Między rytmem a ciszą - Ucieczka - Tiago (28)
Tiago
Zanim sędziowie zdążyli nas ocenić, barierka od strony ulicy została brutalnie zepchnięta. Typ z blizną wpadł na podest jako pierwszy, a za nim dwóch kolejnych: byki w czarnych koszulkach, z rękami wciśniętymi za pasy dresów. Ludzie z tłumu zaczęli krzyczeć i odsuwać się w panice.
– Gdzie ona jest?! – wrzasnął ten z tatuażem, dopadając do Lucasa, który był najbliżej i szarpiąc go za kołnierz tak mocno, że chłopak o mało nie spadł ze sceny. – Gdzie jest ta dziewczyna z tyłu?!
Tłum wokół buchnął chaosem, spiker do mikrofonu zaczął coś krzyczeć o ochronie, ale nikt z organizatorów nie miał odwagi podejść.
Zareagowałem instynktownie. Wstałem z desek na równe nogi, stając między nimi a moją ekipą. Wyciągnąłem ręce w uspokajającym, ale twardym geście. Każda sekunda tej awantury, każdy gest wściekłości z ich strony działał na naszą korzyść. Kupował Sophii czas, by dobiec do ustalonego budynku i wsiąść do auta Mateo.
– Spokojnie, do cholery! Co wy robicie?! – wrzasnąłem mu prosto w twarz, udając absolutne oburzenie i złość tancerza, któremu psuje się występ. – Jaka dziewczyna?! To jest mój zespół! Złazicie ze sceny!
Facet odepchnął Lucasa i dopadł do mnie. Wbił mi palec w klatkę piersiową, aż poczułem twardy chłód metalu jego sygnetu. Jego oczy były zamglone, dzikie od wściekłości.
– Ta z numerem czternaście! Widziałem ją z tyłu! – darł się, obracając się wkoło i taksując wstających tancerzy. – Gdzie ona jest?!
– A, Leo?! – odwróciłem się do moich ludzi, drwiąco kręcąc głową i machając ręką w stronę puste miejsca przy głośniku. – Leo poszedł po wodę, debilu! To chłopak z mojej grupy! Jaki masz problem?! Trzepałeś już mój dom i nikogo nie było. Teraz robisz awanturę na konkursie. Co jest z tobą nie tak?
Dwaj pozostali z gangu skoczyli do krawędzi podestu, roztrącając sędziów i gapiów, próbując dostrzec cokolwiek w tłumie. Zobaczyli tylko falujący ocean ludzi, z których co druga osoba miała na sobie luźną, ciemną bluzę.
Sukinsyn złapał mnie za koszulkę na wysokości piersi, podciągając do góry. Czułem od niego gnijący zapach tytoniu i taniego alkoholu.
– Jeśli kłamiesz, tancerzyku... – syknął przez zęby, zniżając głos, tak że słyszałem go tylko ja. – Jeśli ją schowałeś, to nie dożyjesz wieczora.
Nie mrugnąłem nawet okiem. Wbiłem w niego zimny, wściekły wzrok, wypinając klatkę piersiową i napierając na jego dłoń.
– Zabieraj te łapy, bo zaraz cała dzielnica zmiecie was z tej sceny – warknąłem głęboko, wskazując głową gęstniejący, niezadowolony tłum pod nami, który zaczął buczeć na ludzi gangu. – Tu jest konkurs, nie wasz chlew. Wypierdalaj.
Przez trzy sekundy patrzyliśmy na siebie z czystą nienawiścią. Znał mnie. Wiedział, że nie pęknę na oczach moich ludzi i połowy dzielnicy.
Nagle jeden z jego kolesi na dole wrzasnął, wskazując ręką w stronę skrzyżowania u wylotu uliczki: – Szefie! Czerwona kawiarnia! Ktoś wsiadł do auta!
Koleś z tatuażem puścił moją koszulkę tak gwałtownie, że zrobiłem krok w tył. Plunął na deski tuż przy moich butach.
– Szukajcie samochodu! Już! – zaryczał do swoich i wszyscy trzej zeskoczyli ze sceny, taranując gapiów i pędząc w stronę przecznicy.
Tłum buchnął okrzykami niezadowolenia, komentator próbował ratować sytuację, puszczając znowu muzykę, a moi ludzie dopadli do mnie, pytając szumem, czy wszystko w porządku.
Nie odpowiadałem. Stałem na środku podestu, patrząc na uliczkę za sceną, na spaloną słońcem nawierzchnię i kurz podnoszący się pod pędzącymi kołach samochodu kumpla. Odjeżdżał.
A ona uciekła. Naprawdę uciekła.
Nagle ten z tatuażem zesztywniał. Jego twarz wykrzywiła się w dzikim, furiackim grymasie. Zamiast zeskoczyć ze sceny, zrobił błyskawiczny krok w moją stronę. Złapał mnie mocno za kark, przyciągając do siebie tak blisko, że czułem śmierdzący oddech na twarzy. A potem poczułem to.
Twarda, lodowata stal lufy wbiła mi się prosto w brzuch, tuż pod żebrami. Rozległy się krzyki przerażenia i piski.
– Próbujesz mnie wyruchać? – syknął przez zęby, a jego kciuk z głośnym, głuchym kliknięciem odbezpieczył broń. – Jeśli ona była w twoim mieszkaniu, zabiję cię na oczach całego tego tłumu. Mów, gdzie ona jest, bo policzę twoje flaki.
Poczułem, jak całe powietrze ucieka mi z płuc, ale w głowie miałem zimną, czystą ciszę. Sophia była w aucie Mateo. Była bezpieczna. Zrobiłem swoje.
Nie mrugnąłem okiem. Zamiast się cofnąć, powoli, nieznacznie przesunąłem prawą dłoń za plecy, pod krawędź ciężkiej bluzy z numerem startowym. Palce natrafiły na znany, chłodny uchwyt mojego własnego pistoletu, wciśniętego głęboko za pasek dresów.
Wbiłem wzrok prosto w jego zaczerwienione oczy. Zacisnąłem dłoń na rękojeści i zacząłem powoli powstrzymywać ruch, gotowy odbezpieczyć broń za swoimi plecami.
– Strzelisz tu, to nie wyjdziesz z tego placu żywy – warknąłem cicho, pociągając dłoń z bronią za plecami tak, by lufa była wycelowana prosto w jego bok. – Spróbuj, skurwysynu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania