Pokaż listęUkryj listę

Z rozmaitości Czarownika Farloka: Kto ma na pieńku z Najwyższym Taboretem cz.5

Woźnica jawił się jako człek bałamutny, niegospodarny i unikający regularnych natrysków higienicznych. Najsampierw obwieścił flegmatycznym tonem, iż do samiuśkiego miasta to mu nie po drodze.

– Jest taka wiocha spora na szlaku, nic szczególnego, ale rozdroże mają i przewozy z samego budżetu Wodzireja opłacane.

Sknerowąs westchnął ciężko, jakby najmniej dwie świńskie golenie oblane browarem spożył.

– Nie wiesz, z kim zadzierasz, łachmyto! – zakrzyknął pozbawiony cierpliwości Zgred.

– Jak wam chodaki niemiłe, droga prosta – odparł bez większego rozdrażnienia woźnica.

Farlok znowu przechodził epizod nienaturalnego milczenia połączony z gwałtownym spadkiem sił witalnych. Słaniał się na nogach, wręcz przysypiał.

– Inne możliwości nie ma – powiedział cichaczem do swego wspólnika Sknerowąs.

– Brednie sadzisz. Możemy sklepać lico tej szui dokładnie.

– Konie nie ruszą pod dyktando byle kogo. Są wyuczone aby bandy bandyckie na gościńcach nie przypuszczały ataków rabunkowych.

– Skoro tak, trzym mnie, bo i tak zasądziłem w swym sumieniu, aby sprać woźniczą gębę.

Łowca przyjął postawę do ataku, ale po głębszym namyśle i kolejnych argumentach ze strony Sknerowąsa, odpuścił bitke.

– Przyjmujemy umowę – odparł na zgodę, choć przez zęby.

Woźnica prychnął jedynie bez satysfakcji i nakazał sadzać tyłki do powozu.

Ruszyli głębokim wieczorem, gdy na zachodniej części nieba smugi purpury i różu bladły z wolna, ustępując zasłonie nocy. Teoretyk wiedzy magicznej, wciąż pod wpływem regresu życiowego, oparł głowę o boczną ścianę powozu, mając przed oczami widok na zachodni nieboskłon. W jednej z ulotnych chwil był prawie pewny, że ujrzał tam obiekt co najmniej dużych rozmiarów, na pewno skrzydlaty. Po tym fakcie wszyscy zgromadzeni w strefie przewozowej i woźnica na szpicy usłyszeli skrzek jakby ptaszyska gabarytowego. Konie odczuły ukłucie zdenerwowania, niespokojnie napinając lejce. Wtem rozległ się huk uderzenia i coś zwaliło się na dach powozu z wysoka, nieomal przebijając go na wylot. Woźnica, zaprawiony w eliminacji podenerwowania swych towarzyszy dorobku, zdołał zapanował nad zaprzęgiem, po czym odwrócił się by sprawdzić skalę uszczerbku na powozie.

– Na wszystkie plagi plugawe! – warknął rozsierdziony. – Nieletnim truchłem pada!

Farlok na dźwięk uderzenia oprzytomniał z miejsca.

– O czym prawisz, bałamutny woźnico? – zapytał z niesmakiem Papa Zgred.

Obaj ze Sknerowąsem wysiedli z powozu, wpierw jednak łowca dokładnie umocował swą zdobycz, czyli maga.

– Nie myśl, że to ci pomoże, łachmyto – rzekł wrogim tonem.

Teoretyk wiedzy magicznej tylko uśmiechnął się pod nosem, na co rozgniewany łowczy omal nie uruchomił machiny klepania sążnego po licu. Powściągnął żądze gniewu, gdyż oto krzyk gardłowy wprost z trzewi Sknerowąsa wydobył się w obłąkańczym jazgocie.

– Czemu to wznosisz ryk gardłowy? – zapytał łowczy.

Sknerowąs zbył wszelkie sygnały, wciąż lamentując sążnie nad balastem w postaci trupa młodziana.

– Bracie! – krzyknął nagle jeszcze głośniej, z większą mocą, jakby czekał na ten moment całe życie.

– Kimże był ten brat twój, skoro jako trup zimny z nieba przybył? – zastanawiał się głośno woźnica, wciąż mając baczenie na swe konie.

– Kim by nie był, należy go z powozu ściągnąć – stwierdził Zgred i razem ze swym wspólnikiem zabrali niechciany balast na pobocze traktu. Na szyi umarlaka zawieszono tabliczkę z napisem namalowanym krwią nieboraka, pozyskaną z nacięć w okolicach nadgarstków.

NIEOPIERZYN, RODEM ŁACHMYTA, DENAR PRZYWŁASZCZYŁ, KANALIA NIEMYTA.

– Pragnę zemsty! – zawołał donośnie Sknerowąs. – Pragnę krwi, jestem jej żądny!

– To nie wchodzi w rachubę, towarzyszu umowy – zastrzegł Zgred. – Hajneken z denarem czeka.

– Brata porzucić mi sugerujesz?

– W mieście nocne straże stacjonują. To sprawa dla ich trybów. Nic mi do tego. Jedynie za denarem podążam, bom robotę wykonał.

– To jego sprawka! Szubrawca i nicpoń!

– O kim mówisz? – dopytał Zgred.

– O chlebodawcy mego brata. Naczelnym ancymonie tych stron. Jednakże głowę mą zaprząta, skąd krewniak mój drugiego stopnia linii bocznej przywłaszczył denar? Za jeden posiłek odpracowywał należność jako pastuch służebny. Jeśli złodziejstwem się parać zaczął…

Łowczy z pierwszego pokumał dokąd nitki prowadzą. On sam wyrok na tego nieboraka niepiśmiennego wydał. Lecz skąd mógł wiedzieć, iż w tych stronach ciemne moce znaczą swe bytowanie?

– Pojmij, iż na trakcie wielu kupców bywa. Jeśli jeden choć sakwę miał przetartą, denar z niej łatwo mógł zbiec.

Sknerowąs nie wydawał się usatysfakcjonowany tą możliwością. Nadal cicho lamentował pod nosem, a zimne truchło jego brata wciąż sztywno spoczywało w leśnym runie pobocza.

– Nie taki los mu był pisany, lecz harówka beznadziejna, odpłata mizerna i śmierć w bólach na łożu chwalebna! Abyśmy wiele jeszcze słów ze sobą zamienili.

Czarownik Farlok czuł się w tej sytuacji haniebnie pominięty. Był ledwie tłem dla wydarzeń, w dodatku pojmanym i ubezwłasnowolnionym za pomocą klątwy. Większą rolę zdawało się spełniał woźnica bałamutny i niegospodarny. Ten zaś pomiot sterczał teraz lekko z boku i grymasem złości na gębie oznajmiał, iż po korek ma lamentów i zbędnego postoju.

– Za uszkodzenia policzę sowicie – odparł kwaśno. – Na twoje barki to zrzucam, bracie tego tu o, truchła nieletniego.

Sknerowąs spojrzał na dziadygę wrogo.

– Niech cię wszelkie pluskwy i wszy i co tam jeszcze, zniewieściały, gburny warchole! – ryknął niczym trąba wojenna i ruszył na oponenta.

Łowczy nie zdołał w porę pochwycić zadeklarowanego licobijce, tak więc Sknerowąs dysponując wolnym polem manewru przypuścił atak zdecydowany i brzemienny w skutkach. Woźnica zdołał raz wyprowadzić cios, ale chybił o stokroć, celując finalnie w powietrze. Sknerowąs zaś w szale gniewnym i z zamiarami niecnymi okładał dziadygę raz po raz. Nim nieborak ostatnie tchnienie z powodu uszczerbku zamierzał wydać, Papa Zgred odciągnął w trudach kompana w umowie. Woźnica zaś sapiąc w boleściach i jęcząc odpłynął na dłużej, lecz nie ostatecznie.

– Żałość ci osąd zaślepiła, durny wieśniaku! Czas nas goni, denar czeka! Jak teraz trafimy o czasie do miasta?

– Nie moja to już sprawa. Wszak brata straciłem, a i witalność mi spadła.

– Nie trwoń czasu w rozterkach i żalu. Nieborakowi sztywnemu pochówek się należy, a tobie danar dla ran okrycia.

Zwodzony słowem cwanym i zagrywkami dla mniej lotnych, Sknerowąs przystał na plan Zgreda łowcy. Ciało nieboraka Nieopierzyna pozostawili na poboczu, ukrywając je jedynie pod warstwą leśnej ściółki. Farlok, oswobodzony z części zatrzasków, wysiadł i zaczął uważnie przyglądać się staraniom jego porywaczy. Woźnicę usadzili w powozie, a łowczy ruchem klepiącym w pośladki końskie zmusił zaprzęg do nagłego zrywu. Powóz ruszył przed siebie.

– Nie miej złudzeń – zapewnił Zgred. – To konie powozowe. Nie zboczą z traktu. Lepiej jednak by woźnica nie poznał, w którym miejscu brat twój spoczął chwilowo.

Sknerowąs skinął tylko głową.

– Ruszaj, magu – ponaglił łowca. – Cała nadzieja w naszych nogach.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania