Kroniki Elorien - Rozdział 25
Jasne — rozwinąłem ten fragment jako początek kolejnego, niemal finałowego rozdziału. Zachowałem ciągłość walki, zmęczenie Zhany i pozostałych oraz coraz większą przewagę magów, ale smoczyca nadal pozostaje groźna.
Atak trwał bez przerwy, a zbocze góry coraz mniej przypominało miejsce, w którym jeszcze niedawno znajdował się obóz. Wszędzie leżały połamane kamienie, fragmenty spalonych konstrukcji i porozrzucane szczątki namiotów, a pomiędzy nimi płonęły niewielkie ogniska, które z każdym kolejnym zaklęciem gasły albo przeciwnie – rozprzestrzeniały się na kolejne fragmenty wysuszonej roślinności. W powietrzu unosił się dym, popiół i zapach spalenizny, a ponad tym wszystkim raz po raz rozlegały się ryki smoczycy, coraz bardziej ochrypłe i pozbawione wcześniejszej potęgi. Nadal była straszliwa, nadal potrafiła jednym uderzeniem ogona odrzucić kilku ludzi, a jej fioletowy ogień wciąż mógł zabić każdego, kto znalazłby się na jego drodze, jednak różnica była już wyraźna. Smoczyca zaczynała słabnąć.
Widać to było przede wszystkim po jej ruchach. Wcześniej potrafiła zniknąć z pola widzenia niemal w jednej chwili, rzucić się na przeciwnika z niespodziewaną szybkością albo wzbić się wysoko w powietrze i zaatakować z góry, zanim ktokolwiek zdążył zareagować. Teraz każdy taki manewr kosztował ją coraz więcej. Jej kościste łapy ciężej wbijały się w ziemię, skrzydła poruszały się wolniej, a kiedy próbowała poderwać się wyżej, przez kilka sekund musiała walczyć z własnym ciężarem, jakby nawet magia podtrzymująca jej szkielet zaczynała odmawiać posłuszeństwa. Fioletowy ogień płonący pomiędzy kośćmi wciąż był intensywny, ale przestał być równomiernym blaskiem. Pulsował nieregularnie, raz przygasając, a chwilę później rozbłyskując gwałtownie, jak płomień lampy, w której kończy się oliwa.
– Jeszcze trochę! – zawołał Venegas.
Nie musiał nikogo zachęcać. Wszyscy widzieli to samo. Smoczyca cofała się. Jej ślepota nadal była poważnym utrudnieniem, a choć dzięki wyostrzonym zmysłom potrafiła wyczuwać obecność ludzi, nie była w stanie przewidzieć wszystkiego.
Największym problemem stała się dla niej Laeria. Dziewczyna wciąż unosiła się wysoko nad polem bitwy, a świetliste skrzydła za jej plecami wirowały i zmieniały kształt przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Nie przypominała już tej samej niepewnej adeptki, która jeszcze niedawno ukrywała przed wszystkimi, że nie potrafi się unieść nawet na kilka metrów. Teraz poruszała się po niebie z zadziwiającą swobodą, jakby całe życie czekała tylko na chwilę, w której będzie mogła to zrobić. Krążyła nad głową smoczycy, nieustannie zmieniając kierunek, a kiedy tylko dostrzegała okazję, uderzała. Nie musiała nawet trafiać bezpośrednio. Wystarczało, że skierowała skrzydło w odpowiednią stronę, a gwałtowny podmuch uderzał w smoczycę, zmuszając ją do zmiany pozycji. Czasami Laeria skupiała powietrze w cienką, niemal niewidzialną krawędź, która przecinała płaty mięsa i skóry pozostawione pomiędzy kośćmi. Innym razem tworzyła wir, który oplatał skrzydło smoczycy i utrudniał jej utrzymanie równowagi.
Smoczyca próbowała ją dosięgnąć. Kilka razy gwałtownie machnęła skrzydłem, próbując wyczuć położenie przeciwniczki po samym ruchu powietrza, ale Laeria była zbyt szybka. Innym razem bestia wzbiła się wyżej, lecz wtedy natychmiast zaatakowali pozostali magowie, zmuszając ją do obniżenia lotu.
– Tutaj! – krzyknęła Laeria.
Zheron nawet nie musiał patrzeć, aby wiedzieć, o co jej chodzi.
– Ziemia!
Trzy zaklęcia uderzyły niemal jednocześnie. Kamienne kolce wystrzeliły spod smoczycy, jeden po drugim, zmuszając ją do gwałtownego skrętu. Zamiast jednak całkowicie uniknąć ataku, zahaczyła jedną z tylnych łap o kamienną krawędź i straciła równowagę. Upadła ciężko na bok, a uderzenie zatrzęsło całym zboczem.
– Teraz! – krzyknął Venegas.
Kolejna fala zaklęć pomknęła w jej stronę. Magowie z twierdzy stali się główną siłą ofensywną. Ci, którzy jeszcze niedawno osłaniali odwrót do jaskiń, teraz bez przerwy zasypywali smoczycę kolejnymi zaklęciami. Jedni ciskali kamieniami, inni rozrywali ziemię pod jej łapami, kolejni uderzali wodą, a magowie ognia tworzyli wokół niej ściany płomieni, które nie miały jej zabić, lecz ograniczyć przestrzeń, w której mogła się poruszać. Magowie powietrza nieustannie zmieniali kierunek dymu i popiołu, aby utrudniać jej orientację, a jednocześnie pomagali Laerii utrzymywać się w powietrzu.
Kadir i Bram również wciąż walczyli, choć oboje wyraźnie oszczędzali siły. Ich rola zmieniła się w porównaniu z początkiem bitwy. Bram nie próbował już zatrzymać smoczycy ogromnymi ścianami ziemi ani ryzykować podejścia na odległość kilku metrów. Zamiast tego tworzył niskie bariery, podnosił kamienne tarcze i usuwał z drogi tych, którzy znaleźli się zbyt blisko jej pazurów. Kadir działała podobnie. Jej zaklęcia wodne były teraz krótsze i bardziej precyzyjne, ponieważ wiedziała, że nie może pozwolić sobie na wyczerpanie całej mocy. Tworzyła zasłony z wody, schładzała rozgrzane skały i odciągała ogień od rannych.
Bram ciężko dyszał, kiedy kolejny fragment skały roztrzaskał się tuż obok niego.
– Powiedz mi, że ona zaraz padnie.
Kadir spojrzała na smoczycę, po czym skrzywił się.
– Nie chcę kłamać.
– W takim razie powiedz cokolwiek pocieszającego.
– Nadal żyjemy.
Bram przez chwilę patrzył na nią bez słowa.
– Rzeczywiście. Niezwykle pocieszające.
Kadir uśmiechnęła się zmęczona, po czym ponownie uniosła ręce.
Nieopodal Zhana coraz częściej wycofywała się z pierwszej linii. Nie dlatego, że zamierzała przestać walczyć. Po prostu jej ciało zaczynało przypominać jej o wszystkim, co wydarzyło się wcześniej. Ból po starciu z demonem bykiem wracał przy każdym gwałtowniejszym ruchu, a mięśnie ramion drżały od wysiłku. Rana, którą wcześniej udało się częściowo zaleczyć, znów zaczynała dokuczać. Nie była poważna, ale po tylu godzinach walki nawet niewielki ból potrafił stać się czymś trudnym do zniesienia. Zhana przystanęła na chwilę, opierając dłoń na kolanie i próbując złapać oddech.
– Wszystko w porządku? – zapytał jeden z magów.
– Tak.
– Na pewno?
– Powiedziałam, że tak.
Wyprostowała się, choć nie było to łatwe. Kilka metrów dalej Lucien wyglądał tak, jakby zupełnie nie odczuwał zmęczenia. Oczywiście odczuwał. Widziałem to po sposobie, w jaki zaciskał palce na różdżce i po tym, jak nierówno oddychał pomiędzy kolejnymi zaklęciami. Problem polegał jednak na tym, że jego pewność siebie rosła szybciej niż zmęczenie.
– Lucien! Nie przesadzaj! – zawołała Zhana.
Nie odpowiedział. Uniósł ręce i posłał w stronę smoczycy kolejną kulę ognia. A potem następną. I jeszcze jedną. Płonące pociski rozbijały się o kościste ciało bestii, eksplodując fioletowo-pomarańczowymi rozbłyskami. Nie wszystkie trafiały, część przelatywała obok i uderzała w skały, ale kilka dosięgnęło celu.
– Lucien! – Zhana ponownie próbowała zwrócić jego uwagę. – Nie spal całej mocy na zwykłe kule!
– Działają!
– Nie działają tak, jak myślisz!
– Właśnie się cofa!
– Bo wszyscy ją atakują!
Lucien posłał kolejną serię. Zhana pokręciła głową, po czym odsunęła się jeszcze kawałek od głównej linii ataku. Tym razem nawet nie próbowała go zatrzymać. Była zbyt zmęczona, żeby wdawać się z nim w kolejną kłótnię, a przede wszystkim wiedziała, że w tej chwili musi zachować resztkę sił. Jeśli walka potrwa jeszcze długo, może się okazać, że będą potrzebne bardziej niż jego brawura. Lucien tymczasem coraz bardziej wierzył, że zwycięstwo jest już blisko.
I być może właśnie to było jego największym błędem. Smoczyca podniosła się z ziemi. Zrobiła to wolniej niż wcześniej, ale jednak się podniosła. Przez chwilę stała z pochyloną głową, wspierając się na przednich łapach, a następnie otworzyła paszczę. Fioletowy blask rozjarzył się pomiędzy jej żebrami i w głębi czaszki.
– Uwaga! – krzyknął Kadir.
Bram natychmiast wzniosł przed sobą kamienną tarczę. Kadir zrobiła to samo, tworząc przed sobą grubą warstwę wody. Smoczyca wypuściła ogień. Strumień uderzył w ziemię, rozrywając linię magów i zmuszając ich do gwałtownego rozproszenia. Bram zdołał osłonić dwóch stojących obok niego ludzi, ale fala gorąca była tak silna, że kamienna tarcza zaczęła pękać. Kadir utrzymała swoją barierę tylko przez kilka sekund, zanim ogień wyparował część wody i zmusił go do wycofania się.
– Bram! – krzyknęła Kadir.
– Żyję!
– To dobrze!
– Na razie!
Smoczyca zakończyła atak i zachwiała się. Jej głowa opadła, a z wnętrza szkieletu wydobyło się głuche, chrapliwe sapnięcie. Fioletowy ogień pomiędzy kośćmi przygasł niemal całkowicie, po czym ponownie rozbłysnął.
Venegas dostrzegł to natychmiast.
– Ona słabnie! – zawołał. – Nie dawać jej odpocząć!
Magowie odpowiedzieli kolejną falą zaklęć. Laeria wzniosła się jeszcze wyżej, a następnie złożyła świetliste skrzydła i zanurkowała. Przez chwilę wyglądała jak spadająca gwiazda, która zamiast uderzyć w ziemię, zatrzymała się tuż nad głową smoczycy. Rozwinęła skrzydła z ogromną siłą, a fala powietrza uderzyła w czaszkę bestii od góry. Smoczyca zachwiała się. Laeria wykorzystała moment i odleciała na bok.
– Teraz, Lucien!
Chłopak nie potrzebował drugiego wezwania.
– Z przyjemnością!
Zaczął ciskać kolejne kule ognia, tym razem znacznie szybciej. Jedna, druga, trzecia, czwarta – wszystkie poleciały w stronę smoczycy, a magowie znajdujący się w pobliżu musieli uskoczyć, aby nie znaleźć się na ich drodze. Zhana jęknęła.
– On naprawdę chce nas wszystkich wysadzić...
Mimo zmęczenia na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Być może dlatego, że Lucien był irytujący. Być może dlatego, że jego pomysł był skrajnie nierozsądny. A może po prostu dlatego, że po raz pierwszy od bardzo dawna jego szaleńcza pewność siebie rzeczywiście zaczynała przynosić efekt.
Smoczyca próbowała unieść łapę, by zasłonić głowę, ale kolejne uderzenie Laerii odrzuciło ją na bok. W tym samym momencie kule Luciena trafiły w jej korpus, a fala ognia rozlała się po kościach i płatach mięsa. Zheron wykorzystał otwarcie i poderwał spod ziemi kamienny filar, który uderzył w tylną łapę smoczycy. Venegas natychmiast dołączył do niego, posyłając strumień wody w drugie skrzydło.
Bestia ryknęła. Tym razem jednak jej ryk nie zabrzmiał jak wezwanie do dalszej walki. Brzmiał jak rozpaczliwa próba odzyskania sił. Smoczyca cofnęła się o kilka kroków, potknęła i niemal upadła. Jej kości zatrzeszczały, a fioletowy ogień w jej wnętrzu zaczął migotać coraz szybciej. Zheron spojrzał na Venegasa. Venegas spojrzał na Zherona. Nie potrzebowali słów. Obaj wiedzieli, że właśnie nadchodzi moment, na który czekali od początku tego koszmaru.
– Wszyscy! – ryknął Zheron. – Jeszcze raz!
Magowie zaatakowali ponownie, tym razem niemal bez przerwy, jakby wszyscy doskonale rozumieli, że nie mogą pozwolić smoczycy odzyskać nawet odrobiny sił. Ziemia drżała pod kolejnymi uderzeniami, powietrze przecinały gwałtowne podmuchy, płomienie mieszały się z wodą, a korzenie wyrastały spod kamieni, próbując oplątać kościste nogi bestii. Smoczyca chwiała się coraz wyraźniej. Jej skrzydła poruszały się ciężko, a fioletowy blask, który od początku walki pulsował wewnątrz jej szkieletu, przygasł niemal do nikłego żaru. Każdy jej ruch wymagał coraz większego wysiłku. Mimo to wciąż była smokiem. I najwyraźniej nie zamierzała umrzeć bez ostatniej próby wyrwania się z otaczającego ją piekła.
Nagle zatrzymała się. Przez krótką chwilę nic się nie wydarzyło. Magowie, którzy zdążyli przyzwyczaić się do jej coraz wolniejszych ruchów, nie od razu zrozumieli, co właściwie zamierza. Nawet Laeria, krążąca wysoko nad jej głową na swoich świetlistych skrzydłach, przez moment tylko obserwowała smoczycę, przygotowując się do kolejnego ataku. A potem bestia otworzyła paszczę.
Fioletowy ogień wystrzelił z niej z taką gwałtownością, że kilku magów nawet nie zdążyło zareagować. Płomienie rozlały się po zboczu niemal we wszystkich kierunkach, omiatając ruiny obozu, skały i ludzi. Ziemia eksplodowała iskrami, powietrze wypełnił żar, a ci, którzy znajdowali się zbyt blisko, rzucili się na ziemię.
– Osłona! – krzyknął ktoś.
Było jednak za późno. Kilku magów zostało dosięgniętych płomieniami. Ich szaty zajęły się ogniem, skóra została mocno sparzona, a dwóch z nich przewróciło się bezwładnie na ziemię. Na szczęście pozostali natychmiast ruszyli im z pomocą. Woda spadła na płonące ubrania, światło zaczęło łagodzić poparzenia, a pozostali odciągnęli rannych poza zasięg kolejnych płomieni. Nie było ofiar. Jeszcze nie.
Laeria wciąż była w powietrzu. Jej świetliste skrzydła rozjarzyły się mocniej, gdy wzniosła się jeszcze wyżej, poza zasięg ognia. Przez chwilę patrzyła z góry na smoczycę, a potem zaczęła opadać po szerokim łuku, przygotowując kolejny atak.
Lucien również to zobaczył. Zobaczył słabnącą smoczycę. Zobaczył Laerię. Zobaczył magów, którzy mimo zmęczenia nadal walczyli. I wtedy coś w nim pękło. Przez całą walkę był jednym z tych, którzy rzucali się do ataku jako pierwsi. To on przywoływał największe płomienie. To on chciał być tym, który przesądzi o zwycięstwie. A teraz miał przed sobą okazję, której nie zamierzał zmarnować.
– Lucien! – zawołała Zhana.
Odwrócił głowę. Dziewczyna stała kilka kroków dalej, wyraźnie wyczerpana. Jedną ręką podpierała się o kamienny fragment muru, a na jej twarzy wciąż widoczne były ślady wcześniejszych obrażeń. Oddychała ciężko. Wiedziała, że nie powinna już walczyć z pełną siłą.
– Co ty robisz? – zapytała.
Lucien nie odpowiedział. Wyciągnął ręce przed siebie.
– Lucien, nie.
Tym razem Zhana nie ruszyła, żeby go powstrzymać. Może dlatego, że była zbyt zmęczona. Może dlatego, że sama wiedziała, iż smoczyca była już na skraju wyczerpania. A może po prostu uwierzyła, że Lucien wie, co robi. Chłopak zamknął oczy. Cały świat jakby ucichł. Płomienie wokół niego przygasły. Powietrze zgęstniało od temperatury, a kamienie pod jego stopami zaczęły pękać. Lucien skupił w sobie całą pozostałą moc. Ogień zaczął wirować wokół jego ciała, najpierw niewielki, potem coraz większy, aż płomienie utworzyły ogromny wir sięgający wysoko ponad głowy walczących.
– Lucien... – powiedziałq Kadir, która też dostrzegła, co się dzieje.
– Inferno – wyszeptał Lucien.
Płomienie eksplodowały. Przez moment wszystko wydawało się idealne. Ogromna masa ognia zebrała się przed nim, gotowa pomknąć w stronę smoczycy. Lucien otworzył oczy i zobaczył przed sobą bestię, która ledwo utrzymywała się na nogach. Tym razem to on miał ją zakończyć. Tym razem to on miał zostać bohaterem.
Smoczyca jednak również się poruszyła. Nie zaatakowała. Nie ziała ogniem. Po prostu gwałtownie rozłożyła skrzydło. Uderzenie powietrza było potężne. Laeria znajdowała się dokładnie nad nią. Nagle świetliste skrzydła dziewczyny zadrżały, a jej ciało zostało wyrzucone w bok, jakby była pozbawioną ciężaru szmatą. Laeria straciła kontrolę nad lotem.
– Laeria! – krzyknął ktoś.
Dziewczyna spadała. Lucien zobaczył ją. Zobaczył jej przerażoną twarz. Zobaczył świetliste skrzydła, które próbowały ponownie złapać powietrze. I wtedy czas zwolnił. Nie wiedział, czy naprawdę zwolnił, czy tylko jego umysł odmówił przyjęcia tego, co widział. Inferno, które przed chwilą miało być jego triumfem, było już w ruchu. Lucien próbował je zatrzymać. Nie potrafił. Próbował zmienić kierunek. Nie zdążył. Ogień pomknął przez powietrze prosto na spadającą Laerię.
– Nie...
Wypowiedziane przez niego słowo było niemal bezgłośne. Laeria spojrzała w górę. Ich spojrzenia spotkały się. A potem Inferno uderzyło. Lucien zamarł.
Nie słyszał już krzyków. Nie słyszał huku walących się kamieni ani wrzasków magów. Nie czuł gorąca. Patrzył tylko przed siebie, jakby jego umysł rozpaczliwie próbował znaleźć inne wyjaśnienie tego, co właśnie się wydarzyło.
– Laeria...
Smoczyca nie dała mu jednak czasu na rozpamiętywanie. Zrobiła krok. Zachwiała się. Venegas i Zheron spojrzeli na siebie. Nie potrzebowali słów. Obaj wiedzieli, że właśnie nadeszła ostatnia chwila.
– Teraz! – ryknął Zheron.
Venegas uniósł dłonie. Zheron zrobił to samo. Cała pozostała moc obu doświadczonych magów skupiła się w jednym, potężnym ataku. Smoczyca próbowała odpowiedzieć. Jej paszcza otworzyła się. W gardle pojawił się fioletowy blask. Ale tym razem nie wydobył się z niej ogień. Kościste ciało smoczycy zachwiało się, a potem ciężko runęło na ziemię. Huk jej upadku poniósł się po całym zboczu. Jeszcze przez kilka sekund jej pazury drapały kamienie, jakby próbowała podnieść się po raz ostatni. Fioletowy blask wewnątrz żeber zamigotał. Raz. Drugi. I zgasł. Smoczyca leżała nieruchomo. Martwa.
***
W Twierdzy zapanowała cisza. Nie była to jednak cisza spokojna ani przyjemna. Była ciężka, pełna zmęczenia, bólu i myśli, których nikt nie miał ochoty wypowiadać na głos. Korytarze, zwykle wypełnione rozmowami strażników, stukotem butów i odgłosami pracy, tego dnia zdawały się niemal opuszczone. Magowie poruszali się powoli, ranni otrzymywali pomoc, a ci, którzy jeszcze niedawno walczyli na zboczu góry, teraz szukali przede wszystkim miejsca, w którym mogliby usiąść i choć przez chwilę zamknąć oczy.
Wiem, bo sam potrzebowałem tej ciszy. Po śmierci smoczycy wszystko potoczyło się bardzo szybko, choć wtedy nikomu nie wydawało się, że cokolwiek może jeszcze wydarzyć się szybko. Najpierw sprawdzono, czy bestia rzeczywiście nie żyje. Potem zaczęto odnajdywać rannych. Dopiero po pewnym czasie ktoś przypomniał sobie o Laerii. Zebrali się wokół niej niemal wszyscy, którzy byli jeszcze w stanie chodzić. Jej ciało leżało pośród zniszczonych kamieni, popiołu i resztek tego, co jeszcze niedawno było obozem. Nikt nie powiedział wtedy wiele. Nie było odpowiednich słów. Jeden z magów zdjął z siebie płaszcz i przykrył nim dziewczynę, a potem ktoś przyniósł jeszcze kawałek materiału, żeby zasłonić jej twarz. Stali tak przez dłuższą chwilę, patrząc na nieruchome ciało i milcząc.
Lucien nie powiedział ani słowa. Stał kilka kroków dalej i patrzył. Nie płakał. Nie krzyczał. Nie próbował się tłumaczyć. Nie powiedział nawet, że to był wypadek. Po prostu stał, jakby ktoś wyrwał z niego wszystko, co jeszcze chwilę wcześniej sprawiało, że był sobą. Zhana podeszła do niego raz.
– Lucien...
Nie odpowiedział. Spojrzał na nią tylko przez chwilę, po czym odwrócił wzrok. Zhana nie próbowała ponownie. Pozostali również byli przybici. Kadir siedziała na kamieniu z opatrunkiem na ramieniu i wpatrywała się w ziemię. Bram, zwykle pierwszy do jakiegoś złośliwego komentarza, tym razem milczał. Nawet jego twarz, zazwyczaj pełna pewności siebie, wyglądała inaczej. Filius, wciąż osłabiony po wcześniejszym zetknięciu z demonem dusz, nie miał już siły na nic więcej poza patrzeniem na przykryte ciało Laerii.
A potem trzeba było odejść. Obóz nie nadawał się już do zamieszkania. Zostały z niego głównie kamienie, zwęglone fragmenty namiotów, połamane belki i wypalone połacie ziemi. Magowie zabrali to, co jeszcze można było uratować. Księgi, które ocalały, trochę wyposażenia, broń, zapasy, lekarstwa. Zebrali także rzeczy należące do poległych, choć nikt nie miał pojęcia, kiedy i gdzie będzie można je oddać ich rodzinom.
Nikt nie chciał zostawiać tam niczego więcej. Wrócili więc do Twierdzy. I od tamtej pory odpoczywali. Po raz pierwszy od wielu dni nie było alarmu. Nie było krzyków strażników, pościgu, portali, demonów ani smoków. Nikt nie wypatrywał cienia na granicy lasu. Nikt nie spodziewał się, że za chwilę ziemia zatrzęsie się pod łapami kolejnego potwora. Smoczyca nie stanowiła już zagrożenia. Nie żyła. Demony, które wcześniej wydostały się na wolność, zostały odnalezione i zabite. Nie pozostał żaden kolejny potwór, którego musieliby szukać po górach. Przynajmniej według tego, co wiedzieli.
Zheron i Venegas zamknęli się w pokoju narad. Tym razem nie chcieli nikogo dopuszczać do środka. Nawet mnie. Muszę przyznać, że trochę mnie to zirytowało. Przez całe moje długie życie zdążyłem przywyknąć do tego, że ludzie podejmują ważne decyzje beze mnie. Jest to zresztą całkiem rozsądne, biorąc pod uwagę, że większość z nich nie miała pojęcia o moim istnieniu. Tym razem jednak byłem już świadkiem zdecydowanie zbyt wielu rzeczy, żeby spokojnie siedzieć w kącie i udawać, że nic mnie to nie obchodzi. A jednak drzwi do pokoju narad pozostały zamknięte. Zheron i Venegas mieli swoje powody. I tym razem postanowiłem ich nie podsłuchiwać. Nie dlatego, że nagle stałem się człowiekiem szanującym prywatność. Nie przesadzajmy. Po prostu sam byłem zmęczony.
W Twierdzy było spokojnie. Ranni otrzymywali pomoc. Magowie spali, odpoczywali albo siedzieli w milczeniu. Strażnicy naprawiali uszkodzone elementy fortyfikacji. Ktoś rozpalił ogień w jednej z kuchni, ktoś inny próbował doprowadzić do porządku zbrojownię. Życie, jak to zwykle bywa po wielkim nieszczęściu, zaczynało powoli wracać do swoich zwyczajnych rytuałów.
Jednak nie wszystko było zakończone. Astratus wciąż żył. Gdzieś tam, poza murami Twierdzy, poza górami i lasami, poza naszym wzrokiem, nadal istniał człowiek, który od wielu tygodni układał wydarzenia niczym pionki na planszy. Podsuwał nam kolejne zagrożenia, obserwował nasze reakcje, sprawdzał nasze możliwości. Znał nasze słabości. Wiedział, jak zmusić nas do działania. A przede wszystkim miał czas. Dużo czasu. Miał swoich ludzi, swoich zwolenników i swoją ideę Wielkiej Magii. Miał też coś znacznie groźniejszego od armii demonów. Miał plan. A raczej wiele planów. Sieć zasadzek, którą zaczął budować długo przed tym, zanim po raz pierwszy usłyszeliśmy jego głos. I choć Twierdza wreszcie ucichła, choć wszyscy mogli odpocząć, a góry przestały drżeć od smoczego ryku, ja wiedziałem jedno. To nie był koniec. Była to jedynie chwila ciszy.
Każdy z młodych magów znalazł tego wieczoru własny pokój. Po ostatnich wydarzeniach chyba wszyscy tego potrzebowali. Przez wiele dni niemal bez przerwy byli razem. Podróżowali wspólnie, walczyli wspólnie, uciekali przed demonami, podejmowali decyzje, kłócili się i godzili, a nawet kiedy odpoczywali, zwykle znajdowali się w pobliżu siebie. Teraz jednak po raz pierwszy od dawna każdy zamknął za sobą drzwi i został sam ze swoimi myślami. Twierdza była cicha, a przez grube kamienne mury nie docierały już odgłosy walki. Nie było ryku smoczycy, wybuchów zaklęć ani krzyków rannych. Było tylko zmęczenie, ból i świadomość, że nie wszyscy wrócili z tej wyprawy.
Kadir siedziała przy swoim łóżku, opierając plecy o kamienną ścianę. Jedno ramię miała owinięte bandażem, a na twarzy wciąż widniały ślady zmęczenia po ostatnich dniach. Na kolanach trzymała jedną z ksiąg, które udało się ocalić ze zniszczonego obozu, lecz od dłuższego czasu nie przewróciła ani jednej strony. Jej wzrok zatrzymał się gdzieś pomiędzy zapisanymi słowami, a myśli nieustannie wracały do ostatniej walki. Kadir próbowała analizować wydarzenia tak, jak robiła to zawsze. Odtwarzała kolejne ruchy smoczycy, zachowanie Laerii, decyzje pozostałych i moment, w którym Inferno zostało przywołane. Szukała chwili, w której można było zrobić coś inaczej, jakiegoś rozwiązania, którego wcześniej nie zauważyła. Wiedziała jednak, że tym razem nie istnieje żadne rozwiązanie. Nie można było cofnąć czasu ani zmienić tego, co się wydarzyło. Po pewnym czasie zamknęła księgę i odłożyła ją na bok. Zwykle wiedza pozwalała jej uporządkować świat, ale tego wieczoru nie była w stanie uporządkować nawet własnych myśli.
Bram leżał na swoim łóżku, z rękami splecionymi pod głową, i wpatrywał się w sufit. W innych okolicznościach byłby zapewne zadowolony z takiego odpoczynku. Po tylu dniach walki wygodne łóżko, dach nad głową i świadomość, że za drzwiami nie czeka żaden demon, powinny być dla niego czymś w rodzaju nagrody. Tym razem jednak nawet wygoda nie przynosiła mu ulgi. Myślał o tym, jak bardzo zmienili się wszyscy podczas tej wyprawy i jak wiele decyzji podjęli, których jeszcze niedawno nie byliby w stanie podjąć. Przypominał sobie Demonka, Filiusa i wszystko, co wydarzyło się między nimi, a teraz do tego wszystkiego doszła Laeria. Nie znał jej tak dobrze jak pozostali, lecz spędził z nią wystarczająco dużo czasu, żeby wiedzieć, że jej pozorna niepewność skrywała coś więcej. Jeszcze niedawno nie potrafiła nawet unieść się nad ziemią, a podczas ostatniej walki wzbiła się wysoko ponad smoczycę i zaatakowała ją z powietrza, jakby robiła to od zawsze. Bram pamiętał ten widok bardzo wyraźnie. Teraz zamiast podziwu czuł tylko ciężar w żołądku. Po raz pierwszy od dawna nie miał ochoty na żaden żart ani złośliwą uwagę. Leżał więc w ciszy i patrzył w sufit, próbując nie myśleć o tym, że miejsce obok nich pozostało puste.
Filius siedział przy oknie w zupełnej ciemności. Nie zapalił lampy, ponieważ nie potrzebował światła. Blady blask księżyca wpadał przez niewielkie okno i oświetlał fragment jego twarzy, resztę pokoju pozostawiając w cieniu. Filius wciąż był osłabiony po kontakcie z demonem dusz i jego ciało nadal przypominało mu o tym, przez co przeszedł, lecz tym razem nie zwracał uwagi na własny ból. Myślał o Laerii i o wszystkich pozostałych. W ciągu zaledwie kilku dni stracili tak wiele, że trudno było mu uwierzyć, iż jeszcze niedawno największym problemem ich wyprawy było odnalezienie kilku zaginionych zwierząt. Szczególnie mocno wracała do niego myśl o Laerii. Dziewczyna przez większą część ich wspólnej podróży sprawiała wrażenie kogoś, kto sam nie wiedział, do czego właściwie jest zdolny. Nie miała jednej dziedziny, w której mogłaby się wyróżnić, nie potrafiła nawet wykonywać jednej z podstawowych umiejętności powietrznych, a jednak w chwili największego zagrożenia dokonała czegoś, czego większość doświadczonych magów nigdy nie byłaby w stanie zrobić. Filius wiedział, że Laeria odkryła w sobie coś niezwykłego. I właśnie dlatego jej śmierć wydawała mu się jeszcze bardziej niesprawiedliwa. Siedział więc przy oknie i patrzył na nocne góry, zastanawiając się, dlaczego magia potrafi dawać człowiekowi tak wiele, a jednocześnie odbierać mu wszystko w jednej chwili.
Zhana siedziała na brzegu łóżka i odpoczywała, choć trudno było jej naprawdę odpocząć. Jej ciało nadal pamiętało walkę z demonem bykiem. Ból powracał przy każdym gwałtowniejszym ruchu, a zmęczenie, które wcześniej próbowała ignorować, teraz dawało o sobie znać znacznie wyraźniej. Patrzyła na swoje dłonie, jakby próbowała znaleźć na nich odpowiedź na pytanie, które od pewnego czasu nie dawało jej spokoju. To właśnie tymi dłońmi walczyła z demonami, tymi samymi, którymi rzucała zaklęcia ognia podczas starcia ze smoczycą. To także nimi mogła spróbować zatrzymać Luciena. Pamiętała doskonale chwilę, kiedy zobaczyła, że przygotowuje Inferno. Ostrzegła go, ale kiedy nie posłuchał, nie zrobiła nic więcej. Była zmęczona, obolała i przekonana, że Lucien wie, co robi. Teraz zastanawiała się, czy powinna była podejść do niego, krzyknąć, rzucić zaklęcie albo choćby spróbować wytrącić go z koncentracji. Nie wiedziała, czy cokolwiek mogłoby wtedy zmienić przebieg wydarzeń. Prawdopodobnie nie. Mimo to sama świadomość, że mogła zrobić więcej, wystarczała, żeby nie pozwolić jej spokojnie zasnąć.
Najdłużej w swoim pokoju siedział jednak Lucien. Nie zapalił światła i nawet nie próbował się przebrać. Nadal miał na sobie część stroju, w którym walczył ze smoczycą. Materiał był przypalony, miejscami pokryty popiołem, a na dłoniach wciąż miał drobne ślady po intensywnym używaniu magii. Siedział na podłodze oparty plecami o łóżko i przez długi czas patrzył na swoje dłonie. Właśnie nimi przywołał Inferno. Wcześniej był przekonany, że to będzie jego największy moment. Widział przed sobą słabnącą smoczycę i chciał zakończyć walkę własnym zaklęciem. Chciał być tym, który zada ostatni cios. Chciał, żeby pozostali zobaczyli w nim bohatera. Chciał usłyszeć uznanie Zherona i Venegasa, chciał poczuć dumę, która towarzyszyłaby mu, gdyby to właśnie jego ogień zakończył walkę z potężną smoczycą. W tamtej chwili nie myślał o niczym innym. Nie myślał o ostrzeżeniach Zhany ani o tym, że Laeria wciąż znajdowała się w powietrzu. Liczyło się tylko jedno: chciał wygrać.
Teraz za każdym razem, gdy zamykał oczy, widział coś zupełnie innego. Widział Laerię unoszącą się nad smoczycą na swoich świetlistych skrzydłach. Widział moment, w którym potężny ruch skrzydła wyrzucił ją z toru lotu. Widział jej ciało spadające przez powietrze i własne zaklęcie, które nieubłaganie pędziło w jej stronę. Najgorsze było to, że przez tę krótką chwilę naprawdę próbował zatrzymać Inferno. Chciał cofnąć zaklęcie, zmienić jego kierunek, zrobić cokolwiek, ale magia była już poza jego kontrolą. Potężny ogień, który miał zapewnić mu chwałę, stał się czymś zupełnie innym. Lucien długo siedział bez ruchu, aż w końcu podniósł głowę i spojrzał na swoje odbicie w ciemnym lustrze. Nie zobaczył w nim bohatera, którego jeszcze niedawno chciał zobaczyć. Zobaczył zmęczonego, przerażonego chłopaka, który nie potrafił pogodzić się z tym, co zrobił.
– To nie miało tak wyglądać – powiedział cicho.
W pokoju nie było nikogo, kto mógłby mu odpowiedzieć. Lucien spuścił wzrok i przez chwilę zaciskał dłonie, aż poczuł ból w palcach. Nie próbował tłumaczyć sobie, że to był wypadek. Wiedział, że był. Wiedział również, że smoczyca zrobiła coś, czego nie mógł przewidzieć, a Laeria znalazła się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwej chwili. Mimo wszystko te fakty nie potrafiły uciszyć jednej myśli, która powracała bez końca: gdyby nie przywołał Inferno, Laeria nadal by żyła. Mógłby obwiniać smoczycę, jej ruch, własne zmęczenie, chaos bitwy albo przypadek, ale żadna z tych rzeczy nie zmieniała tego, że to on podjął decyzję o użyciu zaklęcia.
Po raz pierwszy od początku wyprawy Lucien nie chciał być najsilniejszy. Nie chciał przewodzić, nie chciał się popisywać i nie chciał, żeby ktokolwiek patrzył na niego jak na bohatera. Chciał tylko, żeby istniała możliwość cofnięcia czasu o kilka minut, choćby o kilka sekund, do chwili, kiedy jeszcze mógł wybrać inaczej. Wiedział jednak, że magia nie potrafi tego zrobić. Nawet magia tak potężna jak ta, którą władał on sam, nie mogła odebrać człowiekowi konsekwencji jego własnych decyzji. Laeria nie wróci. A Lucien będzie musiał nauczyć się żyć ze świadomością, że w chwili, kiedy najbardziej chciał zostać bohaterem, stał się kimś, kogo sam teraz nie potrafił znieść.
Minęło kilka dni, zanim Twierdza naprawdę zaczęła przypominać miejsce, w którym można było spokojnie żyć. Ranni otrzymali odpowiednią pomoc, część magów wróciła już do swoich obowiązków, a strażnicy zajęli się naprawą uszkodzonych murów i przygotowaniem zapasów. O smoczycy mówiło się coraz mniej. Jej ogromne ciało zostało zabezpieczone, a potem zabrano je z miejsca bitwy, aby doświadczeni magowie mogli dokładniej zbadać pozostałości jej niezwykłej, skażonej magią natury. Z kolei na zboczu, gdzie jeszcze niedawno znajdował się obóz, pozostały tylko wypalone kamienie, zwęglone belki i ślady po walce, które jeszcze przez długi czas miały przypominać wszystkim, co wydarzyło się w górach.
Młodzi magowie również zaczęli wracać do swoich codziennych zajęć, choć każdy z nich robił to na swój sposób. Kadir coraz częściej przesiadywała z księgami i pomagała rannym w analizowaniu tego, czego doświadczyli podczas wyprawy. Bram wrócił do swoich zwyczajnych zajęć, chociaż stał się wyraźnie bardziej milczący. Zhana nadal odpoczywała, ponieważ obrażenia po walce z demonem bykiem nie zniknęły tylko dlatego, że udało im się pokonać smoczycę. Filius natomiast niemal całkowicie unikał Brama. Nie robił mu awantur i nie podnosił głosu, ale jego milczenie było chyba jeszcze bardziej wymowne. Nie zapomniał tego, co Bram zrobił Demonkowi. Nie potrafił mu wybaczyć i najwyraźniej nie zamierzał udawać, że kilka kolejnych wspólnie przeżytych niebezpieczeństw może nagle naprawić coś, co zostało między nimi zniszczone.
Najbardziej zmienił się jednak Lucien. Przez te kilka dni niemal całkowicie odsunął się od pozostałych. Nie szukał ich towarzystwa, nie uczestniczył w rozmowach i jeśli tylko mógł, wybierał miejsce, w którym nikt nie próbował z nim rozmawiać. Kiedy ktoś pytał go o coś ważnego, odpowiadał krótko i rzeczowo, ale poza tym pozostawał zamknięty w sobie. Zhana kilka razy próbowała do niego podejść, lecz szybko zrozumiała, że Lucien nie chce teraz pocieszenia. Nie wiedział zresztą, czy w ogóle można było go pocieszyć. W jego pamięci wciąż pozostawała Laeria, jej świetliste skrzydła i ostatnie chwile przed uderzeniem Inferno. Nikt nie obwiniał go otwarcie. Nikt nie powiedział, że to przez niego zginęła. Być może właśnie dlatego było mu jeszcze trudniej, ponieważ wszystkie oskarżenia, których się obawiał, znajdował wyłącznie we własnej głowie.
W końcu Venegas uznał, że nadszedł czas powrotu do Elorien. Twierdza nie potrzebowała już ich obecności, a sprawy związane z dalszym bezpieczeństwem gór mieli przejąć doświadczeni magowie i strażnicy. Pewnego ranka młodzi magowie zebrali się przed Twierdzą. Wóz, którym przyjechali tutaj wiele dni wcześniej, został przygotowany do drogi. Dwa konie wyglądały znacznie lepiej niż podczas pierwszego spotkania z demonem, choć po całej tej wyprawie miałem wrażenie, że same zwierzęta zasłużyły na osobny medal. Tym razem razem z młodymi magami podróżował również Flavius. Venegas pozostał w Twierdzy, aby jeszcze przez jakiś czas zająć się sprawami związanymi z bezpieczeństwem tego regionu, natomiast Flavius miał doprowadzić grupę bezpiecznie do Elorien.
Wszyscy wsiedli na wóz bez większych rozmów. Kadir zajęła miejsce przy boku Zhana, Bram usiadł nieco dalej, a Filius wybrał miejsce po przeciwnej stronie, jakby nawet podczas podróży chciał zachować od niego jak największy dystans. Lucien usiadł osobno i przez większość czasu patrzył przed siebie. Nikt nie próbował go zmuszać do rozmowy. Chyba wszyscy zrozumieli już, że pewnych rzeczy nie można przyspieszyć.
Ja natomiast zrobiłem to, co robiłem już wcześniej. Przybrałem postać muchy i, kiedy nikt nie zwracał uwagi na wóz, znalazłem sobie wygodne miejsce pod jego podwoziem. Przyznam, że zaczynałem już nabierać pewnej wprawy w podróżowaniu w ten sposób. Nie jest to może najbardziej dostojna metoda przemieszczania się po świecie, ale po ponad ośmiuset latach nauczyłem się, że dostojność jest mocno przecenianą zaletą. Najważniejsze, żeby było bezpiecznie, a podwozie wozu miało tę cudowną właściwość, że nikt nie oczekiwał, iż może się tam znajdować ktoś, kto uważnie słucha wszystkiego, co dzieje się nad jego głową.
Droga powrotna minęła spokojnie. Nie zaatakował nas żaden demon, nie pojawił się żaden tajemniczy cień, nie wyskoczył zza drzewa Astratus i, ku mojemu ogromnemu zadowoleniu, nie pojawiła się również żadna kolejna smoczyca. Wóz toczył się powoli po znajomej drodze, koła regularnie uderzały o kamienie, konie parskały od czasu do czasu, a wiatr przesuwał się między gałęziami drzew. Po wszystkim, co wydarzyło się podczas drogi w góry, ten zwyczajny rytm wydawał się niemal niezwykły.
Najbardziej zapamiętałem jednak ciszę. Nie była to cisza pełna napięcia, jak ta, która towarzyszyła nam przed walką. Nie była też tą ciężką ciszą, jaka panowała w Twierdzy po śmierci Laerii. Była po prostu zmęczona. Każdy z nich miał własne myśli i chyba nikt nie miał już siły, żeby dzielić się nimi z pozostałymi. Czasami ktoś zamienił kilka słów z Flaviusem, czasami Kadir coś cicho powiedziała Zhanie, a Bram próbował raz nawiązać rozmowę, lecz kiedy Filius odpowiedział mu jedynie spojrzeniem, szybko zrezygnował. Przez większą część drogi słychać było więc przede wszystkim stukot kół i odgłos kopyt uderzających o drogę.
Siedząc pod wozem, obserwowałem przesuwającą się ziemię i cienie drzew. Widziałem drogę, którą już raz pokonywaliśmy w przeciwnym kierunku. Wtedy jechaliśmy pełni energii, podekscytowani pierwszą poważną wyprawą i przekonani, że największym problemem będzie kilka zaginionych zwierząt oraz tajemniczy demon. Teraz wracaliśmy z ciężarem, którego żadne z nich nie mogło po prostu zostawić w górach.
Właśnie wtedy pomyślałem, jak bardzo zmienili się przez tych kilka dni. Jeszcze niedawno byli grupą młodych adeptów, którzy dopiero mieli zacząć prawdziwe życie poza murami obozu. Teraz mieli za sobą walki z demonami, spotkanie z człowiekiem, który chciał zmienić porządek całego świata, śmierć doświadczonej czarodziejki, utratę jednej z własnych towarzyszek i pojedynek ze smokiem. Żaden z nich nie był już dokładnie tą samą osobą, która wyruszyła z Elorien.
Droga ciągnęła się jednak dalej. Las stopniowo zaczął się przerzedzać, teren stawał się bardziej znajomy, a po pewnym czasie na horyzoncie pojawiły się pierwsze zabudowania. Wóz zwolnił, kiedy wjechał na drogę prowadzącą w stronę obozu. Rozpoznałem ją od razu. Znałem przecież każdy jej zakręt, każdą większą skałę i niemal każde drzewo rosnące w pobliżu. Po chwili zza koron drzew zaczęły wyłaniać się pierwsze namioty i drewniane zabudowania.
Obóz Magów. Po wielu dniach wrócili do domu. Nie było żadnego wielkiego powitania. Nie było fanfar ani tłumu czekającego na bohaterów. Wóz po prostu wjechał między zabudowania, a kilka osób podniosło głowy, rozpoznając powracających. Ktoś pobiegł zawiadomić pozostałych, ktoś inny zaczął pytać o rannych, a młodzi magowie powoli zaczęli wysiadać z wozu. Patrzyłem na nich spod podwozia i pomyślałem, że dla mieszkańców obozu była to po prostu kolejna grupa, która wróciła z wyprawy. I tak oto zakończyła się pierwsza misja młodych magów.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania