Z rozmaitości Czarownika Farloka: Kto ma na pieńku z Najwyższym Taboretem cz.4
Musiał przyznać Ankietus, że zawiłe korytarze Wieży Najwyższego Taboretu sprzyjały głębokim rozważaniom na tematy wszelakie. Choć z zewnątrz budowla wydawała się smukła, wręcz ponętna dla co poniektórych entuzjastów sztuki budowlanej, zaprawiona w magicznym zaklęciu, tak naprawdę wewnątrz jawiła się jako przepastny zbitek wielu korytarzy i komnat. Ankietus szedł i szedł, myślami będąc gdzieś zupełnie na innym krańcu tematycznym. Jego głos i tak nie miał znaczenia. Rada była nieprzenikniona, jak to zwykle nieprzeniknione są stare pierniki zasiadające od eonów w radach. Żaden argument nie mógł być w stanie zapoczątkować choćby minimalnego procesu myślowego wyrwanego z głównego nurtu. Zafrasował się nad zagadnieniem tego maga-konowała, istotnie miernego, bezobjawowego w kwestii talentu magicznego, a jednak w jakiś sposób wyjątkowego. Ankietus był młodym magiem, jeśli wziąć na wzór któregoś z pozostałych zasiadających w Najwyższym Taborecie. Nie widział wielu przewrotów i wojen, które stoczono zanim go poczęto. Ale, do diaska i na samą magię, czy to oznaczało, iż jego zdanie jest zasadnie marginalizowane?
– Owszem, Ankietusie – usłyszał, niby to w myślach a jakby i w rzeczywistych częstotliwościach.
Odwrócił się i ujrzał autora słów. Radglebon Żyzny, mag ziemi stał dumnie, oczekując swą postawą wyjaśnień. Jego toga wydawała się wręcz stworzona z gleby, próchna i kawałków gałęzi. Głos zaś brzmiał jak trąba bitewna. Ankietus słusznie więc poczuł w tylnych partiach swej togi ruchy obiektu nieproszonego, oznakę podenerwowania.
– Czy mi się dobrze zdaje, czy swą młodzieńczą arogancję przelewasz na podważanie głosu Rady?
– Mylne wysuwasz wnioski, Radglebonie Żyzny. Przemawiają przez ciebie uprzedzenia – odparł z powagą Ankietus.
– Przemawiają obawy, że twoje miejsce nie jest przy nas, ale wśród pełzającego ścierwa bezobjawowych robaków gatunku ludzkiego i ledwo magicznych osobników plugawego sortu, jak cały ten Farlok.
Młodszy mag wyraźnie przygasł w swej postawie, czując na barkach ciężar wątpliwości Żyznego. Choć w korytarzu panował półmrok twarz czarownika ziemi była widoczna dobrze. A malował się na niej grymas zniecierpliwienia.
– Nurt Wszechistnienia zaufał mi, a ja ufam jego osądowi. Mam wielką nadzieję, iż i ty Radglebonie nie masz ku tej decyzji obiekcji – rzekł w przypływie nagłego ożywienia.
Mag ziemi przez moment stał w milczeniu, jakby zupełnie niewzruszony.
– Jego los jest przesądzony, Ankietusie – zabrzmiał głos jak tuba, albo ta jednak wokalnie uzdolniona kurtyzana w przybytku srogiego cudzołóstwa. – Ostateczna narada przed nami. Jednomyślności oczekujemy wszyscy. Wypełnij swą powinność a puszczę mimochodem twe młodociane nieścisłości.
– Zrobię to, co zgodne z moim osądem, Radglebonie. To święta zasada Rady. Żaden mag nie ma prawa narzucać drugiemu własnego zdania.
Czarownik ziemi zaśmiał się tubalnie. Pierwszy raz jego twarz przybrała delikatnie łagodniejsze rysy.
– Wy młodzi i ta gorąca miłość do kodeksów. Czytałem twoje myśli, Ankietusie. Są skażone brakiem wiary w Najwyższy Taboret. Daje ci szansę, Oni nie zamierzają – rzekł i odszedł tak bezgłośnie jakby lewitował.
***
Czarownik Farlok, teoretyk wiedzy magicznej, do niedawna zbieg, obecnie cenny łup do przekazania komu trzeba za denar, stał jako te widły w gnoju przed przybytkiem rozpusty, przytwierdzony solidnie łańcuchem do kolumny. Mijający go wieśniacy ochoczo pluli na togę, twarz i pod stopy. Szczerzyli przy tym pojedyncze egzemplarze uzębienia w stanie agonalnym. Potem wesoło znikali za wrotami uciech. Papa Zgred i jego towarzysz w niedoli umowy Sknerowąs od jakiegoś już czasu sążnie odbierali abonament na chędogie zabawy na pięterku. Zgred nie był do końca przekonany o uczciwych pobudkach swojego towarzysza. Nieufność zdradzał na każdym kroku, lecz ostatecznie i jego chuć dała się przekonać na frywolny skok przed dalszą drogą. Mag sterczał zaś pełny gniewu i frustracji. Klątwa nie pozwalała mu nawet wywołać małej iskierki. Był bezużyteczny jak pospolity żebrak w ostatnich dniach swego życia.
– Coście takie przybite – zaśmiał się chrapliwie jeden ze wsioków opuszczających przybytek.
Dwójka innych służalczych parobków wtórowała ochrypłym rechotem.
– Twoją parszywą gębę zapamiętam, przysięgam na księgi prastare! – warknął Farlok, ale wieśniak niewiele na te groźby dygnął.
– W portki możesz se narobić, magu. Teraz to my pany a ty cap bez kuśki! – zawołał radośnie i odszedł w swoją stronę, wyraźnie dumny.
Nim Zgred i jego kompan zjawili się ponownie, teoretyk wiedzy magicznej musiał znieść jeszcze wiele przykrych, haniebnych i soczyście obelżywych aktów werbalnej przemocy.
– Dobrze się spisałeś, magu – zagaił z uśmieszkiem Sknerowąs.
Farlok spojrzał na niewysokiego ancymona spode łba. W tamtej chwili był gotów wygryźć mu z trzewi co najmniej wątrobę, dwie nerki i śledzionę.
– Do miasta piechotą jest pół dnia – zboczył z tematu po krótkim milczeniu Sknerowąs.
Zgred wciąż smakował wspomnienia ostatnich donośnych przeżyć z cycatą białogłową. Wydawał się być myślami daleko od celu podróży.
– Podymał, a teraz pomyśl! – syknął wspólnik. – Pół dnia lub denar dla woźnicy. Ruszymy o świcie.
Zgred spojrzał na kompana.
– Ruszamy dzisiaj. Wołaj powóz.
– Nie zdążymy przed zmrokiem.
– Nie zależy mi na tym. Mag stanie przed Hajnekenem nim minie północ.
Komentarze (11)
Wąsaty? Ma wąsy. Cycata ma duże cycki. Napisz - kobieta z dużymi cyckami nie wychodziła mu z głowy. Jej cycki jak wielkie olbrzymie monstrualne bańki z mlekiem przypominały mu beztroskie życie.
Tak. Dużaaaa kobieta. Ja lubiẹ krzywe. 😉
Kobieta ma ciało.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania