Kaleka księżniczka z końca świata: Obiekt litości.
Środa, 28 października 2026, 11:20, rynek warzywny w mieście.
Basia pcha wózek po nierównej kostce z energią kogoś, kto jest święcie przekonany, że szybciej znaczy lepiej. Każdą nierówność czuję w plecach, w tej połowie, która bardzo pamięta bliskość z balkonikiem.Nie mówię nic, wolę obserwować.
Rynek w środę jest mini przekrojem małomiasteczkowego społeczeństwa. Tyle materiału do analizy!
Krystyna jest na paznokciach , czyli mam jakieś dwie, w porywach do trzech godzin wolności od matki. Basia ma kupić, co trzeba, i opcjonalnie nie dać mi zamarznąć.
Stoisko z warzywami wygląda nienagannie: jest równo, błyszcząco, z ceną na tekturce. Za towarem stoi młody facet o wzroście koszykarza, jakieś trzydzieści lat, w zielonym fartuchu. Basia prosi o podanie kalafiora i brokuła. Ważenie, torba. Nic nadzwyczajnego.
Wtedy on pochyla się nad moim wózkiem i patrzy na mnie tak, jak się patrzy na porzuconego kotka w schronisku.
- A to dla ciebie, skarbie. Na zdrowie - mówi i kładzie mi na kolanach dwa kalafiory i dwa brokuły w taniej, foliowej reklamówce.
Jarzyny ważą prawie tyle co dorodny niemowlak. Pachną ziemią.
- Dziękuję bardzo - mówię.
- Ależ proszę pana, nie ma mowy - Basia już sięga po portfel. - Ja zapłacę, naprawdę...
- Nie ma mowy, droga pani! Niech córeczka je sobie na zdrowie. Wszystkiego dobrego!
Mam trzydzieści jeden lat doświadczenia w w byciu obiektem litości. Wiem, że z takimi ludźmi nie ma sensu walczyć. Trochę mi głupio, wiadomo,bo nie ma nic fajnego w tym, że jakiś obcy typ myśli że moje życie jest tak marne, że trzeba je doprawiać kalafiorem. Nie poświęciłam jednak tej refleksji dłuższej chwili,bo zaraz zaczełam się zastanawiać czy on tyle zarabia na tych brokułach, że może tak rozdawać towar na prawo i lewo?
Nie jestem jakimś wyjątkiem. Staruszce przed nami dołożył kalafiora,a ona gorąco mu za te dobrodziejstwa dziękowała przez dobre dwie minuty.
Basia próbuje jeszcze raz. Jest czerwona aż po szyję.
- Naprawdę, my możemy...
- Odmowy nie przyjmuję. Absolutnie.- Sprzedawca i uśmiecha się szeroko.
Dopiero teraz odmawiam, bo Basia ukradkiem rzuca mi spojrzenie, które najwyraźniej coś znaczy. Nie wiem,co chce mi przekazać,ale chyba liczy na moją interwencje.
- Dziękuję, naprawdę nie trzeba- mówię. Sprzedawca kręci głową z pobłażliwym uśmiechem, jakby tłumaczył dziecku, że musi iść do szkoły. Zdrowia, powtarza i obsługuje następnego klienta.
Wygrywamy w tym sensie, że przegrywamy z uśmiechem.
Idziemy dalej. Basia pcha wózek, wolniej. Na policzkach dalej ma brzydkie różowe placki
- Jak mi głupio, Lilka - szepcze. - Jakby nas wziął za jakieś... A tobie nawet powieka nie drgnęła!
- On i tak by nie przyjął odmowy, a jakby przyjął to byłyby to dla niego ogromy afront. Tacy ludzie naprawdę myślą że pomagają. Kim ja jestem żeby im to odbierać? Zresztą on dał nam te warzywa, niczego nie ukradliśmy. A tak jesteśmy o kalafiora i brokuła do przodu.
- Ale on ci to dał, bo myślał, że jesteś biednym dzieckiem...
- Nie on pierwszy i nie ostatni. Raz ekspedientka, ta Kaśka, wiesz która,ta z naszego sklepu na końcu wsi, wcisnęła mi rogalika, bo miałam, cytuję: „taką smutną minkę". Miałam dwadzieścia lat. Rogalik był dobry.
Basia nie odpowiada, najwidoczniej zawstydzenie wygrało z jej naturalną gadatliwością.
Krystyna dziarsko przemierza parking. Jej czerwono krwiste paznokcie błyszczą nowością. My z Basią czekamy już w samochodzie.
Mama wsiada, jej wzrok pada na moje kolana.
- Skąd macie te warzywa? To twoje, Basiu?
- Sprzedawca na rynku dał je Lilce - Basia odpowiada, szybkością karabinu maszynowego, zanim zdążę otworzyć usta, i czerwienieje od nowa. - Za darmo. Próbowałam zapłacić, ale...
- Za darmo? - Krystyna odwraca się cała. - Te dwa kalafiory i dwa brokuły?
Bierze brokuła i obmacuje go, jakby sprawdzała, czy przypadkiem nie jest z plastiku.
- Wiesz, ile taka główka kosztuje w Dino? Osiem złotych! Brokuł będzie do zapiekanki, a kalafiora ugotuję na maśle. - Cieszy się jak dziecko.
- Było mi tak głupio, Krysiu - szepcze Basia. - Nazwał naszą Liliankę biednym dzieckiem...
- Oj, Basiu, no co ty. - Krystyna macha ręką, a paznokcie błyskają jak reflektory. - To dar serca. Istnieją jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie. A my nie musiałyśmy płacić.
Potem spogląda w lusterko i znów zatrzymuje wzrok na mnie, na ułamek sekundy dłużej, niż zwykle w takich sytuacjach. Nie jest to wzrok matki, która się wstydzi. Jest to wzrok kogoś, kto kalkuluje. Zyski zdecydowanie przewyższają straty, jeśli w ogóle możemy mówić tu o jakiś stratach.
- Za miesiąc też mogłybyśmy tam zajrzeć, byleby nie za często, bo to by było podejrzane.- planuje lekko. - Tylko ubierz wtedy tę jasną bluzę, tą z Hello Kitty, Lilka, żebyś wyglądała na jeszcze młodszą.
Nic nie mówię, uśmiecham się tylko pod nosem. Dla Krystyny litość to uczciwa cena. Trzymam warzywa na kolanach i patrzę przez szybę, na oddalający się rynek.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania