Pokaż listęUkryj listę

Serce Wielkiego Gala (Asterix&Obelix) - Rozdział 25 - Kozioł ofiarny

Nad ranem Obelix obudził się z ciężkim jękiem. Jego wielka dłoń powędrowała ku uchu, przy którym odczuwał ostre palenie, jednak spotęgowało to tylko ból. Z grymasem na twarzy wycofał rękę. Przez chwilę leżał, próbując zdzierżyć nieznośną migrenę. W końcu powoli zaczęła wracać mu pamięć.

Z rozmazanych obłoków stopniowo klarował się obraz wspomnień z zeszłego dnia. Skrzywił się pod wpływem psychicznych konwulsji. Przypomniał sobie urywek ze swego snu. Widział Livię stojącą przed nim, jakby zza mgły. Jej wątła sylwetka uginała się pod ciężarem bólu i upokorzenia, wołając do niego rozpaczliwie:

– Dlaczego mnie nie obroniłeś?

Leżał z poczuciem beznadziei. Ten dzień ostatecznie rozwiał jego wątpliwości. Czuł, jak gaśnie w nim resztka nadziei.

Na drugim końcu izby spał Asterix. Obelix odchylił ciężko głowę w jego stronę.

– Asterix – rzekł do niego cicho, choć jego tubalny głos rozległ się dość donośnie.

Asterix poruszył głową, marszcząc brwi i zaciskając usta, ewidentnie niegotowy na pobudkę. Po chwili uchylił na wpół powieki i spojrzał na przyjaciela zaspany i rozdrażniony.

Gdy Obelix dostrzegł, że Asterix już nie śpi, rzekł beznamiętnie:

– Znowu się upiłem, co?

– W rzeczy samej – odparł Asterix cichym, ochrypłym głosem. – Tym razem jednak grubo przesadziłeś.

Obelix jednak nie był w stanie nic odpowiedzieć. Spojrzał tylko w sufit, a jego twarz stężała.

– Powiedz mi tylko jedną rzecz. – Asterix wyraźnie zaczynał się rozbudzać. – Skąd u ciebie ta wielka rana na twarzy?

– Od uderzenia – odparł Obelix chłodno, jakby chciał szybko zakończyć temat.

– Ale jak to się stało?

Obelix zacisnął nerwowo usta i wziął głębszy wdech.

– Biłem się.

Asterix wytrzeszczył oczy i po chwili uniósł się na posłaniu, jakby został porażony piorunem.

– Obeliksie! Na Taranisa, co ci przyszło do głowy?! Już zupełnie rozum ci odjęło!

Słowa te nagle rozjuszyły Obeliksa. Poderwał się z wysiłkiem na łokciach i wybuchł:

– Ten drań upokorzył Livię!

Asterix już miał dalej robić mu burę, ale to, co usłyszał, sprawiło, że słowa natychmiast utkwiły mu w gardle.

Po chwili milczenia spytał spokojniej:

– Kto ją upokorzył i w jaki sposób?

Obelix spojrzał na niego kamiennym i zbolałym wzrokiem.

– Tenautomatix… Gadał do niej świństwa, jakby była… nieważne. – Odwrócił wzrok. – Wszyscy się śmiali.

– Tenautomatix? Ten nasz kowal? – Asterix nie krył zdumienia. – Musiał być mocno wstawiony… – Zamyślił się poważnie, po chwili gorzko żałując, że namawiał Livię wbrew jej oporom. – To już wyjaśnia, czemu ona wyszła w takim stanie…

– A ja ją zawiodłem… – odparł Obelix ciężko.

Asterix wstał i przysiadł się do przyjaciela.

– Dlaczego ciągle trzymasz ją od siebie na dystans? Przecież widzę, jak wam na sobie zależy. Wam obojgu!

– Asteriksie, już ci coś niedawno tłumaczyłem. Nie pasuję do niej. Teraz już nie mam wątpliwości. Zawodzę ją tylko i tyle.

– To ty tak sobie wmówiłeś!

– Nie wmówiłem sobie tego i wczorajszy dzień tylko tego dowiódł! – Obelix podniósł głos. – I przestań drążyć ten temat!

– Jak sobie życzysz. Ale nie chcę więcej widzieć, jak się upijasz, mając obok oddaną kobietę, a której wsparcia nie chcesz przyjąć. I lepiej wydobrzej na dzisiejsze przyjęcie zaręczynowe Nessy i Nikodiksa.

Obelix opuścił ramiona i oparł czoło o dłoń.

– To wykluczone. Nie zamierzam więcej się pokazywać w towarzystwie.

– Tak? I wszyscy mają tam biesiadować, żebyś mógł w spokoju znów się urżnąć? Ani mi się śni!

– I co ja miałbym tam robić?

– Jak to w twoim stylu, Obeliksie. Przywitasz się grzecznie i najesz. Przecież nie musisz z nikim rozmawiać, jeśli nie masz ochoty. Ale weź pod uwagę, że wcześniej potwierdziłeś swoją obecność. Odmawiając w ostatniej chwili, zachowałbyś się, delikatnie mówiąc, nieładnie.

Obelix pochylił ciało jeszcze bardziej, jakby nie mogąc znieść zaistniałej sytuacji. Zacisnął zęby i mruknął pod nosem:

– Skoro tak, to pójdę. Ale już nigdy więcej nie przyjmę od nikogo żadnego zaproszenia.

***

– Livio, zostaw w końcu te gary… Poradzę sobie ze wszystkim.

Bliska załamania Aira siedziała, podpierając się o stół i obserwując z bezsilnością, jak Livia ucierała kaszę z przyprawami w glinianej misie.

Dziewczyna, choć wciąż nie w pełni zdrowa, a w dodatku roztrzęsiona po ubiegłym dniu, uśmiechnęła się słabo do staruszki.

– Spokojnie, Airo. Teraz zrobię dla nas posiłki na zapas, bo mam trochę wolnego czasu, a później obie będziemy miały spokój.

– Nie mam już sił przedzierać się przez twój upór – rzekła Aira ze szczerym żalem. – Martwię się o ciebie. Wciąż jesteś w złym stanie i w ogóle się nie oszczędzasz.

– Obiecuję, że odpocznę. Dokończę tylko to, co zaczęłam.

Tego dnia prace w warsztacie miały zacząć się dużo później z uwagi na przygotowania Nessy do przyjęcia zaręczynowego. W dodatku w ostatnim czasie kobietom udało się wykonać więcej pracy niż zwykle. Kiedy Livia skończyła przyrządzanie jedzenia, od razu zaczęła przygotowywać się do wyjścia.

Ciężar przeżyć minionego wieczoru sprawił, że poczuła nowy przypływ determinacji. Obelix wyrządzał sobie coraz większą krzywdę, odcinał się od przyjaciół, od niej, popadał w nałóg, a ona sama już wiedziała, że jej tęsknota staje się nie do zniesienia. Ot tak miało się to skończyć? Zwyczajnie nie mogła uwierzyć w to, że jego zwierzenia i to wszystko, co dla niej robił, miały stać się nagle bez znaczenia.

Długo błądziła, zanim odzyskała poczucie własnej tożsamości. I stało się to zupełnie nieoczekiwanie, w całkowicie obcym miejscu. Bo jej dusza znalazła ukojenie i poczucie bezpiecznej przystani dzięki jednemu niezwykłemu mężczyźnie. Teraz wiedziała, że kochała go, zanim jeszcze potrafiła to nazwać. Że mogłaby poświęcić wszystko, byle czuć przy sobie jego obecność.

Powzięła stanowcze postanowienie, że jeszcze przed warsztatem pójdzie do Obeliksa i ostatecznie się z nim rozmówi. Będzie to swego rodzaju wszystko albo nic, ale nie mogła dłużej pozostawać bierna wobec tego, co wymykało się spod kontroli.

– Pójdę już, Airo – oznajmiła.

– Widzisz to, Livio? – Aira wskazała na miejsce uszkodzonego przez pożar sklepienia. Otwór był szczelnie załatany dzięki pomocy zaprzyjaźnionych mieszkańców, o którą poprosiła Aira. – Poradziłyśmy sobie już z najgorszym. Nie wywieraj już na sobie presji. Wszystko odbuduje się pomalutku.

Livia pokiwała głową, czując ukłucie smutku. Od przedwczoraj, odkąd naprawiono sklepienie, Aira przypomniała jej już o tym trzeci raz. A może po prostu wyrażała w ten sposób, jakie to było dla niej istotne…

– Wiem, Airo. Jednak dziś nie mam już zbyt wiele pracy. Wyjdę wcześniej i przejdę się spokojnie. Nawdycham się świeżego powietrza. Dobrze mi to robi.

Aira pokręciła głową, wpatrując się w nią z zatroskaniem.

– Jesteś taka podobna do mojej Lanis… Ten sam upór, ta sama zawziętość… Och, dziecko drogie, jak ja się o ciebie martwię.

Livia objęła ją za szyję.

– Będę na siebie uważać. Obiecuję.

Tego dnia na zewnątrz było już znacznie jaśniej i cieplej, choć ziemia pozostawała wilgotna i miejscami błotnista. Jeszcze przez jakiś czas po opuszczeniu chatki, idąc prostą ścieżką, Livia czuła za sobą spojrzenie Airy. Gdy już była pewna, że wyszła poza zasięg jej wzroku, raptownie przyspieszyła kroku. Czuła w sobie jakąś nową siłę.

Minęło zaledwie kilka chwil, kiedy niedaleko siebie usłyszała starszy, męski głos.

– Livio… czy dobrze pamiętam?

Ujrzała nadchodzącego z naprzeciwka człowieka, który wydał jej się znajomy. Był stosunkowo niewysokim, lekko pulchnym Galem. Miał jasny, odrobinę posiwiały zarost. Zwolniła kroku i skinęła głową.

– Tak. – Przyjrzała mu się uważniej. – To pan jest ojcem Falbali, dobrze kojarzę?

Mężczyzna przytaknął.

– Plantaquatix we własnej osobie. Słyszałaś o kolejnych dobrych wieściach?

Livia pokręciła głową. Nie była nastawiona na przyjazne pogawędki. Niecierpliwiła się, ale pozwoliła mężczyźnie dojść do słowa.

– Podobno są już na tropie naszego wodza.

– Czy żyje? – spytała z powagą.

– Tak sądzimy. – Zmrużył lekko powieki. – I jeśli ktoś wie coś więcej, rozsądniej byłoby, gdyby powiedział to teraz. Zanim sami dojdziemy do prawdy.

Dziewczyna poczuła, jak napinają jej się barki. Chcąc odpowiedzieć, w pierwszej chwili zacięła się wpół słowa.

– Tylko… nie rozumiem, w czym ja mogłabym tutaj pomóc.

Plantaquatix uśmiechnął się gorzko.

– W każdym razie prawda prędzej czy później wychodzi na jaw. U nas zawsze wychodzi.

Livia poczuła, jak przenika ją zimno. Zacisnęła wargi i spytała zdecydowanie:

– Więc czego pan ode mnie chce?

– Ja? Niczego, niczego… Tylko rozmawiamy. – Wzruszył lekko ramionami. – I tak sobie myślę… Dziwne czasy nastały. Obelix stracił swoją siłę, wódz Asparanoix zniknął…

– Wódz zniknął, bo własna społeczność niemal go zaszczuła – odpowiedziała bez wahania.

– My nie robimy takich rzeczy, dziewczyno. – Głos mężczyzny wyraźnie przycichł. – A już na pewno nie spiskujemy przeciwko naszemu własnemu wodzowi.

Jego spojrzenie pozostawało pozornie spokojne, choć miało w sobie coś przeszywającego. Kiedy zbliżył się do Livii o jeden, a potem o drugi krok, serce na moment w niej zastygło. Dotąd nie spuszczała z niego wzroku. Teraz poczuła, jak jej oczy zaczynają błądzić gdzieś w przestrzeni. Mimo to przybrała twardy wyraz.

– Proszę mnie przepuścić.

Plantaquatix odsunął się tylko odrobinę, robiąc jej przejście. Livia minęła go szybkim krokiem.

– Nie ma za co – powiedział za nią. – Rzymska dziewczyno z Germanii… – dodał.

Livia zacisnęła zęby, lecz nawet się nie odwróciła. Czym prędzej ruszyła dalej w kierunku swojego celu.

W końcu stanęła przed chatką Obeliksa. Wpatrywała się w drzwi, próbując uspokoić oddech.

„Teraz albo nigdy” – pomyślała.

Obelix, usłyszawszy zdecydowane pukanie do drzwi, bardzo niechętnie wstał, by je otworzyć. Wzrok Livii zatrzymał się na jego twarzy.

– Po co przyszłaś? – spytał ostrożnie, jakby z obawą przed jej konsekwencją.

– Musimy porozmawiać – odpowiedziała stanowczo i weszła do środka, zanim zdążył zaprotestować.

Spojrzała mu prosto w oczy, a jej głos brzmiał spokojnie i poważnie.

– Co się z nami stało, Obeliksie?

Obelix odwrócił wzrok i westchnął ciężko.

– Nie powinnaś tutaj być.

– Nie chcę słuchać kolejnych twoich wykrętów, rozumiesz? – Ton Livii nabrał intensywności. – Jesteś w błędzie, jeśli myślisz, że tak nagle zapomniałam, co mówiłeś o swoich uczuciach. A jednak od czasu nawrotu choroby nie odwiedziłeś mnie ani razu. Ani razu!

Oczy Obeliksa wyrażały coraz większy ból, ale nie wchodził jej w słowo.

– A ja czekałam na ciebie… Nawet nie pytałeś, jak się czuję… – Pokręciła głową, czując, jak przechodzi ją zimny dreszcz. – Jeszcze niedawno było to do ciebie zupełnie niepodobne. Powiedz, dlaczego? Dlaczego tak się ode mnie odciąłeś i co się z nami stało?

– Livio… – zaczął niepewnie, tłumiąc głos, ale po chwili starał się już brzmieć twardo. – To już nie ma znaczenia. Ja… ja nie jestem już tym Obeliksem, którego poznałaś.

– Przestań mówić w ten sposób! Wciąż jesteś tym samym Obeliksem, którego pokochałam, i to się nigdy nie…

– Skończ, proszę, Livio – wszedł jej obronnie w słowo, trzymając się za głowę.

Kiedy spojrzał jej w oczy, ona znieruchomiała, ale wciąż widać było w niej tę niezłomność przebijającą się jednocześnie przez jej kruchość i delikatność. Rozczulało go to i jednocześnie pociągało. Bijąc się z własnymi myślami, zacisnął powieki i nerwowo wydusił z siebie:

– Nie, nie chciałbym ci tego robić!

Livia, otworzywszy szeroko oczy, zastanawiała się przez chwilę, czy brzmiało to bardziej jak groźba, czy jak żal.

– Czego nie chciałbyś mi robić? – spytała, zastygając w napięciu.

Ale Obelix nie odpowiadał. Odwrócił się tylko od niej, opierając się o próg drzwi i ciężko oddychając.

– Czego nie chciałbyś mi robić?! – powtórzyła o wiele dosadniej.

– Nieważne! – odpowiedział gwałtownie, przez ściśnięte gardło. – Po prostu wszystko się zmieniło i już nigdy się nie odmieni.

Livia czuła, jak coraz bardziej targają nią emocje, a łzy napływają do oczu.

– A więc to było kłamstwo? – spytała spokojnie, ale po chwili zaczęła mówiła z coraz intensywniej. – Że mnie kochasz, że chcesz, żebym już nigdy nie zniknęła? Ja ci uwierzyłam. Wyprowadź mnie z błędu, jeśli trzeba!

Obelix nie odpowiadał.

– Odpowiedz mi! – zawołała.

Zauważyła, jak jego ciało zaczyna drgać. Pomyślała, że Obelix się łamie. Nabrała powietrza i mocno ściszyła głos, który nabrał łagodności i czułości.

– Proszę, Obeliksie… Odpowiedz mi…

Jego ciało zaczęło się trząść jeszcze wyraźniej. Zaczął kręcić głową.

To był ten moment, kiedy postanowiła zaryzykować wszystko albo o nic. Ruszyła ku niemu. Już była gotowa przytulić go mocno.

– Obeliksie, jak bardzo ja cię ko…

Jednak gdy tylko wyczuł jej zbliżający się dotyk, nagle stracił kontrolę nad swoimi emocjami.

– Przestań! – krzyknął, aż jego głos odbił się echem od ścian. Spojrzał na twarz Livii ostrym wzrokiem, jak nigdy wcześniej. – Czy nie rozumiesz? Nie masz już czego u mnie szukać! – wykrzyczał, aż cała jego twarz zadrżała.

Twarz Livii w jednej chwili zastygła i pobladła. Przez chwilę patrzyła tylko na niego i milczała. Powoli odwróciła się i wyszła, zamykając drzwi za sobą.

Idąc do warsztatu, nie czuła nic, jakby brutalnie pogrzebane wszelkie nadzieje i marzenia zabrały ze sobą całe życie z jej duszy. Jej serce było teraz jakby skute lodem.

Kiedy znalazła się w zakładzie, jej znajome od razu zwróciły uwagę na to, że Livia nawet się nie przywitała. W niczym nie przypominała już dobrej, wrażliwej i przyjaznej osoby, jaką dała się od początku poznać. Każda, która na nią spojrzała, przerażała się tą potworną zmianą.

Edana, wyczuwając jej zimną, sztywną aurę, zachowywała wobec niej bezpieczny dystans, jednak Nessa w pewnym momencie zbliżyła się do niej ostrożnie, jakby wierzyła, że może jej pomóc.

– Livio, kochana, wyglądasz dziś jakby inaczej… – zaczęła pogodnie, choć z pewną dozą nieśmiałości.

Wtem Livia poczuła, jak coś w niej narasta. Czuła, jak budzi się w niej gniew. Gniew na cały świat. Nessa zawahała się jeszcze chwilę, po czym dodała:

– Mam… mam nadzieję, że pojawisz się na dzisiejszym przyjęciu.

Livia spojrzała na nią spod zmrużonych powiek, a jej oczy zdawały się miotać piorunami.

– Zostaw mnie w spokoju – syknęła takim tonem, że Nessa poczuła, jakby przebiło ją na wylot jakieś ostrze. Zaniemówiła i cała zesztywniała. Wycofała się szybko z jej pola widzenia.

Nessa wyszła dużo wcześniej, aby uszykować się na przyjęcie, choć jej entuzjazm został skutecznie ostudzony. Przez dłuższą chwilę dochodziła do siebie po doznanym szoku.

Kiedy Livia wypełniła już swoje obowiązki, nie wkładając już w nie ani odrobiny serca, a wykonując wszelkie prace czysto schematycznie, wyszła.

Przemierzała alejki, a instynkt jakby prowadził ją w stronę wyznaczonego wcześniej przez Nessę rejonu, jednak nie zwróciła na to w ogóle uwagi. Wszelkie emocje poza gniewem były doszczętnie wypalone. Bezpieczna przystań runęła. Czuła się, jakby nie miała już nic. Ani miłości, ani domu, ani rodziny, ani własnej tożsamości.

Kiedy mijała szereg wozów pozostawionych przy drodze, nagle dostrzegła idącego w przeciwną stronę Asteriksa. Na jego widok coś w niej drgnęło, choć nie była w stanie dokładnie określić, co.

– Livio! – zawołał w jej stronę.

– Asteriksie… – powiedziała beznamiętnie. – Nie wiedziałam, że cię tu znajdę.

Asterix uśmiechnął się delikatnie, choć jego oczy wyrażały troskę.

– Przyjęcie zaręczynowe Nessy już trwa. O ile mi wiadomo, ty też jesteś zaproszona.

Pod wpływem jego łagodnego, życzliwego głosu poczuła, jak coś odpędza jej gniew, zostawiając głęboką pustkę. Asterix zawsze był dla niej troskliwy i opiekuńczy. Nie zasługiwał na to, by się na niego złościć. Przez moment Livia czuła się jakby była w połowie martwa. Po krótkiej chwili ta głęboka pustka stopniowo zaczęła się wypełniać czymś zupełnie innym.

– Czy jest tam Obelix? – spytała cicho, z pozornym spokojem.

– Tak.

Livia odwróciła się bokiem.

– Nie mogę tam iść – powiedziała z oczami wbitymi w ziemię. Jej serce nagle przyspieszyło. Ogarnął ją lęk. Poczuła, jak nadciąga w niej jakaś lawina.

Asterix spojrzał na nią zdziwiony.

– Dlaczego?

Pytanie było z pozoru proste, jednak Livia zaczęła drżeć. Jej oddech coraz bardziej przyspieszał, a w oczach zaczęła pojawiać się panika.

Widząc, jak dziewczyna chwyta się za pierś i z trudem łapie oddech, jakby chcąc powstrzymać jakąś eksplozję, zbliżył się i już miał chwycić ją za barki, kiedy nagle Livia wybuchła płaczem. Płaczem tak gwałtownym i przenikliwym, że Asterix cofnął się zszokowany o krok. Nigdy wcześniej nie widział jej w takim stanie. Nawet podczas ich pierwszego spotkania, kiedy to w panice uciekała przed legionistami.

– Asteriksie, kochany, pomocy, ratuj! – zawołała, kuląc się i chwytając za głowę.

Asterix natychmiast zaprowadził ją za jeden z przydrożnych wozów, by uchronić ją przed spojrzeniami innych.

– Nie, nie, Livio, tylko nie to… Uspokój się! Co się dzieje?! – wołał desperacko, nie ukrywając przerażenia.

Livia oparła się przodem o powóz, przylegając do niego ciałem, a jej szloch coraz bardziej wymykał się spod kontroli.

– Tak się ubrudzisz… – wyjąkał Asterix niepewnie. – No dobra, chodź tu. – Odciągnął ją od powozu i przyciągnął do siebie. – Co ci jest, na Teutatesa?

Livia schowała twarz w jego ramieniu i nabrała kilku drżących wdechów, próbując odzyskać kontrolę nad głosem.

– Kocham go, Asteriksie… I już nie wiem, co robić, jak żyć… Próbowałam. Naprawdę próbowałam uświadomić Obeliksowi, jak wiele dla mnie znaczy! – Uniosła z trudem głowę i spojrzała na twarz Asteriksa, który zupełnie zaniemówił. Po chwili wstrzymała w sobie kolejną lawinę płaczu, aby słowa mogły popłynąć razem z jej myślami. – Kocham go, ale boję się, że wszystko pogorszyłam. Zawiodłam. Nie potrafię pomóc… – Urwała, by przełknąć ślinę i nabrała kilka razy powietrza. – On mnie odtrąca, a ja coraz bardziej jestem przekonana, że lepiej będzie dla niego, gdybym… jakbym jednak zniknęła… jakbym przestała istnieć… Może powinnam…

– Livia, zastanów się! Czy ty wiesz, co mówisz? – Zacisnął karcąco palce na jej ramionach.

– Robiłam tak, jak radziła Aira – kontynuowała. – Nie okazywałam współczucia, próbowałam rozmawiać normalnie. Potem… – W jej głosie znów wybrzmiała rozpacz. – Potem chciałam przekonać go… chciałam powiedzieć… Nie mogę… Za każdym razem to boli coraz bardziej… – Opuściła znów głowę na jego bark. Bezwładnie i ciężko. – On krzywdzi siebie, popada w nałóg, a ja? Ja tylko mogę patrzeć, jak cierpi… Nie wiem, co robić. Nie mam już sił…

Asterix, mimo że sam wcześniej zastanawiał się, czy Obelix nie ma racji w swojej ocenie uczuć Livii, teraz wyraźnie widział, że to zdecydowanie nie są tylko troska i współczucie. Położył dłonie na jej plecach, próbując ją uspokoić, choć z obawą, że może być w tym nieudolny.

– Obelix jest uparty jak osioł, odkąd tylko pamiętam – powiedział z goryczą w głosie.

– To prawda! Wiem, że to prawda! – jęknęła przez łzy. – Próbowałam jakoś z tym żyć, normalnie funkcjonować, ale nie daję już rady. Już nie mogę!

– W porządku, Livio – rzekł, obejmując ją mocniej. – Na pewno z nim porozmawiam. Spróbuję go jakoś otrzeźwić.

– Już próbowałeś… Ja też, ale dziś Obelix… – z trudem usiłowała odzyskać panowanie nad oddechem. – …powiedział mi: „Nie masz już czego u mnie szukać”.

Asterix poczuł, jak wzbiera się w nim złość.

– To było niedopuszczalne. Co za idiota… – szepnął przez zaciśnięte zęby.

Stał jeszcze przez chwilę, obejmując ją. Gdy płacz Livii zaczął pomału się wyciszać, Asterix spojrzał na nią, ujął jej dłonie i mrugnął do niej.

– Teraz Obelix siedzi tam u Nessy na uboczu, zupełnie nieobecny myślami. Dasz wiarę, że nawet nie chce nic zjeść?

Wtem Livia złapała się za pierś i zaczęła kasłać. Najpierw cicho, a potem zaniosła się kaszlem tak silnym, że Asterix przejął się nie na żarty.

– Dziewczyno, co to za okropny kaszel! – Chwycił ją za ramiona. – Co się dzieje, na Odyna?! – Spanikował, gdy kaszel przerodził się w coś, co przypominało duszenie się.

Serce Livii waliło, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Nie mogąc złapać tchu, w jej oczach pojawił się strach. Zakręciło jej się w głowie i zanim upadła, Asterix złapał ją.

– Musimy iść w tej chwili do Panoramiksa – powiedział z determinacją w głosie, podtrzymując ją.

– O nieba… – jęknęła na przydechu, jakby z bólu, gdy w końcu udało jej się zaczerpnąć więcej powietrza do płuc.

– Panoramix ci pomoże – powiedział stanowczo, mocniej ją chwytając. – A potem porozmawiam z tym wielkim głupcem.

Livia, ledwo przytomna, z początku chciała stawiać mocniejsze kroki, ale w tym momencie serce kołatało jej boleśnie, a ona sama tak osłabła, że w końcu oparła się całkowicie na Asteriksie. W drodze do druida, spanikowana, zastanawiała się, co się z nią dzieje.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania