Pokaż listęUkryj listę

Kaleka księżniczka z końca świata: Upadek

Środa, 30 września 2026, 15:40, ganek i podwórko przed domem.

 

Stoję przy balkoniku. Oczywiście pod warunkiem warunkiem, że ktoś jest obok. Bez tego komenda „stać” w mniemaniu mojego mózgu zamienia się w „UWAGA,UWAGA UMIERAMY”, a ja nie mam zamiaru umierać na ganku, zdecydowanie stać mnie na więcej.

 

Mój balkonik jest tylny. Zdecydowanie lepiej mi się żyje z takim niż tradycyjnym z którym nigdy nie byłam za pan brat. Tylny przynajmniej nie ucieka mi jak moja matka przed Jehowymi. Basia pomogła mi się ustawić przy sprzęcie. Balkonik był oparty o metalową ławę. Tak dla pewności, by nie odjechał. Mały wykład na temat sprzętu rehabilitacyjnego: Balkonik tylny jak z nazwy wynika,jest tylny, czyli znajduje się za mną. Cała operacja na miejsce tuż przy drzwiach, które Basia miała zamknąć. Jedną ręką trzymam uchwyt po mojej lewej stronie. Drugą chwytam łokieć Basi. To sprawdzony system: dwa punkty podparcia, żeby nie wylądować na betonie.

- Czekaj, drzwi - rzuca Basia i wychyla się w stronę drzwi, żeby chwycić za klamkę.

 

Jej ręka ,oczywiście idzie za nią. Moje ciało najwyraźniej również miało na to ochotę tylko przestrzeni już niekoniecznie.

Przez głowę zdążyło mi przelecieć jedynie krótkie „ja pierdolę” Tylko tyle.

Chcę ratować sytuację podstawieniem nogi, ale już wiem że nic to nie da.

Osuwam się w tył powoli, bardzo powoli,tak jak uczono mnie przez lata rehabilitacji do tego stopnia że moje mięśnie już same o tym pamiętają. Czuję piekący ból w dole pleców. Od razu łącze fakty. Pewnie musiałam zahaczyć o te haki złożonego siedziska. W tamtej chwili pożałowałam że w ogóle chciałam balkonik z siedziskiem. Ale wizja możliwości odpoczynku podczas spaceru w każdym możliwym miejscu była zbyt kusząca na etapie zamawiania tej kupy metalu. Potem jeszcze przejechałam plecami po zimnym metalu ławy. No po prostu zajebiście. Nigdy w życiu nic mnie tak nie bolało. Nawet rozciąganie Magdy, które długo było w czołówce moich osobistych koszmarów.

Nie krzyczę. Prawie nigdy nie krzyczę. W sumie nie wiem czemu. Po prostu już tak mam. Na pewno nie mam żadnej szlachetnej motywacji,bo do szlachetności tak mi blisko jak do wygrywania maratonów.

- Ojejciu - Basią nie spuszczała ze mnie wzroku od kiedy zauważyła że grawitacja mnie wzywa. Nie próbowała mnie złapać,ale nie mam pretensji. To były sekundy. Zresztą Basia nie wygląda na kulturystykę która podniosłaby siedemdziesiąt dwa kilo jedną ręką- Całe szczęście, że powoli. Chyba nic ci nie jest. Prawda?

 

Ja wiem że,moja asystentka jest człowiekiem wielu talentów,ale nie podejrzewałam jej o posiadaniu rentgenu w oczach. Człowiek się całe życie uczy.

 

Zamiast odpowiedzieć, czworakuję w kierunku pobliskiej kanapy ogrodowej. Tej samej która była w zestawie z tą cholerną ławą.

- Zobacz mi plecy - szepczę, gdy już siedziałam niezbyt wygodnie na niezbyt miękkich poduszkach kanapy.

 

Baśka podnosi mi t-shirt i bluzę jednym sprawnym ruchem. Wydaje z siebie krótkie „O kurwa”. Zdecydowanie ją zatkało.

- No, trochę zdarte.

Jednocześnie na tym samym wdechu wbiega z powrotem do środka. Również szybko wraca z mokrą chusteczką w ręku. Pewnie wzięła z mojego pokoju, bo tylko ja w tym domu używam nawilżanych. Basia przemywa ranę punktowo jakby bała się jej dotknąć. Oho, jest źle. Oczywiście moro i spastyka nie mogły przegapić takiego momentu do pokazania się. Atencjuszki.

- Dasz radę pójść na spacer?- pyta Basia.

 

Daję. To znaczy: Basia przystawia balkonik bym mogła wstać. Tym razem asystentka wkłada w moją asekurację więcej wysiłku niż kiedykolwiek wcześniej i pewnie też później. Trzyma mnie mocno za talię. Wcześniej mogłam liczyć co najwyżej na skrawek mojej bluzy pomiędzy jej palcami, ewentualnie trzymania za rękę w tych nieczęstych momentach gdy przypomina sobie,że jest jednak w pracy a nie na plotkach u koleżanki. Chociaż często zachowuje się jakby była, ale do tego potrzebuje mojej matki.

 

Stoję. Dłonie mocno obejmują uchwyty balkonika.

- To co, idziemy?

- Pewnie, chodźmy.

I naprawdę na ten moment jestem pewna że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Przecież zaliczam glebę przynajmniej raz w tygodniu i jeszcze żyję. Nie ma powodu do dramatyzowania.

 

---

 

Idziemy. Basia opowiada o synu sąsiadki z naprzeciwka który „znowu ma pieniądze niewiadomo skąd", a ja wiem, że zaraz za nim przyjdzie historia o szwagierce, fryzjerce I zdechłym psie sprzed miesiąca więc po prostu udaję że słucham. Dzień jak co dzień. No może prawie.

 

To „prawie" to moje plecy, a raczej to co robią z moim układem nerwowym. To nie jest jakiś ogromy ból,ale nakręca spastykę do tego stopnia, że dalszy spacer nie ma już sensu. A ja nie lubię robić bezsensownych rzeczy.

Mówię o tym Basi. Nie ma też żadnego powodu by zgrywać dzielną bardzo dzielną cierpiętnicę. Nie jestem Gabrysią Borejko. Wracamy.

 

W domu wszystko przebiega tak jak zwykle. Basia zaprowadziła mnie do mojego pokoju. Siadłam na łóżku. Zdjęłam bluzę. Basia zniknęła w kuchni by zrobić mi herbatę, a następnie zniknąć z mojego domu na paręnaście dobrych godzin. Zgodnie z protokołem wraca, stawia herbatę na szafce nocnej obok łóżka,a potem się ulatnia. O plecy nawet nie zapytała.

 

Środa, 30 września 2026, 17:10, pokój Lilki

 

Krystyna wraca z miasta. Słyszę szelest toreb w kuchni. Pewnie wpadła w szał zakupowy. Jak zawsze. W tym domu już nic mnie nie zdziwi,bo znam mechanizmy tej wadliwej maszyny zwanej moja rodziną na pamięć. Na przykład wiem że matka za parę sekund wpadnie do mojego pokoju. Zawsze tak robi gdy wraca do domu po parogodzinnej nieobecności. O, i miałam rację. Od razu zauważa że coś jest nie tak. Oczywiście że zauważa, w końcu to moja matka. Może nie ma dostępu do mojej głowy, ale o tym jak bardzo i kiedy się krzywię mogłaby pisać doktorat. A teraz siedziałam. Teoretycznie nic dziwnego, za to nie wsadzają za kraty. Tyle że w moim przypadku długotrwałe siedzenie jest męczące. Nie dość że, boli,to jeszcze się garbię bardziej niż zwykle. Zwyczajnie się to nie opłaca.Naturalnym jest to że przez większość wolnego czasu po prostu leżę odłogiem. A teraz siedziałam tak krzywo, że nosem prawie dotykałam kolan. Mogłabym prowadzić kursy jogi. Certyfikat mam jak w banku.

- Co ci?

- Upadłam.

- Czyli?

Opowiadam krótko. Jeśli się rozgadam to Krystyna zacznie panikować jeszcze bardziej niż zamierza. Bo to że zamierza jest pewne tak jak pewne jest to że Wigilia jest dwudziestego czwartego grudnia.

Miałam rację Matka blednie i robi to, czego się po niej spodziewam: Podbiega do mnie, tak jakbym bez jej interwencji groziła mi śmierć po wypadku, udziałem paru metalowych rurek na krzyż. Gwałtownie podnosi mi t-shirt po czym milknie. To oznacza że sprawa jest poważniejsza niż myślałam, skoro nawet Krystyna nie potrafi machnąć na to ręką. Nie zarejestrowałam też żadnego dramatu w trzech aktach i na tym etapie zaczęłam zastanawiać się czy kosmici nie porwali mi rodzicielki i podstawili jakiegoś humanoida.

 

- To nie jest żadna rana- mówi w końcu. - To jakiś rów! Basia ci tego nie opatrzyła?

- Przetarła chusteczką.

Krystyna nagle się zrywa. Nie zatrzymując się rzuca mi przez ramię, że jedzie po maść do naszej wiejskiej apteki i że może zdąży jeszcze przed zamknięciem. Wybiega z mojego pokoju jakby coś ją paliło. Słyszę tylko brzęk kluczyków w przedpokoju a potem silnik naszego starego opla.

 

Czwartek, 1 października 2026, 14:35, kuchnia

 

Nie pojechałam dziś do Magdy, bo i tak bym nie dała rady ćwiczyć.

 

Basia przyszła, zawsze to więcej godzin do wpisania w miesięcznym zestawieniu. Teraz siedzimy wszystkie we trzy przy stole. Basia z Krystyną śmieją się z jakiegoś filmiku z tańczącymi kotami które obie widziały na TikToku. Oczywiście nie dają sobie nawet wytłumaczyć że to dzieło niskobudżetowego AI. Według nich całkiem naturalne jest to że koty tańczą makarenę na dwóch łapach. A to moje pokolenie namiętnie oskarżano o naiwność w sieci.

W takich chwilach żałuję że nie mam przy sobie słuchawek.

Nie wiem czemu, ale czuję jakby coś mnie uwierało w środku, ale nie rozumiem o co chodzi. Wiem tylko że na pewno nie o koty.

 

Czwartek, 1 października 2026, 21:05, pokój Lilki.

 

Krystyna siada na brzegu mojego łóżka, tuż za moimi plecami z, tubką maści w ręce.

- Wiesz - mówi, wcierając mi delikatnie chłodną maść w ranę. - Basia powinna cię bardziej pilnować. Strach was zostawiać same.

Pewnie chce bym jakoś zareagowała. Czy to energiczną zgodą czy też gorącym sprzeciwem. Ważne by były emocje, bo emocje są czymś co Krystyna czyta bez wysiłku, w przeciwieństwie do mojego chłodu. Tyle że ja nie zawsze czuję potrzebę reagowania na rozmówcę. Tak jak teraz. Po prostu nie mam niczego sensownego do powiedzenia. A od gadania po próżnicy w tym domu jest ona, a ja nie mam zamiaru zabierać jej tej roli.

 

Zamiast tego mówię:

- Szczypie.

- To znaczy, że się goi. - Odparła tonem specjalisty od wszelkich bolączek tego świata, po czym wyszła, bo właśnie zaczyna się jej ulubiony turecki serial.

 

Leżę na boku i patrzę w boazerię. Zawsze jakoś mnie to uspokaja. Tylko po czym ja mam się niby uspokoić? Upadek był wczoraj, adrenalina już dawno ze mnie zeszła. Jedyne, co umiem zidentyfikować, to że na myśl o Basi znowu czuję te dziwne uwieranie,to samo co dziś przy stole.

 

Nie wiem czemu.

Ale czuję.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania