Inne kolory życia - część XXVIII
28 września, 2011 roku, Złorzewo, Hanna Tuszyńska
Rynek w Złorzewie był jednym z ostatnich w powiecie, gdzie zieleń dzielnie trzymała straż nad jego wystrojem. Wysokie, utrzymane drzewa porastały środkową część, którą zaadaptowano na urokliwy skwer ze ścieżkami i ławkami odmalowywanymi co wiosnę. Częściowo drewniana zabudowa w niektórych mniejszych uliczkach wychodzących z rynku dopełniała sielskości tego miejsca. Pod koniec września złota jesień wdzierała się tu coraz mocniej, spychając zieleń na drugi plan.
Hanna przejechała przez rynek, co po fakcie uznała za głupotę. Wokoło roiło się od ludzi. Ale z drugiej strony, skąd mogliby wiedzieć, że kogoś potrąciła w Morowie? Chyba nieco przesadzała. Paranoja mąciła jej w głowie. Spokojnie jechała dalej. Praktycznie na samym końcu miasta skręciła w jedną z osiedlowych ulic. Cztery niewysokie bloki stojące po obu jej stronach wyglądały jak za dawnych lat. Nie była w tej okolicy od ładnych paru wiosen. Parkingi nadal zionęły brzydotą tak jak zaniedbane garaże obok. Ławki przy alejkach miały odrapane oparcia i sowicie obsrane siedziska. Podeszła do bloku numer trzy. Przycisnęła chromowane kółko przy szóstce na domofonie i czekała. W międzyczasie dwójka dzieci przebiegła ile sił w nogach za jej plecami. Jeden z chłopaków na końcu mety zachwiał się i wylądował w żywopłocie. Nieźle się poharatał, ale udawał twardziela.
– Kto tam? – padło pytanie.
– Hanka – odparła kobieta.
Usłyszała zgrzyt informujący, że można otworzyć drzwi. Weszła na klatkę. Pachniało bigosem i pomidorową, do tego panował zaduch i półmrok. Ściany pomalowano dwoma odcieniami ciemnego turkusu. Małe okienka mające doświetlać półpiętra na nic się zdawały, bo postawiono na ich parapetach donice z kwiatami o rozłożystych liściach. Hanna weszła na trzecie piętro. Na drugim potknęła się o rower stojący przy drzwiach do jednego z mieszkań. Usłyszała stamtąd długą serenadę bluzgów.
– Znowu ktoś się wpierdolił w tego twojego rupiecia – powiedział oskarżająco męski głos. Po nim nastąpiła cisza.
Nie zdążyła zapukać. Zuza już stała w progu z uśmiechem od ucha do ucha.
– Ale mi niespodziankę zrobiłaś – powiedziała. – Wejdź.
Zuzanna była niewysoką brunetką o piwnych oczach i lekko zadartym nosie. Jak zawsze ubrana w golf i proste dżinsy wskazała Hannie, aby weszła do salonu po lewej.
– Kawy czy herbaty? – zapytała, odchodząc.
– Herbatę, jestem wystarczająco pobudzona – stwierdziła Hanna.
Dawno nie przebywała w mieszkaniu Zuzki. Ostatnio może z sześć lat temu. Zwykle dzwoniły do siebie, spotykały się na mieście albo po prostu miały epizody totalnego milczenia. Ale lubiły się.
Salon był przestronny z balkonem wychodzącym na pola za blokowiskiem. Z trzeciego piętra miało się bardzo dobry widok. Kobieta usiadła w jednym z dużych, kremowych foteli po prawej stronie.
Zuza wróciła niedługo. Postawiła na stoliku herbatę dla Hanki w kwiecistym kubku. Sama sączyła powoli rozpuszczalną z białej filiżanki.
– Nie spodziewałam się – zaczęła. – Może to głupio zabrzmi, ale tak teraz myślałam, stało się coś?
Hanna była pełna podziwu dla instynktu koleżanki. Zawsze wiedziała, że coś się święci. Była tą rozsądniejszą, najwyraźniej.
– Jakbyś zgadła – odparła Hanna. – Miałam ciężki dzień. W zasadzie to mało powiedziane. Jest okropny!
– A więc opowiedz mi, z czym przychodzisz.
Hanna spojrzała na Zuzę zdziwiona. Jej ton głosu zmienił się. Teraz był oschły, podobnie jak kiedy odezwała się przez domofon. Wcześniej Hanna nie zauważyła tego. Uznała… czy w ogóle coś uznała?
– Ja…
– Masz tupet, wiesz?
– Zuza, o czym ty…
– Przychodzisz bez zapowiedzi, po tym jak nie odbierałaś w ogóle telefonów. Dzwoniłam, puściłam ci z dziesięć esemesów. Ale ty milczałaś, jak zawsze w takich okolicznościach. No i proszę, jesteś u mnie, jakby nigdy nic.
Dopiero teraz dotarło do niej, że weszła do paszczy lwa. Od miesiąca nie utrzymywała kontaktów z Zuzką. Jakoś nie miała ochoty z nią gadać, spotykać się. Usuwała połączenia, nie odpowiadała na wiadomości. Nie sądziła, że tamto potrącenie może tak na nią zadziałać. Kompletnie straciła głowę do wszystkiego. Przez całą drogę myślała, tylko żeby dotrzeć bezpiecznie do Zuzy. A teraz?
– To nie tak. Miałam sporo na głowie.
Zuzanna zaśmiała się z politowaniem.
– Ty zawsze masz coś na głowie, aż tyle że odpisanie na jedną chociaż wiadomość to już problem.
– Potrąciłam dzieciaka, nastolatka, rozumiesz? I uciekłam z miejsca zdarzenia.
– Straciłaś rozum!
Zuza wstała z fotela i podeszła do okna.
– Co ty sobie myślałaś? Tak jak wtedy, kiedy przy Rosie punto o mało cię nie rozjechało? Nigdy nikogo nie słuchasz.
Hanna spojrzała na kubek. Był błękitny jak niebo w letni dzień. Kilka małych odprysków przy uchu nie robiło żadnego problemu.
– To był wypadek. Wszedł mi na maskę! Nic nie mogłam zrobić.
Zuza odwróciła się w jej stronę.
– Znając ciebie, było dokładnie odwrotnie. Muszę gdzieś zadzwonić.
Kobieta zniknęła w korytarzu, a potem zamknęła się w mały pokoju po drugiej stronie. Należał on kiedyś do córki, Mileny, ale odkąd dziewczyna poszła do ogólniaka, mieszkała w internacie. Rzadko przyjeżdżała do domu, nawet w weekendy. Zuzanna zaszła w ciążę szybko, miała jeszcze dorosłego syna. Hanna czasami zazdrościła jej dzieci, ale potem uświadamiała sobie, że ich relacja z matką wyglądała podobnie jak Hanki z Zuzą.
Wróciła po kilku minutach.
– Dzwoniłam do znajomego. Jest dziennikarzem w radiu Morowa, ma też kontakty w gazecie lokalnej. Na razie nie dostali żadnej informacji o potrąceniu nastolatka.
– Czy to znaczy, że…
– Może nic mu się nie stało. Mocno go walnęłaś?
– Nie pamiętam, to działo się zbyt szybko. Uderzyłam, to na pewno. A potem jakiś facet chciał mnie z auta wyciągnąć. Ale odjechałam.
– Było tam sporo ludzi? Gapiów?
– Tak, trochę było. Może widzieli rejestrację, na pewno ktoś zapamiętał.
Zuza upiła łyk kawy i znowu podeszła do okna. Lubiła przez nie patrzeć. Ten widok był jednym z powodów, dlaczego kupiła akurat to mieszkanie. Od piętnastu lat za oknem niewiele się zmieniło. Pole obrabiały po prostu większe traktory.
– Może tak, może nie. Ludzie mogli zająć się chłopakiem. W każdym razie na tę chwilę cisza. Nie ma sensu, żebyś u mnie siedziała.
Hanna spojrzała na koleżankę. Chciała coś powiedzieć, ale ta nie odwracała się. Nadal patrzyła przez okno.
– Mogę dopić chociaż herbatę? – zapytała.
– W ostateczności. Nie wiem, po co w ogóle przyszłaś. Nie pomogę ci.
– Teraz już to wiem. Dzięki za informację od tego dziennikarza.
Wstała, zostawiając kubek ze wciąż parującą herbatą na stoliku. Ubrała się i wyszła bez słowa.
Schodząc po schodach, czuła nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. Powinna tam wrócić. Była zła, na siebie, ale i na Zuźkę. Potraktowała ją zbyt surowo. Zawsze miały jakieś epizody ciszy. Potem jednak znowu rozmawiały i spotykały się ze sobą. Teraz Anka wystawiła ją do wiatru. No prawie. Informacja od tego dziennikarzyny była pomocna. Dawała nadzieję.
Wsiadła do auta, ale nie uruchomiła silnika. Siedziała i patrzyła na obskurne garaże naprzeciwko niej. Odpadający tynki, przerdzewiałe obicia blaszane drzwi i głębokie koleiny prowadzące doń. Zastanawiała się, czy ktoś już uszkodził swój samochód zwykłym wyjazdem z garażu. Wydawało się to prawdopodobne. Nagle usłyszała pukanie w boczną szybę. Przeraziła się nie na żarty. Aż podskoczyła na fotelu jak dzieciak. Zuza stała przy jej aucie.
– Mamy problem – powiedziała.
– Przecież nie chciałaś ze mną gadać.
– Do redakcji gazety przyszedł jakiś konował. Mówi, że widziała, jak potrąciłaś chłopaka i pamięta twoje numery rejestracyjne.
Hanna zbladła. Zobaczyła, jak jej lewa dłoń zaczyna się coraz mocniej trząść.
– Co teraz? – zapytała.
– Mój kolega powiedział mu, że jest jeszcze jeden świadek, że właśnie jedzie do redakcji, to oboje to wyjaśnią. To da nam czas na dojazd.
– Gdzie niby?
– Do radia.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania