Kroniki Elorien - Epilog
Minął miesiąc od naszego powrotu do Elorien. Miesiąc, co w życiu zwyczajnego człowieka może wydawać się całkiem długim okresem, zwłaszcza jeśli w tym czasie zdążył kilka razy zmienić zdanie, pokłócić się z sąsiadem i zapomnieć, po co właściwie wszedł do kuchni. W moim przypadku jest to jednak ledwie chwila. Przeżyłem ponad osiemset lat i zapewniam, że po takim czasie człowiek zaczyna inaczej patrzeć na upływ dni. Miesiąc potrafi minąć szybciej niż porządny obiad, szczególnie kiedy ma się do uporządkowania wspomnienia z wyprawy, podczas której widziało się więcej śmierci, demonów i głupich decyzji, niż powinien oglądać ktokolwiek przy zdrowych zmysłach.
Teraz już moją kronikę piszę na bieżąco. Postanowiłem usiąść i spisać to wszystko już teraz. Nie za rok, kiedy część szczegółów mogłaby się zatrzeć. Nie za dziesięć lat, kiedy ktoś z pewnością zacząłby opowiadać, że smoczyca była dwa razy większa, Astratus miał oczy płonące ogniem, a jeden z naszych młodych magów pokonał demona jednym zaklęciem. Tak właśnie rodzą się legendy. Najpierw ktoś coś widzi, potem ktoś inny coś dopowiada, następny świadek dodaje szczegół, którego wcale nie było, a po kilku pokoleniach mamy historię tak wspaniałą, że nie ma już w niej ani odrobiny prawdy. Tym razem chciałbym tego uniknąć. Dlatego piszę teraz, póki jeszcze pamiętam wszystko dokładnie.
Pamiętam drogę w góry, wóz, który zdecydowanie nie był najwygodniejszym środkiem podróży, małego Demona, którego Filius postanowił przygarnąć, choć reszta grupy miała na ten temat bardzo różne zdania, oraz pierwszy moment, kiedy zobaczyłem cień Astratusa. Pamiętam twierdzę, rozmowy Zherona z Venegasem, kolejne ślady demonów i list, który miał być ostrzeżeniem, a był w rzeczywistości początkiem znacznie większej gry. Pamiętam walkę z demonem bykiem, pamiętam rany, strach i zmęczenie młodych magów, a potem wszystko, co wydarzyło się wokół Demonka.
Tego również nie zamierzam pomijać. Demonek nie był wielkim potworem. Nie zagrażał całym królestwom. Nie posiadał armii ani niezwykłej mocy, która mogłaby przesądzić o losach świata. Był małym, czarnym stworzeniem o wielkich, smutnych oczach, które potrafiło robić rzeczy zdecydowanie obrzydliwe z jedzeniem i wydawało z siebie dźwięki, których nie potrafię opisać bez użycia słowa „kwakanie”. Filius jednak się do niego przywiązał. Dla niego nie był potworem. Był żywą istotą, którą należało chronić.
Bram miał inne zdanie. Dzisiaj nie mam zamiaru rozstrzygać, który z nich miał rację. Życie jest na to zbyt skomplikowane, a ja jestem zbyt stary, żeby udawać, że każda historia musi mieć prostego winnego i prostego bohatera. Wiem natomiast, że decyzja Brama miała konsekwencje, których być może nie przewidział. Wiem też, że Filius mu tego nie wybaczył. Przynajmniej jeszcze nie. Być może kiedyś to się zmieni. Być może nie. Nie będę zgadywał.
A skoro już wspomniałem o młodych magach, powinienem zapisać kilka słów o tych, którzy wrócili.
Kadir nadal jest Kadir. Nadal czyta więcej, niż człowiek powinien, nadal próbuje zrozumieć wszystko, co się wydarzyło, i zapewne prędzej czy później stworzy własne opracowanie dotyczące demonów, Astratusa, smoczycy oraz wszystkich błędów, które popełniliśmy. Jestem niemal pewien, że opracowanie będzie miało kilkaset stron i ani jednego żartu. To ogromna strata papieru, ale znam ją na tyle dobrze, że wiem, iż nic jej przed tym nie powstrzyma.
Bram trochę się zmienił. Nie stał się nagle człowiekiem pozbawionym poczucia humoru, na szczęście, bo wtedy musiałbym uznać, że smoczyca zniszczyła coś jeszcze poza obozem na płaskowyżu, ale jest w nim więcej ostrożności. Być może zrozumiał, że nie każdą decyzję da się cofnąć, a niektóre wybory zostają z człowiekiem znacznie dłużej, niż by sobie tego życzył.
Filius z kolei wrócił do swoich roślin, ziół i mikstur. Wydaje mi się, że właśnie wśród nich czuje się najlepiej. Rośliny przynajmniej nie kłamią, nie zabijają swoich przyjaciół i nie próbują przejąć władzy nad światem. Z drugiej strony, nigdy nie widziałem rośliny próbującej ukraść komuś obiad, więc może po prostu nie dałem im wystarczająco dużo czasu.
Zhana nadal dochodzi do siebie. Fizycznie jej rany goją się dobrze, choć po tym wszystkim, co przeszła, nie należy oczekiwać, że po miesiącu zapomni o bólu. Psychicznie jest podobnie. Zhana była jedną z tych osób, które podczas całej wyprawy próbowały myśleć o innych, nawet kiedy sama ledwo stała na nogach. Nie wiem, czy kiedykolwiek przestanie wracać myślami do ostatnich chwil Laerii. Wiem natomiast, że nie mówi o tym często.
I jest jeszcze Lucien. O nim powinienem napisać trochę więcej. Przez pierwsze dni po powrocie prawie nie wychodził ze swojego pokoju. Później zaczął pojawiać się na zewnątrz, ale nadal unikał większości ludzi. Nie jest już tym samym chłopakiem, który wyruszał z Elorien przekonany, że każdą przeszkodę można pokonać odrobiną odwagi i wystarczająco dużym płomieniem. Trudno powiedzieć, czy to dobrze. Doświadczenie ma bowiem tę paskudną właściwość, że bardzo często przychodzi dopiero wtedy, kiedy człowiek najbardziej żałuje jego braku Lucien chciał zakończyć walkę ze smoczycą. Chciał być bohaterem. Nie będę udawał, że nie widziałem tego wcześniej. Widziałem. Już podczas pierwszych walk rzucał się do przodu szybciej, niż ktokolwiek zdążył pomyśleć, a jego wiara we własne możliwości rosła z każdym kolejnym sukcesem. Tym razem jednak zapłacił za tę pewność siebie najwyższą cenę.
Laeria zginęła. I niezależnie od tego, ile razy można będzie powtarzać, że smoczyca była wyczerpana, że jej ruch był nieprzewidywalny, że wszystko wydarzyło się w ułamku chwili i że Lucien nie chciał jej trafić, pozostaje jeden fakt, którego nie da się zmienić. To jego Inferno uderzyło w Laerię. Nie wiem, co z tego wyniknie. Może pewnego dnia Lucien nauczy się żyć z tym wspomnieniem. Może stanie się dzięki temu lepszym magiem. Może będzie ostrożniejszy, bardziej odpowiedzialny i przestanie uważać, że największe zaklęcie jest zawsze najlepszym rozwiązaniem. A może poczucie winy będzie go prześladować przez wiele lat. Nie znam odpowiedzi.
Laeria zasługuje na coś więcej niż historię, w której jej śmierć staje się jedynie lekcją dla kogoś innego. Była młodą czarodziejką, która przez długi czas nie potrafiła znaleźć swojego miejsca. A potem, w najgorszej możliwej chwili, odkryła w sobie coś niezwykłego. Wzbiła się nad smoczycę na świetlistych skrzydłach i przez kilka chwil była dokładnie tym, kim zawsze mogła zostać. Nie zdążyła się przekonać, jak daleko mogłaby zajść To jedna z tych rzeczy, których nie lubię w świecie.
Jeśli zaś chodzi o smoczycę, jej śmierć zakończyła jedno zagrożenie. Była potężnym stworzeniem, skażonym czarną magią, i gdyby przeżyła, mogłaby wyrządzić ogromne szkody. Nie będę więc udawał, że jej pokonanie nie było konieczne. Było. Tyle tylko, że konieczność nie sprawia, iż śmierć staje się czymś łatwym do zaakceptowania. Zwłaszcza kiedy obok martwego smoka leży ciało młodej czarodziejki. Zostały po niej zgliszcza obozu, kilka ocalonych przedmiotów i wspomnienie, którego nikt z uczestników tamtej wyprawy nie pozbędzie się już do końca życia.
A jednak życie poszło dalej. Tak zawsze robi. Elorien bez zmian wygląda jak Elorien. W warsztatach pracują magowie, na ścieżkach pojawiają się uczniowie, ktoś znowu kłóci się o miejsce przy stole, a nauczyciele narzekają na młodych tak samo, jak narzekali przed naszym wyjazdem. Jest w tym coś pocieszającego. Człowiek mógłby pomyśleć, że skoro świat nadal działa, to wszystko jest w porządku.
Nie jest. Nie całkiem. Astratus jest na wolności. To najważniejsza rzecz, której nie wolno nam zapomnieć. Smoczyca była tylko jednym z elementów jego planu. Demony były elementami planu. My również nimi byliśmy. Astratus obserwował nas, sprawdzał, jak reagujemy, poznawał nasze słabości i cierpliwie budował coś, czego nadal nie potrafimy dostrzec w całości. Nie wiem, ilu ma ludzi. Nie wiem, gdzie są jego kryjówki. Nie wiem, jak daleko sięga jego wpływ. Wiem natomiast, że gdzieś planuje swoje kolejne ruchy.
Dlatego, kiedy dzisiaj zapisuję te słowa, nie zamierzam kończyć tej historii stwierdzeniem, że wszystko skończyło się dobrze. Nie skończyło się. Zakończył się pewien rozdział, owszem. Smoczyca nie żyje, demony zostały pokonane, młodzi magowie wrócili do Elorien, a Twierdza znów jest spokojna.
Ale Astratus gdzieś jest. I to wystarczy. Jeżeli miałbym teraz, miesiąc po naszym powrocie, spisać wszystko, co rzeczywiście wiadomo o Astratusie, lista nie byłaby ani szczególnie krótka, ani szczególnie pocieszająca. Co gorsza, większość informacji, które posiadamy, pochodzi od niego samego, a człowiek, który buduje swoją potęgę na strachu, tajemnicach i manipulacji, raczej nie słynie z tego, że przekazuje prawdę w wygodnie uporządkowanej formie. Mimo to pewne rzeczy możemy uznać za niemal pewne. Astratus istnieje. Jest bardzo doświadczonym magiem i opanował magię cienia na poziomie, którego większość współczesnych magów nawet nie potrafi sobie wyobrazić. Potrafi pojawiać się i znikać w cieniu, pozostawać niezauważonym, wpływać na istoty magiczne, wywoływać strach i niepewność, a przede wszystkim działać w taki sposób, aby jego przeciwnicy przez długi czas nie byli nawet pewni, z czym właściwie mają do czynienia. Widzieliśmy go osobiście tylko kilka razy, a mimo to jego obecność towarzyszyła nam niemal od początku całej wyprawy.
Pierwszym jego znaczącym działaniem, o którym wiemy, było otwarcie Portalu Demonów w górskiej twierdzy. Nie wiemy dokładnie, w jaki sposób tego dokonał, ale wiemy, że przeszedł przez zabezpieczenia, pokonał lub zabił strzegących portalu ludzi, przeprowadził własny rytuał i doprowadził do jego otwarcia. Późniejsze wydarzenia pokazały, że nie był to przypadkowy atak ani zwykła próba uwolnienia demonów. Astratus wykorzystał otwieranie portali jako część znacznie większego planu. Zdołał również doprowadzić do osłabienia zabezpieczeń prowadzących do Demonicznego Królestwa, a przynajmniej wykorzystać ludzi, którzy znajdowali się wewnątrz tego miejsca. Kilku strażników i magów zdradziło swoich towarzyszy, a rebelianci osłabili barierę na tyle, że cienista smoczyca mogła wydostać się na zewnątrz. Nie mamy dowodu, że Astratus osobiście rozkazał każdemu z nich wykonać konkretne czynności, ale wszystko wskazuje na to, że jego wpływy sięgały znacznie dalej, niż początkowo przypuszczaliśmy.
Potem pojawiły się demony. Astratus nie tylko wiedział o ich istnieniu, ale potrafił nimi manipulować. Wykorzystał kilka z nich do własnych celów, a przynajmniej tak wynikało z jego własnych słów. Jeden demon został przez niego zaatakowany magią cienia i okaleczony, ponieważ przestał być mu potrzebny. Inny został wykorzystany jako przynęta. Jeszcze inny miał doprowadzić nas do miejsca, w którym mogliśmy zostać zaatakowani. Demony nie były dla niego sojusznikami w zwykłym znaczeniu tego słowa. Były narzędziami. Jeśli jakieś stworzenie przestawało być użyteczne, Astratus pozbywał się go bez najmniejszego wahania. To właśnie wtedy zrozumiałem, że jego zainteresowanie Wielką Magią nie jest wyłącznie poszukiwaniem dawnej potęgi. On chce tę potęgę podporządkować sobie i używać jej tak, jak człowiek używa broni.
Jednocześnie Astratus bardzo dobrze rozumiał ludzi. To być może jego największa przewaga. Mógłby próbować pokonać swoich przeciwników siłą, lecz zamiast tego najpierw sprawdzał, jak zareagują na zagrożenie. Obserwował nas. Wiedział, że Lucien jest ambitny i łatwo daje się sprowokować. Wiedział, że Filius przywiąże się do Demonka. Zauważył talent Brama, inteligencję Kadir i determinację Zhan y. Dostrzegł również coś w Laerii, czego ona sama przez długi czas nie potrafiła dostrzec. Nie mówił tego wszystkiego przypadkowo. Każde słowo miało nas dotknąć w odpowiednim miejscu. Każde miało sprawić, żebyśmy zaczęli myśleć o nim nie tylko jak o wrogu, ale również jak o kimś, kto być może rozumie nas lepiej niż nasi nauczyciele. I muszę przyznać, że właśnie dlatego był tak niebezpieczny. Nie próbował przekonać nas, że jest dobrym człowiekiem. Próbował przekonać nas, że ma rację.
Jego największym celem pozostaje Wielka Magia. Astratus uważa, że współczesny świat zapomniał o prawdziwej potędze magów. Według niego magia powinna ponownie stać się siłą, która budzi respekt, a nawet strach. Magowie mieliby zajmować najważniejsze miejsca przy władcach, decydować o losach królestw i być traktowani nie jako rzemieślnicy wykonujący pożyteczne zaklęcia, lecz jako ludzie stojący ponad zwykłymi mieszkańcami. Nie ukrywał przede mną swojej pogardy dla obecnego porządku. Twierdził, że magia słabnie, że magowie stają się coraz mniej potrzebni i że sami pozwolili, aby ich znaczenie zniknęło. W jednej rzeczy trudno odmówić mu spostrzegawczości. Rzeczywiście, magia nie odgrywa już w świecie takiej roli jak dawniej. Tyle że ja, mając za sobą trochę więcej lat niż większość obecnych członków Rady Magów, wiem również, że dawniej magia nie zawsze służyła ludziom tak dobrze, jak Astratus lubi o tym opowiadać.
Jego metoda działania jest jednak znacznie ciekawsza niż sama idea. Astratus nie prowadzi otwartej wojny. Nie wysłał armii pod mury Elorien. Nie ogłosił się królem i nie próbował zająć żadnego miasta. Zamiast tego buduje sieć wpływów. Zbiera ludzi, którzy wierzą w jego idee. Część z nich dołącza dobrowolnie. Innych, jak sam przyznał, zamierza zmusić później. Wykorzystuje demony, portale, strach, pojedyncze ataki i informacje. Sprawdza reakcje przeciwników, bada ich zabezpieczenia i zmusza ich do wykonywania ruchów, które są mu potrzebne. Nawet historia z Demonkiem nie była więc wyłącznie próbą pozbycia się jednego stworzenia. Astratus chciał zobaczyć, czy wykonamy jego rozkaz. Chciał sprawdzić, jak daleko można nas popchnąć. Chciał zobaczyć, czy strach przed konsekwencjami okaże się silniejszy od naszych przekonań.
I tutaj dochodzimy do rzeczy, która nie daje mi spokoju najbardziej. Astratus nie chciał po prostu zabić Demonka. Chciał, żebyśmy zabili go sami. Mógł przecież spróbować zrobić to własną ręką. Zamiast tego stworzył sytuację, w której decyzja miała należeć do nas. Następnie wykorzystał jej konsekwencje. Śmierć Demonka sprowokowała smoczycę, a smoczyca doprowadziła do kolejnych wydarzeń. W efekcie Astratus otrzymał coś, czego nie mógłby uzyskać samym zaklęciem — sprawdził, jak zachowamy się pod presją i jak łatwo można nas zmusić do podjęcia decyzji, których później będziemy żałować. Nie wiem, czy wszystko od początku przewidział. Nie sądzę zresztą, aby ktokolwiek był w stanie przewidzieć każdy szczegół. Ale wiem, że potrafił wykorzystać nasze decyzje, kiedy już zostały podjęte.
Do tego dochodzi jeszcze jego wiedza o magii cienia. Astratus twierdzi, że nigdy nie przekroczył granicy dzielącej ją od czarnej magii. Nie mam podstaw, by uznać to za prawdę, ale również nie mam dowodu, że kłamie. Magia cienia sama w sobie nie jest czarną magią. Jest trudna, niebezpieczna i bardzo łatwo można wykorzystać ją w niewłaściwy sposób, lecz samo jej używanie nie czyni z maga sługi czarnej magii. Astratus nauczył się jednak wykorzystywać ją do wpływania na innych. Potrafił wywoływać lęk, dezorientację i poczucie zagrożenia. Potrafił sprawić, że przeciwnik zaczynał reagować nerwowo, zanim jeszcze doszło do prawdziwej walki. A to jest przewaga, której nie da się zmierzyć siłą zaklęcia.
Nie wiemy natomiast, skąd Astratus czerpie całą swoją wiedzę. Nie wiemy, gdzie się szkolił. Nie wiemy, ilu ma zwolenników. Nie wiemy, gdzie znajduje się jego siedziba ani ilu magów rzeczywiście działa dla niego. Nie wiemy, ile posiada informacji o portalach, demonach i magii cienia. Nie wiemy nawet, jak długo przygotowywał swój plan. Możemy jedynie przypuszczać, że znacznie dłużej, niż trwały nasze wydarzenia w Górach Srebrzystych. Zbyt wiele elementów było już gotowych. Zbyt wiele osób wiedziało, co ma robić. Zbyt wiele rzeczy wydarzyło się dokładnie wtedy, kiedy były mu potrzebne.
Wiemy za to jedno: Astratus nie został pokonany. Żyje. Ma swoich ludzi, ma wiedzę, ma doświadczenie i — co chyba najgorsze — nadal uważa, że jego działania są początkiem czegoś większego. Nie wiem, jaki będzie jego następny ruch. Nie będę udawał, że potrafię go przewidzieć. Przez ponad osiemset lat nauczyłem się jednej rzeczy, której nie nauczyły mnie żadne księgi: ludzie są najbardziej nieprzewidywalni właśnie wtedy, kiedy są przekonani, że wszystko już zaplanowali.
A Astratus jest człowiekiem, który planuje bardzo dużo. Dlatego nie nazwałbym go obecnie największym magiem, jakiego spotkałem. Na takie określenie trzeba sobie zasłużyć czymś więcej niż kilkoma pokazami potęgi i grupą przestraszonych zwolenników. Nie nazwałbym go również najpotężniejszym przeciwnikiem, z jakim miałem do czynienia. Widziałem przez te wszystkie lata rzeczy znacznie potężniejsze od człowieka. Astratus jest jednak jednym z niewielu, których niepokoi mnie nie dlatego, że wiem, co potrafią zrobić, lecz dlatego, że wciąż nie wiem, czego jeszcze mogą spróbować.
Na tym kończę tę część mojej kroniki. Nie dlatego, że historia dobiegła końca — przeciwnie, byłbym bardzo naiwny, gdybym tak sądził — lecz dlatego, że na tym etapie nie mam już niczego, co mógłbym dopisać bez zgadywania. A zgadywanie zostawiam tym, którzy lubią później udawać, że od początku wiedzieli, jak wszystko się skończy. Ja wolę pamiętać wydarzenia takimi, jakimi rzeczywiście były, dlatego odkładam pióro właśnie teraz, kiedy wspomnienia są jeszcze świeże, a ślady tamtych dni nie zdążyły zniknąć pod warstwą opowieści i cudzych wyobrażeń.
Czy przyjdzie mi jeszcze do nich wrócić? Zapewne. Po tylu latach nauczyłem się, że niektóre historie mają wyjątkowo nieprzyjemny zwyczaj upominania się o dalszy ciąg. Mam też nieodparte wrażenie, że Astratus nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a skoro tak, prędzej czy później znów będę musiał znaleźć kawałek spokojnego miejsca, zdobyć pergamin i przypomnieć sobie, dlaczego właściwie zacząłem to wszystko zapisywać. Mam nadzieję, że tym razem podróż będzie mniej męcząca. Choć, znając życie, zapewne będzie dokładnie odwrotnie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania