Inne kolory życia - część XXVII
27/28 września, 2011 roku, Morowo
Godz. 3:00
Kostnica przyszpitalna w Morowie mieściła się w budynku specjalnie do tego wybudowanym zaraz po wzniesieniu najstarszego ze skrzydeł szpitala. Budowla na planie prostokąta zatraciła jednak swój pierwotny charakter po modernizacji na początku dwudziestego pierwszego wieku. Gruntowne obdarcie prosektorium z oryginalnej wizji architekta było zapewne głównym zadaniem ekipy budowlanej. Zrzucono stary dach, kryty dachówką, uproszczono go likwidując stożkowy wygląd, zamieniając w coś do przesady nudnego i funkcjonalnego. Ludzie śmiali się że kostnica wygląda po modernizacji jak drogi gołębnik. Blacha, którą wtedy położono, już rdzewiała, a elewacja straciła blask. Do tego trzeba dołożyć podpisy różnej maści grafficiarzy. W jednej z wysuwanych szuflad od kilku godzin spoczywało ciało Felicjana Czerwińskiego. Oprócz niego w innych szufladach znajdowały się jeszcze dwa ciała, oba o wiele starsze niż syn Czerwińskich. Koło trzeciej w ciemności i ciszy zamarłego miasta rozległ się dźwięk silnika. Jakieś auto przejechało ulicą Sienkiewicza, przy której stało prosektorium. Kierowało się w stronę obwodnicy miasta, ale nie dotarło do niej. Skręciło w boczną uliczkę prowadzącą na plac z budami handlowymi. Zaparkowało przed bramą wjazdową. Ze środka wyszło dwoje ludzi, ubranych na czarno, w kominiarkach. Jedno z nich otworzyło bagażnik i wyjęło z niego kanister. Musiał swoje ważyć, bo z trudem przekazała go swemu wspólnikowi. Ten wyglądał na niewzruszonego wagą pakunku. Skinęli sobie głowami i odeszli od auta, kierując się uliczką w stronę Sienkiewicza. Po obu stronach znajdowały się dwa duże drewniane domy wielorodzinne, zaadaptowane pod mieszkania komunalne, głównie dla eksmitowanych z blokowiska. Standard życia był w nich marny, ale przynajmniej na głowę nie kapało. Ludzie nie zapuszczali się tutaj o zmroku, szczególnie latem. Można było oberwać w łeb za nic, czasami obudzić się ze złamaniem. Element nie stwarzał pozorów, nie przyjmował do wiadomości konieczności resocjalizacji.
Przeszli przez ulicę na drugą stronę i skręcili w lewo. Od kostnicy dzieliło ich najwyżej sto metrów. Szli wolno, spokojnie. W oddali zamajaczyły reflektory jakiegoś auta.
– Boże, zobaczy nas – odezwał się kobiecy głos. Należał do niższej z dwóch postaci odzianych na czarno.
– W bok – powiedział męski głos.
Oboje wbiegli w zarośla rosnące przy chodniku. Kiedy samochód zniknął na obwodnicy, wyszli i podeszli do prosektorium.
Mężczyzna wyjął z kieszeni klucz do drzwi. Przekręcił zamek i wszedł do środka.
– A kamery, a alarm? – pytała zdenerwowana kobieta. Już nie udawała. Była śmiertelnie przerażona.
– Omówiliśmy to przecież. Wszystko jest w porządku. Kamer i alarmu nie ma.
– Ale…
– Daj pracować – uciszył wspólniczkę.
Wnętrze kostnicy wyglądało zwyczajnie. Wchodziło się do przestronnej sieni. Po lewej było miejsce na ubrania personelu, po prawej dwa niewielkie pomieszczenia: toaleta i kanciapa dla personelu. Dalej znajdowało się pomieszczenie właściwe ze stołem na środku. Kobieta zaświeciła latarką.
– Gdzie on…
– Musimy szukać – powiedział mężczyzna. – Ja się tym zajmę.
Jako jedyny miał rękawiczki. Zaczął wysuwać kolejne szuflady w poszukiwaniu celu. Powiodło się za piątym razem.
Kobieta tymczasem oparła się o ścianę i załkała cicho. Była blada. Oddychała szybko, co chwila łapała się za pierś.
– Nie, przestań – powiedziała, kiedy zaczął wysuwać piątą, właściwą szufladę. – Nie mogę, nie chcę widzieć.
Podszedł do niej, złapał za ręce.
– Musisz, nie ma innego wyjścia. Nikt nam nie pomoże. Żadne układy, koneksje. Tylko w ten sposób możemy go uratować.
Zaprowadził ją do szuflady, którą wysunął do końca. Zdjął okrycie z ciała. Zobaczyła jego twarz, spokojną, niezgorszoną bólem, cierpieniem, złością. Może tylko kąciki ust lekko zapadnięte świadczyły, jakby nad czymś się zafrasował. Ale to drobiazg. Tak naprawdę wyglądał jakby spokojnie spał, w końcu była noc.
– Nie dotykaj – powiedział surowo mężczyzna.
Poszedł po kanister, który odstawił z boku, przy ścianie.
– A może… – Kobieta zawahała się. Otarła łzy i spojrzała na wspólnika.
– Nie możesz mieć wątpliwości. Nie możesz – odparł.
– Zabierzmy go. Proszę.
– Nie możemy, nie taki jest plan.
Spojrzał na zegarek. Piętnaście po trzeciej.
– Błagam. – Ścisnęła go za przedramię.
Widział w jej oczach przerażenie i bezsilność. Nie chciał ich widzieć, nie teraz. Ale zobaczył.
– Mamy w ogóle szansę? – zapytał.
Pokiwała głową.
– Idź po auto. Podjedź pod wejście. Z bożą pomocą się uda, nikt nie zauważy.
Szedł szybkim krokiem. Przekroczył jezdnię i skręcił w uliczkę. Tam już biegł. Otworzył drzwi kierowcy, wsiadł na miejsce i przekręcił kluczyk. Silnik zaskoczył pewnie. Zdołał bez problemu zawrócić. Zatrzymał się, kiedy jakieś auto przejeżdżało ulicą Sienkiewicza. Nie zapalił reflektorów, na szczęście. Kiedy wyjeżdżał z uliczki, spojrzał w stronę blokowisk pobliskiego osiedla. Wszystkie okna ziały czernią. Bał się, że ktoś ich stamtąd zauważy. Mieszkańcy mieli wprost idealny widok na całą arterię, prosektorium i przychodnię niedaleko.
Podjechał pod prosektorium i nie gasząc silnika, otworzył bagażnik i wszedł do budynku. Kobieta czekała wystraszona. Owinęli ciało prześcieradłem.
– Mocno trzymaj – uprzedził ją.
Z trudem przenieśli Felka do auta. Zapakowali do bagażnika. Kiedy zamykał klapę, usłyszeli klakson. Jakieś auto jechało od strony obwodnicy. Widziało ich, kierowca podejrzewał zapewne, co kombinują.
– Wsiadaj! – krzyknął mężczyzna.
Koła zabuksowały. Auto ruszyło z piskiem w stronę ronda. Na nim skręciło w prawo i pognało ulicą Grunwaldzką. Zostawili otwarte prosektorium, a w nim kanister z benzyną.
Kierowca ziemnej Mazdy nie dawał za wygraną. Co chwila doganiał ich auto, ale wtedy mężczyzna dodawał gazu i przez moment wydawało się, że zdołają uciec. Za Morowem skręcili w lewo. Znał tę okolicę dobrze. Liczył, że tamten o wiele mniej.
– Boże, jedzie, ściga nas! – wyła przerażona kobieta.
– Zostawiłem kanister w kostnicy.
Na te słowa wspólniczka zbladła i rozpłakała się.
– Znajdą nas, prawda?
Spojrzał na nią z litością. Nie miał ochoty się wydzierać. Przecież to nic nie da. Muszą jeszcze dokończyć, co zaczęli. Potem już wszystko będzie nieważne.
– Zrobimy to – powiedział. – A jeśli Pan nasz zechce, oddali ten kielich, Bogusiu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania