Inne kolory życia - część XXIX
27/28 września, 2011 Morowo
Godz. 23.45
Bogumiła Czerwińska siedziała w kuchni na swoim miejscu obok okna i w ciszy rozmyślała nad słowami księdza Rzymczyka. Edward nie wracał, ale kobieta nie łudziła się, że do rana zobaczy męża w mieszkaniu. Wiedziała, że Edward pójdzie na miasto. Może zdąży złapać jakiś miejski autobus. Morowo nie cierpiało na przeludnienie, pod tym względem wydawało się małym miastem, ale było bardzo rozwleczone po okolicy. Ciągnęło się niczym makaron spaghetti ze wschodu na zachód, wzdłuż rzeki, a przez ostatnią dekadę masowa sprzedaż ziemi na zabudowę blokowisk w północnej części zaczęła przyprawiać miastu z lotu ptaka piwny brzuszek. Z tego powodu komunikacja autobusowa miasta i okolic istniała już przeszło piętnaście lat.
Za oknem w sąsiednim bloku widać było jeszcze dużo prostokątów w różnych odcieniach żółci wpadającej czasami w pomarańcz. Ludzie wciąż wracali z drugiej zmiany do mieszkań, niektórzy lubili siedzieć do późna, inni nie mieli wyboru targani bezsennością. Bogumiła straciła syna. Była pod tym względem ewenementem na skalę osiedla. Przynajmniej w tej chwili. Kilka lat temu podobny los spotkał Sołtysików z bloku obok, którego z okna w kuchni nie dało się zobaczyć. Arek Sołtysik miał dwadzieścia lat kiedy jechał z kolegami nad morze. Corsa jednego z nich wypadła z trasy numer siedem i uderzyła w drzewo. Licznik zatrzymał się na stu trzydziestu kilometrach. Nikt nie miał wątpliwości, że uderzenie przy takiej prędkości dawało nikłe szanse na przeżycie. A jednak. Jeden z trojga nieszczęśników, Bartek Wolski przechytrzył los według niektórych. Wylądował na wózku do końca życia, ale oddychał, mówił, żartował. Nie wpadł w depresję dzięki rodzinie. Skończył studia. Arek został zmiażdżony. Tak mówiła jego matka Bogumile. Po tamtych wydarzeniach nie rozmawiały ze sobą więcej. Teraz kobieta pomyślała, że rozmowa z Sołtysikową mogłaby cokolwiek pomóc.
Dźwięk dzwonka na początku ją wystraszył. Nie spodziewała się go. Czy to Edward? Była prawie pewna, że nie. Pewnie siedział już w jakimś barze i kończył którąś z kolei kolejkę. Wyjęła z szuflady tłuczek do mięsa zakończony z jednej strony toporkiem. Do drzwi podeszła powoli. Zerknęła przez judasza. Postać wyglądała znajomo, ale facet był odwrócony do drzwi tyłem, jakby chciał za wszelką cenę ukryć swoją tożsamość. O tej porze nagła wizyta? Czuła, że serce podskakuje do gardła. Tylko tego brakowało, pomyślała.
– Kto tam jest? – zapytała głośno.
– Bogumiło, to ja, ksiądz Rzymczyk.
Kobieta przez moment stała jak wryta. Musiała się upewnić.
– Imię! – warknęła.
– Słucham?
– Podaj cholerne imię!
– Jonasz! Jonasz, na Boga!
To był on, proboszcz Rzymczyk.
Na zegarze wybiła północ. Ksiądz proboszcz Jonasz Rzymczyk sączył powoli herbatę z dwiema czubatymi łyżeczkami cukru. Bogumiła doskonale wiedziała, że taką właśnie lubi. Ona piła zwykłą mineralną wodę, aby jedynie zwilżyć gardło. Siedzieli przez długą chwilę w kompletnej ciszy i półmroku z jedyną palącą się lampką pod okapem kuchenki.
– Felek pewnie jest w prosektorium przy szpitalu – powiedział Rzymczyk.
Bogumiła przytaknęła.
– Musimy więc to zrobić tej nocy. Niezwłocznie – dodał zaraz potem.
– Co ma ksiądz na myśli?
Kobieta wyglądała na zgubioną. Proboszcz widział w niej owieczkę szukającą ratunku za wszelką cenę. Mąż-degenerat-pijak siedział w barze i na własny sposób radził sobie z traumą. Nie, on nie radził sobie. Zapijał ból, który z kacem powróci podwójnie silny. Jonasz gardził takimi ludźmi. A Edward Czerwiński nigdy nie wspierał kościoła parafialnego, żadnych zbiórek, choćby tych na dzieci z sierocińców katolickich. Renowacje świątyni też były dla niego niepotrzebnym wydatkiem. Biedna ta Boguśka, myślał Rzymczyk.
– Nie chcesz, żeby sprofanowali jego ciało. To oczywiste. Ja też tego nie chcę.
– Rozmawiałam z jednym policjantem, który posiada pewnie kontakty, ale…
– Niczego nie wskóra. Poobiecuje, a potem będzie przepraszał gorliwie, że nie dał rady.
Bogumiła patrzyła na księdza wytężonym wzrokiem. Nie poznawała proboszcza w żadnym calu. Poważny, głęboki ton głosu, rysy twarzy jak u mężczyzny po wielu przejściach. Zawsze pogodny, niosący dobrą nowinę ksiądz zniknął. Pozostał zgorzkniały, rozczarowany światem cień dawnego Jonasza Rzymczyka.
– Wiesz, tak się składa, że i ja posiadam pewne znajomości.
Proboszcz uśmiechnął się lekko, ale nadal był to uśmiech niedający złudzeń, że twarz należy do pogodnego faceta. Wyjął z kieszeni spodni klucz.
– To jest mój plan – powiedział.
Bogumiła zrobiła pytającą minę.
– Klucz do prosektorium – wyjaśnił Jonasz Rzymczyk. – Posiadam go od znajomego pracownika kostnicy. Dorobił w zamian za przysługę.
– Można wiedzieć jaką?
Proboszcz schował klucz szybkim ruchem dłoni.
– To nieistotne. Każdy ma swoje tajemnice. Ale dzięki temu kluczowi uratujemy twojego syna i być może jeszcze kilkoro innych osób.
– Jak to ma się do…
– Musimy spalić prosektorium.
Bogumiła zbladła. Zacisnęła dłonie na blacie stołu i przełknęła nerwowo ślinę.
– Boże, to straszne – powiedziała z lękiem w głosie. – Nie możemy.
– Owszem. To jedyne wyjście. Z prochu powstałeś i w proch się obrócić, a pan wskrzesi cię w dniu ostatecznym. Tymi słowami należy kierować się bezwzględnie.
Kobieta nie wyglądała na przekonaną.
– Myślałem, że los syna nie jest ci obojętny, Bogumiło. Po to dzwoniłaś.
Siwiejąca grzywka księdza Rzymczyka opadła na wysokie czoło. Mężczyzna odgarnął kępkę włosów jednym ruchem, po czym wyczekująco spojrzał w stronę kobiety swymi dużymi zielonymi oczami. Zwykle widać w nich było nadzieję, teraz tliła się tam determinacja.
Bogumiła wstała i podeszła do wyjścia na korytarz. Zapaliła światło w kuchni. Czterdziestowatowa żarówka rozświetliła niewielkie pomieszczenie.
– To niewykonalne i niezgodne z prawem. Wsadzą nas za kratki.
– Ależ skąd. Wiem dokładnie co robić. Wiedziałem, odkąd dowiedziałem się o śmierci Felka. Było oczywiste, że będą węszyć. Śmierć na przystanku kolejowym młodego chłopaka, w kwiecie wieku. Wada serca to trochę za mało, aby obejść się bez sekcji zwłok.
– Skoro tak… – Bogumiła nadal nie chciała tego robić. Ale z drugiej strony wiedziała, że nie może pozwolić, aby kroili jej syna. Skoro innego wyboru nie było…
– Zaufaj mi, z bożą pomocą uda się.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania