Pokaż listęUkryj listę

Z rozmaitości Czarownika Farloka: Kto ma na pieńku z Najwyższym Taboretem cz.3

Nieopierzyn był prostym wieśniakiem z rodu pastuchów służebnych. Nie oczekiwał więc od życia zbyt wiele. Prawdę mówiąc ta egzystencjalna zgryzota, przemielona przez tryby bezdusznego feudalizmu, za godny dzień uważała odpracowane należności i jeden pełny posiłek w ich trakcie. O wodę nie musiał się martwić nigdy. Pasał krowy na zielonych łanach łącznych, które frywolnie przecinała rzeka, meandrująca od lewa do prawa. Kiedy skończył czwarty rok życia został przydzielony do zamożnego kmiecia, zaszczutego w swej aroganckiej pyszności, chlebodawcy wielu prostaków z wiochy. Od tamtej pory już równo dekadę sprawował służbę uczciwie. Tego dnia, jak zwykle o tej porze, doglądał stada, mieląc w ustach źdźbło trawy. Po bosych stopach niekiedy przebiegały różnorakie robactwa, ale Nieopierzyn przywykł do ich delikatnego oznaczania swej bytności na skórze. Akurat znajdował się blisko traktu, jednego z mniej uczęszczanych – wąskiej ścieżki wychodzącej z ciemnego lasu, mistycznego zalążka pierwotnego strachu wiejskiej gawiedzi.

– Stój, popaprańcu wiejski! – usłyszał głos donośny, pełen zagniewania ukierunkowanego w jego drobne, wychudzone oblicze.

Ścieżką podążał jegomość o rysach ostrych i wzroku przebiegłym, ze swym łupem w postaci, jak dobrze wywnioskował Nieopierzyn, maga niższej kategorii. O takich opowiadał mu jego brat Sknerowąs, który już dwie wiosny służył na przyuczeniu czeladniczym w cechu szubienicznym za wsią, skąd wiele stryczków wędrowało na wszelkie stronice świata.

– Takich często wieszają, bo to konowały, łachmyty i jurne podymacze – rzekł raz Sknerowąs.

Nieopierzyn nie był przekonany, co oznacza ostatnie ze słów, ale nie miał zamiaru podważać racji swego brata.

– Podejdź natychmiast, służebny pastuchu – warknął Papa Zgred, plując przy tym grubymi kroplami śliny i flegmy.

– Czego ci trzeba, Panie? – zapytał pokornie nieletni, pochylając głowę.

– Szukam cechu szubienicznego, wskaż drogę. I lepiej dla ciebie, abyś mnie nie zwodził.

Nieopierzyn wiedział doskonale, iż przybysze o ostrej mowie i morowym smrodzie są prawdomówni, a w swych czynach boleśni i bezwzględni.

– Tak, Panie, idziesz w dobrą stronę. Tam, o, za wiochą, na prawicy.

– Ileż ci płacą, pokorny sługusie? – zapytał niespodziewanie Papa Zgred.

Nieopierzyn poczuł jak nogi wiotczeją w momencie.

– Ale, Panie… – zaczął ostrożnie, z wyczuwalnym nerwem w głosie. – Życie wiodę godne, uczciwe.

– Nie wątpię struchlały pastuchu. Golenie ci więdną na same słowa. Masz więc denar i odejdź pokornie.

Młodzian ujrzał w swych dłoniach ekwiwalent wielu tygodni pracy i jeszcze zanim odszedł ze szczęścia w szaty poszarpane się zmoczył.

Farlok milczał, choć przyglądał się sytuacji uważnie. Kiedy kroczyli gęstwiną leśną miał zamiary aby przypuścić atak na porywcza, jednak okiełznał w sobie chęć obezwładnienia bolesnego przeciwnika, czując że nie da mu to dużej przewagi. W głowie miał do tego gonitwę myśli. Głównie sceptycznych i skrajnie nihilistycznych, przez co i morale ogólne w teoretyku wiedzy magicznej spadały.

– Przodem, magu, czekają na nas – powiedział tajemniczo Papa Zgred.

– Oby ugościli dobrym jadłem – podłapał mag, ale łowca nie odpowiedział już.

Weszli do wsi, mijając domostwa, ławy lokalnego sądu oraz miejsce kaźni zasądzonych: szubienicę i stół do rąbanki. Koło tego ostatniego kręciło się sporo ptactwa i jeden chudy wyżeł, na oko w ostatnim etapie swego dojmująco nie dokarmionego żywota. Farlok szedł pewnie, starając się nie dać satysfakcji Zgredowi, który za to dziwnie jak na niego umilkł. Nie jątrzył, nie wywierał presji słownej, przestał co chwilę poganiać.

Minąwszy przybytek uciech cielesnych rodzaju męskiego, wybyli z wiochy i oto po prawicy, jak wskazał pokorny acz zaszczuty strachem pastuch, znajdował się cech. Papa Zgred na jego widok spochmurniał, jakby sama tu obecność wywoływała w nim trwały dyskomfort, choćby świąd okolic odbytu.

– Czy to nasz cel podróży? Nie wyglądasz na uradowanego – syknął Farlok, dumnie prężąc pierś.

– Twoje zaczepki nijak się mają do kwoty jaką za ciebie mi dadzą moi chlebodawcy. Uwierz mi, magu. Jesteś cenniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Taki pseudomagiczny pomiot winien być w pełnej ekstazie.

Nim Farlok zdołał wykrztusić słowo pojawił się przed nimi kolejny osobnik.

– To on? – zapytał wskazując na maga.

– We własnej osobie – odparł z przekonaniem Farlok, wbijając pełen zaciekawienia wzrok w nieznajomego.

– Nie myśl, że przywykłem do tej umowy, Sknerowąsie. Nadal mierzi mnie ona, oj mierzi.

– Nie bądź taki sceptyczny, Zgredzie. To dobra umowa. Ty umiesz łowić, a ja mam sprawną nić powiązań. Hajneken zapłaci sowicie. Obaj odjedziemy godnie rozliczeni. Nasz pyskaty i od niedawna morderczy konował to prawdziwa złota kaczka.

Sknerowąs uśmiechnął się cynicznie. Był niższy od Zgreda, ale emanował magnetyzmem, który wynagradzał niedostatki we wzroście.

– Oby – warknął jedynie łowca.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Bettina 2 godz. temu
    25017654
  • zsrrknight 2 godz. temu
    644469
  • Bettina 2 godz. temu
    Bo nie mogẹ dodac do obserwowanych :( 😞
  • C₁₂H₂₂O₁₁ godzinę temu
    Zmienili przybytki. 😂
    "– Szukam cechu szubienicznego, wskaż drogę." – To mnie zainteresowało.
    Za język co dodaje animuszu i Farloka charakterność masz 5!
  • Aleks99 godzinę temu
    Wiosna idzie, to i Farlok wybywa z jamy. Dziękować

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania