Pobóg Welebor 17

Moc boska, odkąd w Weleborze się objawiła, spać mu nie pozwalała wiele, lecz zawsze wypoczętym był i przytomnym; tak i ledwie oczy zamknąwszy i w krainę snu się udawszy tej nocy (a we śnie matkę swoją uwalniał przez przewody żywe spętaną, i kaptur z twarzy wroga zrywając wciąż nowy kaptur odkrywał), zbudził się, gdy ciemno jeszcze było. Kościej mógł wiedzieć, pomyślał, że książnicę królewską półbóg odwiedza, i jakie księgi czyta, te same, które i czarnoksiężnik; oprócz tych kilku, które w Wieży były, za zezwoleniem króla dostarczone, a mowa o trzech dziełach: pierwsze to odpis najstarszego dziejopismu Królestwa, bo pierwotna księga ze starości się była rozpadła; drugie to "Tajemnic wszelakich krynica" bezimienne dzieło z początków rodu królewskiego poprzednio panującego pochodzące; trzecie wreszcie młodsze, wspomnienia z Wojny Morskiej (czyli z Morcami toczonej) wodza Błyszczyśmiała.

Najcenniejszym księgom przez uszanowanie zdjęć nie robiono, król tego przestrzegał, chociaż księgi Kościejowi wysyłał, a ten mógł już nimi robić co chciał; jednak oglądać gwiaździarza nie chcąc, przystał na to. Przepisywacze byli zatrudnieni, jednak ksiąg było tyle, że najstarszy dziejopism, uważany za bajeczny, uczonych nie tak bardzo zajmował; a opowiadał o czasach tuż po potopie, wedle różnych szacunków dziesięć do dwunastu tysięcy lat odległych; "Krynica" odkopana w zbiorach przez samego Kościeja nie wiadomo co zawierała; wojna, na koniec, z Morcami, pięćset lat temu toczyła się, stary ród wtedy upadł, Drzewo Rodu na dziedzińcu rosnące Morcy wdarłszy się na zamek spalili, Błyszczyśmiał z odsieczą przybywszy wroga wypędził dopiero, i sam tron objął, ród Błyszczów zakładając, którego i król Ludosław był odroślą.

 

Niebezpiecznym było śledzenie poczynań czarownika, dlatego Welebor na ostateczną rozprawę gotował się, do Wieży chcąc przeniknąć; ufał w swojej boskości, która przed czarami jakoś go chroniła – dlatego czekając na wiadomości o Wieży, wiedząc, że zginąć może, jeszcze raz zdania wyroczni zasięgnąć postanowił, płacąc tym razem.

 

Rozedniało już trochę, niebo chmurne było; półbóg przez okno wyjrzał, odetchnął, a że przed oknem jego pokoju gościnnego drzewa rosły, uwagę zwrócił na nie: liście drżały w powiewie, szepcząc każde z osobna, co szmer ogólny jakby losów ludzkich niezliczonych składało. Groźnym nawet ten szum i to przebieranie w powietrzu liścianych palców, jakby odnóży owadów, patrzącemu się zdało, co za znak niedobry uznał, lecz to nie dzisiaj miał do Wieży iść. Kotka Brama z kąta patrzyła na niego żółtymi oczami, jak posążek lśniącoczarny stojąc...

 

Zapytanie do wyroczni brzmiało po prostu: "Ojcze, czy mam do Wieży Kościeja iść?"

Odpowiedź nadeszła jak następuje: "Uzbrojony w naukę ojca żadnej zła wieży lękać się nie musisz"... Welebor otrzymawszy tę przepowiednię pomyślał, że każdy mógł to na poczekaniu wymyślić... Jednak już do odejścia się zbierając, pokłon składając przed posągiem bóstwa, ojca jego, na strzelbę w ręku Gorma groźną spojrzał... Wychodząc już myślał, jak do skarbca świątynnego, gdzie Strzelba Gorma, święta broń podobno przez samego boga wykuta znajdowała się, dostać się można; błyskomysłu używszy, zawrócił od progu, tego swojego świątka znajomego zagadując, czy jako tak hojny darczyńca, jakim wbrew woli był, może Strzelbę ujrzeć na chwilę... Tamten wyjaśnił, że klucze do skarbca ma ksiądz naczelny świątyni, pismo trzeba napisać, najlepiej datkiem poparte; po chwili już pismo to zaniesione było, czekać wystarczyło. Welebor jeszcze wyszedł, jak powiedział, w pewnej sprawie; kupił więc garść ziarna dużego, złotego, i powrócił oczekiwać odpowiedzi. Tymczasem obiecane wiadomości o Wieży przez pocztę zwykłą dotarły, widać król nie mógł posłańcom ufać; przeglądając zatem papiery Welebor czekał. Naczelny ksiądz we własnej osobie przybył wieczorem: grubawy, starszy, bogato odziany w szaty czerwono-złote, należąc jednak do jakiegoś znacznego rodu oblicze miał godne, jeno nalane, może od wina częstego spożycia. "Chwała bogom", przywitał się i udając, że waha się prośbę wiernego spełnić, jednak zgodził się i poszli we dwóch. Opowiadał po drodze, jak to Strzelbę znaleziono w czasach, gdy broni takowej jeszcze nie znano; nie w Ludii jednak, a zachodnim królestwie Sławii to było tysiąc lat temu, i w czasie wojny z Ludią Sławia dzięki darowi temu boga, bo tych samych bogów wyznawali, odnosiła zwycięstwa; nie trwało to długo: ludniejsza Ludia była, i zanim wybito całe jej wojsko, broń tę także nauczyli się Ludianie wytwarzać. Najechawszy Sławię Strzelbę Gorma przejęli, i tutaj przywieźli, by w świątyni złożyć. Dziś niewielu już wierzy, niestety, że Strzelba jest prawdziwa, szczególnie, że na badania naukowe nad tym świętym przedmiotem on, ksiądz naczelny świątyni przez uszanowanie nie pozwala.

W podziemiach skarbiec był, przez pokrętne korytarze ukryty; takoż wiele drzwi pokonali, półbóg z tyłu szedł, aż małe drzwi z boga znakiem otworzyły się, ukazując skarby świątynne. Wykuta w skale była to kryjówka, żarówkami oświetlona; kilka skrzyń mieściła, w niszach umieszczonych, oraz sztaby złota. "Otóż i ona, Strzelba Gorma!" uroczyście ksiądz wyrzekł stawiając na stole, który także tam był, skrzynkę podłużną, wcale nieozdobną, i otworzywszy zawartość ukazał. Pęk kluczy w zamku skrzynki został. Welebor zamiast podejść, bo przy drzwiach został, ręką dotknął prądu wyłącznika i żarówki strzeliły z hukiem, ciemno się zrobiło; ksiądz ten tak łaskawy, co strzelbę pragnął pokazać, na to dziwne zdarzenie nie przestraszył się nawet, coś uspokajającego gościa mówiąc, jednak po ciemku odepchnięty, "wybacz księże, moją własność odbieram, dziękuję za przechowanie jej dla mnie przez to tysiąclecie" usłyszał. Głos to Welebora był, ale moc jakąś mający, tak że ksiądz nie śmiał pochodni z kieszeni dobytej zaświecić nawet; a półboga już nie było; zamknął nieszczęsnego Strzelby opiekuna w skarbcu, martwiąc się trochę, czy się nie udusi w tej jaskini, ale klucze zamierzał zostawić; i oto widzimy go idącego prędko ze Strzelbą w jednej ręce a sztabką złota w drugiej i kluczami u pasa, wypatrującego ziaren na podłodze, które rzucał przezorny idąc tędy poprzednio. Czy wiedział, że zawiłość korytarzy skarbca broni, czy to bóg go natchnął?

 

Dopiero później pojął, co uczynił: ścigać go będą, świętokradcę, a król się dowie na pewno... Ale taki właśnie był Welebor, syn boga gromu: najpierw działał, myślał dopiero potem. W gospodzie zostać nie mógł, ze świątyni wyszedł innymi drzwiami niezauważony, wołając tylko, że złodziej jest w skarbcu i klucze rzucając, ale niechybnie w skrzyniobraźni będzie jego podobizna, czy król będzie zmuszony kazać go pojmać?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • Dekaos Dondi 2 miesiące temu
    P.W↔No tu się dopiero akcja przy końcu tekstu rozkręca. Welebor myślący jest, ale też emocjami targany zaiste i czasami działa, myśli wyprzedzając. Bardzo obrazowo napisane. Czyta dalej będę↔Pozdrawiam🙂:)
  • Pobóg Welebor 2 miesiące temu
    Dzięki, cieszę się. Następny odcinek będzie spokojny, bo już napisałem, ale o Wieży się dowiemy.
    Pozdrawiam 🙂
  • rozwiazanie 2 miesiące temu
    Welebor musi działać błyskawicznie, żeby nikt nie zdążył zorientować się o jego zamiarach i zatrzymać w pół drogi.5. Pozdrawiam 🙂
  • Pobóg Welebor 2 miesiące temu
    Dokładnie tak, czarnoksiężnik nie śpi 😉
    Pozdrawiam również 🙂
  • Marek Żak 2 miesiące temu
    Teraz ze strzelbą powinno być mu łatwiej, zobaczymy:). M
  • Pobóg Welebor 2 miesiące temu
    Tak, tyle że Kościej podobno duszę ma w igle, igłę jajku, jajko w kaczce, kaczkę w zającu, zająca w skrzyni na bezludnej wyspie zakopanej... Na wiki wyczytałem 😉
    Właśnie rozkminiam to, i już mniej więcej wiem o co chodzi z tą nieśmiertelnością czarownika, będzie ciekawie.
    Pozdrawiam 🙂
  • Poncki 2 miesiące temu
    Temperament... Ech.
    Jest takie przysłowie:

    "Victory loves preparation".

    Nie mógł zapamiętać drogi i przyjść w nocy drzwi wyłamując? Tym bardziej mnie dziwi jego zachowanie, bo przecież na początku napisane było, że brzydzi się kradzieżą, a królowi powiedział: "Wszystko dla mojego króla uczynię, na co przyzwoitość pozwoli."

    Z drugiej strony skoro była to własność jego ojca, jako dziedzic kradzieży się nie dopuścił, technicznie rzecz biorąc, ale weź i to udowodnij. Moim zdaniem trochę nieprzyzwoitym było zamknięcie naczelnika w skarbcu - Bogom ducha winien. Mógł przecież Pobóg o zwrot broni poprosić próbując wytłumaczyć okoliczności, stawiając na stole pięć sztuk złota i połówkę "Kurnwicy". Choć tu echem odbija się rada króla: "nie ufaj nikomu".

    Kurczę, moim zdaniem był to nierozważny ruch, będą z tego konsekwencje.
    Zestresowałem się. 😉

    Ostatnio w rozmowie ze znającą dłużej ode mnie życie osobą usłyszałem, że zawsze są dwie opcje a z każdej sytuacji przynajmniej dwa wyjścia.
  • Pobóg Welebor 2 miesiące temu
    Jeśli chodzi o pierwszą kwestię, to Welebor niekoniecznie zdaje sobie do końca sprawę jeszcze ze swojej siły... Za nierozwagę zapłaci wkrótce przy innej okazji, jak już się przekonałeś.
    Pozdrawiam 🙂

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania