Między rytmem a ciszą - Ucieczka - Sophia (29)

Sophia

 

Chwilę wcześniej.

 

Finałowe uderzenie basu wciąż wibrowało w moich kościach, kiedy skuliłam się nisko na kolanach przy skraju podestu. Głowę schowałam między ramionami, dłonie ukryłam w rękawach za dużej bluzy z numer „14” na plecach. Byłam cieniem. Tak jak miało być. Idealnie.

Muzyka się urwała. Tłum eksplodował okrzykami i gwizdami, a tancerze Tiago padli na deski w wyreżyserowanym chaosie.

To był mój moment.

Zsunęłam się ze sceny w ułamku sekundy, wyliczonym co do kroków. Sznurowane trampki bezszelestnie dotknęły spalonego słońcem asfaltu. Skręciłam w lewo, wciskając się w wąską szczelinę między wielką kolumną głośnika a barierką. Kaptur zaciągnięty głęboko na oczy zasłaniał mi widok, ale pamiętałam proste linie z mapy Tiago: ulicą w dół i w prawo, drugi budynek.

Nie patrz za siebie. Po prostu biegnij. Jego głos brzmiał w mojej głowie głośniej niż ryk tłumu.

Nagle za moimi plecami rozległ się potężny hałas. Dźwięk przewracanej metalowej barierki, wrzask i wściekły, męski ryk.

Mój żołądek zwinął się w twardą, zimną kulę. Ludzie gangu. Wdarli się na podest.

Poczułam paraliżujący impuls, by odwrócić się i sprawdzić, co z Tiago, ale obietnica złożona Tiago na górze pchnęła mnie w przód. Wtopiłam się w gęsty, spocony tłum podskakujący na chodniku. Przepychałam się łokciami, kurczowo trzymając sznurki kaptura przy brodzie.

Wybiegłam z placu w wąską, zacienioną uliczkę za sceną.

Hałas konkursu nagle przycichł, zastąpiony przez dudnienie mojego własnego serca w uszach. Płuca piekły od gorącego, dusznego powietrza São Paulo. Krok, krok, ostry skok nad stertą porzuconych kartonów. Trampki lepiły się do nagrzanego asfaltu.

Dwadzieścia metrów dalej, pod czerwoną, wyblakłą markizą małego lokalu, stał czarny, zakurzony sedan. Silnik mruczał cicho, a biały dym buchał z rury wydechowej.

Mateo.

Dopadłam do tylnych drzwi auta. Złapałam za klamkę. Była zamknięta.

– Mateo! – pchnęłam szybę dłonią.

Szyba od strony kierowcy opuściła się błyskawicznie. Mateo, z krótkimi włosami i zaciętą twarzą, zerknął w lusterko, a potem odblokował zamki głośnym, elektrycznym stuknięciem.

– Entra! Entra!54 – wrzasnął, nie odwracając głowy.

Wpadłam na tylną kanapę, praktycznie na szczupaka, i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Mateo wbił gaz w podłogę zanim zdążyłam usiąść. Opony pisnęły na asfalcie, wyrzucając nas w tył z siłą, która cisnęła mnie na oparcie fotela.

Szyby w aucie były mocno przyciemniane, więc pewnie nie było mnie za bardzo widać.

– Okej? – rzucił Mateo, ścinając zakręt tak ostro, że samochód przechylił się na bok.

– Tak... chyba tak – wykrztusiłam przez ściśnięte gardło. – Tiago... oni weszli na scenę, Mateo! Ludzie z gangu tam są!

Mateo spoglądnął na mnie w wstecznym lusterku. Jego oczy były twarde, ale spokojne.

– Tiago okej, chica55 – powiedział twardym tonem, wrzucając wyższy bieg.

Odwróciłam się i przez tylną szybę spojrzałam na scenę. Obcy facet mierzył do Tiago z broni. Trzymał go za kark, a ten nawet się nie skulił.

– Tiago! – krzyknęłam przez łzy, uderzając ręką w siedzenie.

Mężczyzna pochylił się nad moim tancerzem, zrobiło się zamieszanie. Przez chaos przedarł się ogłuszający dźwięk wystrzału, a my zniknęliśmy za zakrętem.

Zalałam się łzami.

– Tiago! Nie! Nie! Nie! Tiago! – Nie potrafiłam powstrzymać bólu rozdzierającego moje serce.

To nie tak się miało skończyć! On miał żyć! Tiago! Mój Tiago! Słone łzy spływały mi wartkimi strumieniami po policzkach i skapywały na bluzę, gdy wpatrywałam się w szybę.

Ukryję cię za cenę mojego życia.

Osunęłam się bezsilnie na tylne siedzenie. Skuliłam się, próbując przetrwać ból serca i uciszyć słowa Tiago. Umarł, żeby dać mi czas. Mój Tiago. Płakałam coraz bardziej żałośnie, ale i coraz ciszej. Brakowało mi już sił.

Auto pędziło przez ciasne przecznice São Paulo, mknąc w stronę bezpieczniejszej, dyplomatycznej części miasta. Przymknęłam oczy, czując na skórze chłodny powiew z klimatyzacji. Wciąż pachniałam dymem, kawą, lepką bułeczką z rana i zapachami Tiago wciśniętymi w materiał bluzy jego klubu.

Byłam wolna. Uciekłam. A jednak z każdym kilometrem oddalającym nas od tego głośnego placu, czułam, jak w mojej piersi rośnie czarna, bezdenna pustka.

Mateo zahamował ostro przed wysoką, czarną bramą konsulatu. Silnik zgasł, pozostawiając w środku auta tylko cichy szum klimatyzacji i dźwięk mojego przyspieszonego oddechu.

Za grubymi, przyciemnianymi szybami widziałam powiewającą flagę Stanów Zjednoczonych i dwóch uzbrojonych strażników w pełnym rynsztunku stojących przy punktowej kontroli. Inny świat. Chłodny, sterylny i całkowicie bezpieczny.

Przez dłuższą chwilę żadne z nas się nie odezwało. Mateo patrzył przed siebie, opierając dłonie na kierownicy.

W końcu odblokował drzwi. Głośne, elektryczne kliknięcie zabrzmiało jak cięcie nożem.

– Idź – mruknął krótko, nie odwracając głowy.

Złapałam za klamkę, ale zastygłam na sekundę z dłonią na zimnym metalu. Chciałam mu tyle powiedzieć. Chciałam zapytać, co z Tiago, poprosić, żeby dał mi znać, przekazać coś... cokolwiek. Ale wiedziałam, że im mniej słów padnie, tym bezpieczniej dla nas wszystkich. On też nie wiedział, co się stało z jego przyjacielem.

– Obrigado, Mateo – powiedziałam cicho.

Mateo tylko skinął głową, wciąż wpatrzony w bramę.

Uchyliłam drzwi i wysiadłam. Gorące, wilgotne powietrze São Paulo uderzyło we mnie po raz ostatni. Wyprostowałam się, naciągając rękawy za dużej bluzy, i wolnym, pewnym krokiem ruszyłam w stronę strażników.

Gdy jeden z nich zrobił krok w moją stronę, unosząc dłoń w gestie nakazującym zatrzymanie, sięgnęłam do sznurków kaptura. Zsunęłam go do tyłu, pozwalając, by chłodny wiatr odsłonił moją twarz.

– Nazywam się Sophia Miller – powiedziałam cichym, ale spokojnym głosem z rodzimym akcentem. – Zostałam porwana i potrzebuję pomocy.

Strażnik powiedział coś do krótkofalówki i wpuścił mnie na główną bramę. Jedną z kilku przejść i pewnie przeszukań.

Za moimi plecami czarne auto ruszyło z miejsca, skręciło w boczną uliczkę i zniknęło w miejskim zgiełku równie szybko, jak się pojawiło.

To koniec. Byłam bezpieczna. Zrozpaczona, z poharatanym sercem, łzami zaschniętymi na policzkach, kilkoma włosami, które wyślizgnęły się z koka i podkrążonymi oczami, ale bezpieczna. Zaraz miałam wrócić do domu.

Czekając na kolejnego strażnika, schowałam ręce do kieszeni bluzy. Pod palcami poczułam kawałek papieru. Wyciągnęłam go. Kartka wyglądała jakby była wyrwana ze szkicownika Tiago. Rozłożyłam ją. Na środku widniały cyfry zapisane lekko pochyłym pismem, układające się w numer telefonu. Pod nimi był mały napis: Minha vida, seu Tiago. Nie wiedziałam, co to znaczyło, ale i tak przełknęłam gulę w zaciśniętym gardle, gdy kolejna kropla przetoczyła mi się przez cały policzek i zawisła na drżącej brodzie.

Szczęk otwieranych krat zmusił mnie do podniesienia wzroku. Strażnik zaprosił mnie dalej. Ostatni raz obejrzałam się przez ramię na ulicę, licząc na cud, że Tiago stanie po drugiej stronie, że znowu mnie przytuli, zamknie w objęciach, pocałuje i nazwie gringą.

Przymknęłam powieki, bo moje złudne nadzieje się nie ziściły. Spojrzałam w błękitne niebo, które kolorem przypominało jego oczy. Żegnaj Tiago, dziękuję za wszystko. Schowałam kartkę do kieszeni i ze spuszczoną głową przeszłam przez bramę.

 

54 Entra! (z portugalskiego) – Wchodź.

55 Chica (z portugalskiego) – Dziewczyna.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania