również 🙂
  • Narrator 2 tygodnie temu
    Poetyczna proza.

    Tekst niezwykle dopracowany: do ostatniej kropki i przecinka. Wena tryska jak sok z dojrzałej brzoskwini; starczyłoby na kilka opowiadań. Jesteś poważnym autorem, który nie idzie na łatwiznę, lecz daje z siebie wszystko.

    Zdania nie są za długie, ponieważ kontynuują tą samą myśl. Nic gorszego kiedy jedna myśl jest rozbijana serią niepotrzebnych kropek. Gerald Murnane (największy z żyjących pisarzy w języku angielskim, o którym mało kto słyszał) jest znany z układania bardzo długich zdań, gramatycznie całkiem poprawnych.

    Osobiście nie jestem miłośnikiem fantazji, bo trudno w tym gatunku identyfikować mi się z bohaterem, odnieść opisywane zdarzenia do własnego życia, mimo to przeczytałem z przyjemnością. Ciekawe i oryginalne — niczego podobnego tutaj jeszcze nie znalazłem.

    Daję 💜 i pozdrawiam. 👋
  • Pobóg Welebor 2 tygodnie temu
    O, tego Murnane zapamiętam sobie. Dzięki. Wiesz, proza okazała się dla mnie chyba jeszcze lepszym środkiem wyrazu niż poezja. Dziękuję 🙂
    Pozdrawiam !!
  • Trzy Cztery 2 tygodnie temu
    Wyobrażam sobie księgę (nie książkę, a księgę), w której proza powyższa byłaby w części drugiej, a w pierwszej - wiersze, które szczegółowo ukazują postaci, zjawiska i przedmioty wymienione w prozie.
    Masz tu np. opisane spotkanie z szepcą, a przecież wcześniej czytałam wiersz pt. "Szepca". Masz pociąg, zwany "czartem", a przecież wcześniej czytałam wiersz "Czarci pociąg".
    Byłaby to księga z zawartym w niej Światem Welebora, w którym ten tytułowy Pobóg Welebor tak inaczej na świat patrzy:

    – Ty!
    Krzyknął (szepca - dop. mój) do Welebora zastępując mu drogę, po czym rozpoczął przemowę, z przyzwyczajenia jakby dawnego, bo zawodu szepcy nie wykonywał już, odkąd oszalał, co często się zdarzało:
    "Jest tyle światów, ilu ludzi!"

    Księgę można byłoby zacząć czytać od części z wierszami albo - od prozy. Jedna część uzupełniałaby drugą.
  • Pobóg Welebor 2 tygodnie temu
    Tak, to jest jakaś myśl 🙂
    Zobaczymy co będzie. Na szczęście prawdopodobnie będę dysponował środkami, aby wydać sobie tak, jak mi się podoba w niewielkim nakładzie.
    Pozdrawiam 🙂
  • Trzy Cztery 2 tygodnie temu
    Pobóg Welebor, przeczytałam jeszcze raz to zdanie o mam pewną uwagę:

    "Krzyknął (...) zastępując mu drogę, po czym rozpoczął przemowę, z przyzwyczajenia jakby dawnego, bo zawodu szepcy nie wykonywał już, odkąd oszalał, co często się zdarzało..."

    Zastosowałeś tu chyba skrót myślowy. Ale to nie jest dobre. Osłabiło zdanie. Chodzi o ten kawałek:

    "zawodu szepcy nie wykonywał już, odkąd oszalał, co często się zdarzało"

    Końcówka: "co często się zdarzało" dotyczy w zdaniu konkretnego szepcy i robi zamieszanie: czyli ten szepca na przemian "szaleje" i nie wykonuje wtedy zawodu, to znów zdrowieje i zawód wykonuje?

    A może chodziło Ci o to, że - ogólnie - szepcom przytrafiało się szaleństwo? Jeśli zwrot "co często się zdarzało" dotyczy wszystkich szepców (i jeśli był to stan nieodwracalny) - sformułuj to inaczej.
  • Pobóg Welebor 2 tygodnie temu
    Trzy Cztery : masz rację. Dziękuję 🙂
  • Trzy Cztery 2 tygodnie temu
    Co do uwag o samej prozie:

    Wiele mi się tu spodobało, np. krótkie opisy, choćby ten:

    "... samochody o kształtach zaokrąglonych i smak ich twórców znamionujących, w barwy rozmaite błyszczykiem malowane".

    A zaintrygowały te dwa zdania:

    "Mężczyzna jakby rozmyślał".

    "Mężczyzna w pokoju na poddaszu jakby drzemał..."

    Słowo "JAKBY" daje tu do myślenia...
  • Pobóg Welebor 2 tygodnie temu
    Bardzo się cieszę, w prozie jestem debiutantem zupełnym, więc dodajesz mi śmiałości. Dzięki 🙂
  • Marek Żak 2 tygodnie temu
    "Jakby" robi opis bardziej lajtowy, bo daje pewien dystans do tego, co się dzieje. M
  • rozwiazanie 2 tygodnie temu
    Spojrzenie Welebora na świat przyciąga bajkową fantazją. Warto śledzić jego losy, bo są to również moje losy. Jest to bajka, jakich mało, o rzeczywistości w której trudno przewidzieć zakończenie. Ciekawy zabieg literacki.5. Pozdrawiam🙂
  • Pobóg Welebor 2 tygodnie temu
    Dziękuję 😊
    Bardzo się cieszę z dobrego przyjęcia. Moja poezja płynnie przeszła w prozę poprzez tych kilka textów z gatunku lingwifantasy. Bardzo szczęśliwy jestem, na pomysł umieszczenia akcji w alternatywnej współczesności wpadłem ledwie kilka dni temu, wcześniej to miał być świat magji i miecza, i odsuwałem pisanie na nieokreśloną przyszłość. Chwała bogom !
    Pozdrawiam 🙂
  • rozwiazanie 2 tygodnie temu
    Pobóg Welebor, właśnie dlatego jest ciekawie, że akcja się dzieje teraz, „na pomysł umieszczenia akcji w alternatywnej współczesności wpadłem ledwie kilka dni temu. [...] Chwała bogom !”. Życzę powodzenia w pisaniu 😊
  • Pobóg Welebor 2 tygodnie temu
    rozwiazanie, dziękuję. W drugiej części będzie czad 😃
  • MartynaM 2 tygodnie temu
    Moim zdaniem to nie jest proza poetycka, chociaż malowniczo i z polotem napisane opowiadanie. Jednak do prozy poetyckiej dużo brakuje.

    Była tu super dziewczyna, ktora w prozie poetyckiej poruszała się kak ryba w wodzie. Poszukaj nick "Niemampojecia"
  • Pobóg Welebor 2 tygodnie temu
    Dzięki, poszukam. Kojarzę, że ktoś był tu taki.
  • MartynaM 2 tygodnie temu
    Pobóg Welebor, no koniecznie zobacz. Naprawdę wyjątkowo pisała... jakiś jeszcze miała nick zaraz spr i Ci podam.
  • MartynaM 2 tygodnie temu
    "Lamb" - drugi Jej nick.
  • Dekaos Dondi 2 tygodnie temu
    P.W↔Rzekłbym, iż opowieść jedyną w swoim rodzaju jest, przeto jam przeczytawszy, prawie zadowolom jest.
    Zaiste jednak rzeknąć muszę, iż międzysłownictwa werbalnego, trochę brakować mi, tudzież tekstu podzielenia,
    by ów ścianą nie był i przytłoczywszy nieco, czytanie mym oczom, zakłócał.
    Ale to jeno subiektywne me spojrzenie.
    Pozdrawiam😃:)
  • Pobóg Welebor 2 tygodnie temu
    Dzięki. Djalogi dalej jakieś będą, no i mniejsze kawałki będę wrzucał. Do przeczytania.
    Pozdrawiam 🙂
  • Poncki 3 dni temu
    Odgarnąłem trochę spraw niecierpiących zwłok :P i zabieram się za Twoją powieść. Jest tego sporo więc pewnie nie ugryzę przy jednej biesiadzie 😊

    "Pierwsze duże pojazdy do przewozu osób, zwane ludowozami, zaczynały swą pracę, dźwięk jakby lądującego samolotu wydając, gdy na przystanku pobliskim stawały."
    Czy zatem samoloty nie powinny zwać się ludolotami? 😉

    "Ten tak zwany smok, syn spalin, był jednak dla Królowian przyjaznym potworem – przez setki lat przyzwyczaili się do niego i jego woni i polubili ją – gdyby go im odebrać, to tak jakby różę pozbawić jej zapachu."
    No co Ty? Kolega idzie w góry i zaczerpnie w płuco świeżego powietrza, tylko się nie zachłyśnij 😋 To jest właśnie to co poprawnie definiuje słowo tolerancja. Mieszkańcy Miasta tolerują smok, owszem. Czy się do niego przyzwyczaili? Polubili? Śmiem wątpić.🙄

    Zapowiada się bardzo ciekawie 😀
  • Pobóg Welebor 3 dni temu
    Cześć, fajnie, że jesteś. Dobrze, że bez zwłok się obeszło 😉
    Co do smoku, to uważam, że ewolucja zrobiłaby swoje, choć może nie przez setki tylko lat... Ale czy u mnie jest normalna ewolucja?
    Pozdrawiam 🙂
  • Poncki 3 dni temu
    Pobóg Welebor
    W sumie, zgodnie z teorią ewolucji Jeana Baptiste de Lamarcka (Lamarkizm) jest całkiem możliwe, że przystosowałeś się do smoka przez jego oddziaływanie na Twój organizm - zwiększyłeś swoją tolerancję. Natomiast moim zdaniem, fakt, że zaczął podobać Ci się jego zapach jest całkowicie subiektywnym odczuciem niezależnym od tolerancji na substancje trujące.

    Czy Twoja ewolucja jest normalna? Zdefiniuj "normalna" 😉
  • Pobóg Welebor 3 dni temu
    Poncki, przyjemne jest to, co nam służy, w sensie, że jeśli smog byłby dobry, to jego zapach przyjemny; wrażliwi na szkodliwe oddziaływanie smogu wymarli, a premiowani są ci, dla których jest pozytywne wręcz.
    W ewolucję nie wierzę zresztą jeśli chodzi o całokształt...
  • Poncki 2 dni temu
    Pobóg Welebor czyli uważasz, że rodzimy się z różnymi cechami mniej lub bardziej zbliżonymi do tego co zaserwowali nam rodzice i albo jesteśmy odporni na to co nam los przyniesie albo nie?
  • Pobóg Welebor 2 dni temu
    Poncki, chyba tak to wygląda, oczywiście jest jeszcze epigenetyka gdzie o dziedziczeniu cech nabytych się mówi, jak u Lamarcka...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania