Poprzednie częściInne kolory życia - część I

Inne kolory życia - część XXXI

28 września 2011, Morowo

Auto skręciło w boczną uliczkę, nazwaną na cześć jakiegoś lokalnego społecznika z czasów dzikiego kapitalizmu lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Zuza zgasiła silnik i dwa razy upewniła się, że wyłączyła światła. To był jej stały rytuał. Hanna siedziała na fotelu pasażera jak przerażona dziewczyna mająca zaraz wysiąść i iść do ogólniaka zdawać maturę. Przez całą drogę nie rozmawiały ze sobą. Nie brakowało tematów, ale ani Zuza, ani Hanna nie uznały za odpowiednie wychodzenie przed szereg. Stanęło na długiej ciszy i nasłuchiwaniu pomruków silnika samochodu.

– Facet czeka i jest jakiś narwany – powiedziała Zuzanna, jakby chcąc jeszcze mimowolnie dobić Hannę z rykoszetu.

– To był błąd – odparła pasażerka.

– Jedyne rozsądne wyjście poza zapadnięciem się pod ziemię.

Siedziba lokalnej rozgłośni radiowej mieściła się w starej, jednej z wielu wymagających remontu kamienicy w rynku miasta, na drugim piętrze. Wchodziło się od strony podwórka ciemną klatką schodową, po drewnianych, skrzypiących stopniach. Cuchnęło wilgocią i kocimi szczynami. Radio powstało pięć lat wcześniej. Od roku mówiono o potencjalnej zmianie siedziby z uwagi na pozyskane środki, ale po czasie temat ucichł na tyle mocno, że radiowcy przestali wierzyć w zapewnienia zwierzchników.

Będąc w połowie drogi na klatce schodowej, Hanna zatrzymała się nagle.

– Nie idę – oświadczyła. – To kompletny debilizm. Nie wiem, po jaką cholerę ja tu jestem.

Zuza miała już odpowiedzieć, ale wtedy z góry rozległ się głos.

– To wy? Świadek już czeka i się niecierpliwi mocno.

Marek Kaliniak był dziennikarzem z zamiłowania. Skończył kurs, a praca w radiu trafiła się nieoczekiwanie po telefonie od znajomej. Robimy radio, wchodzisz w to? Usłyszał to pytanie pięć lat temu. I tak zostało. Prowadził audycję z gośćmi w porannej ramówce.

Zaprosił do przerobionego na siedzibę radia mieszkania. Zuza była już tu kilka razy. Marek oprowadził ją i opowiedział o zmianach, jakie tam zaszły. Nadal jednak wnętrza wyglądały jak kwatera w starej kamienicy.

Świadek siedział na mało wygodnym krześle w wydzielonej strefie robiącej za poczekalnię, przegrodzonej cienką ścianką z karton-gipsu od części gdzie prowadzono audycje. Hanna miała wrażenie, że zna go o wiele dłużej niż od tej feralnej stłuczki z tamtym chłopakiem. Facet też poznał kobietę wpatrującą się w niego ze strachem w oczach. Był niski, łysawy, z piwnym brzucholem i krzaczastymi brwiami.

– To ta blondyna – powiedział. – Gdzie się tak spieszyłaś, hę? Chłopaka prawie rozjechałaś.

– Prawie robi różnicę – odparła, uznając, że całkowita uległość wobec tego skarlałego łysola nie może mieć miejsca.

– Z tobą będą psy gadać, nie ja. Gdzie ten drugi świadek? – Facet spojrzał w stronę Marka oskarżającym wzrokiem.

– W zasadzie to…

– Chcemy porozmawiać, jak człowiek z człowiekiem – wtrąciła się Zuza. Czuła, że nie powinna, że znowu to robi, rzuca w nicość wyskoki Hanny, ale to było silniejsze od niej. Potem powie o sobie per głupia, kiedy stanie przed lustrem w łazience, zobaczy kobietę, która naiwnie wierzy, że ludzie się zmieniają.

– Nie ma o czym gadać, paniusiu. Blondyna potrąciła chłopaka. Przeturlał się jej po masce jak piłka. Dobrze, że sobie niczego nie złamał… – Zawiesił głos, czując, że powiedział za dużo. Nerwowo zaczął wodzić wzrokiem po zgromadzonych. Był już tak blisko i teraz, jak widać, wszystko w niwecz?

– Jak to nic sobie nie zrobił? Czyli, że…

– Tu chodzi o sprawę, a nie o to czy sobie coś zrobił. – Facet przerwał Markowi lekko rozedrganym głosem. Tonący brzytwy się chwyta, ale ból wytrzymują nieliczni, większość tonie w bezkresie beznadziei.

Hanna nadal czuła strach. Spojrzała w geście ratunku na dziennikarza. Jego czarne włosy bez choćby nitki siwizny sprawiały, że chciała mu powiedzieć to w oczy. Farbujesz czuprynę, ale zacznij siwieć z godnością. Po tym wszystkim co chciał dla niej zrobić byłaby do tego zdolna. Przeraziła się na tę myśl, a strach zaczął wylewać się z oczu jeszcze bardziej.

– Chłopak jest cały, nawet pewnie nie będzie miał wielu siniaków. Szczęśliwie położył się na masce i zapewne siła uderzenie nie była aż tak duża jak Hannie się wydawało. W stresie ludzie wyolbrzymiają wspomnienia. Czego tu szukasz człowieku? – Marek zaczął swą dziennikarską śpiewkę. Przez kilka lat w lokalnym radiu jego język wyostrzył się, dykcja nabrała klarowności. Zuza poczuła tę różnicę od razu.

Facet zbliżył się od dwa kroki w stronę Marka. Może tego chciał, choć w głębi ducha uciekał od przeszłości, od zemsty. Nakręcił tę spiralę na siłę.

– Gówniarz stchórzył. Pracowałem nad nim dobry kwadrans, ale rozbeczał się, bo jego kumple mówią, że na psiarnie chodzą kapusie.

– Ja naprawdę nie chciałam. On sam wparował mi na samochód. Nie zauważyłam…

– Zawsze byłaś ślepa! – wrzasnął facet.

Hanka cofnęła się, zatrzymując dopiero kiedy plecy dotknęły futryny. Zuza spojrzała w stronę Marka. Pomyślała, że jego postura wychudzonego nerda nie sprosta nabuzowanemu łysolowi po pięćdziesiątce.

– Proszę już wyjść – powiedział surowym tonem Marek, ale mężczyzna wydawał się mieć go w tyłku. Wbił wzrok w Hannę.

– Wtedy też byłaś ślepa. Pamiętasz? – Nie mógł już ugrać na tym nic więcej. Została bolesna szczerość, kłujące wspomnienia, z niechęcia odgrzebane i pokolorowane na nowo.

– Nie wiem, o czym pan mówi.

– O jebanej Disco Rosie dwadzieścia lat temu! Muszę przyznać, że niewiele się zmieniłaś. Widać, że nie masz dzieci, może jedno nieudane małżeństwo, ale na pewno jesteś bezdzietna. Rysy twarzy bez śladów bezsennych nocy, oczy bez troski matki. Pewnie to spojrzenie jest tak samo ślepe jak wtedy.

Zuza zaczęła rozumieć, zanim jeszcze Hanna wypaliła, że mężczyzna stojący teraz przed nimi to kierowca Punta, przed którego maskę wtargnęła.

– To ty – powiedziała cicho, prawie na wydechu.

– Prawie cię poharatałem. Zabrakło centymetrów. Ale to im wystarczyło. Widzieli ciebie i mnie. Byłaś chyba niezłą dupą, bo tłukli naprawdę mocno. I powtarzali w kółko, że to dla ciebie. Nie ujechałem dwustu metrów. Zagrodzili mi drogę z przodu i z tyłu dwoma autami. Wyszedł jakiś młokos, kazał jechać za nimi. Przystawił mi scyzoryk do gardła. Naciął skórę dla pewności, że na pewno nie ucieknę. Mieli, kurwa, rację. Bałem się jak diabli.

Mężczyzna zacisnął obie dłonie w pięści. Obie bezsilne, pokornie słuchające nerwowego głosu.

– To nie nasza wina. W Rosie kręciło się mnóstwo szumowin…

– Nie przerywaj mi! Niech wie.

Ich spojrzenia spotkały się w krytycznym momencie decyzji. Zuzanna odpuściła.

– Skręciliśmy w boczną drogę, w pola. Tam kazali wysiąść, a potem tłukli. Po głowie, po brzuchu, po nogach, wszędzie. Wyłamali mi cztery palce. Jeden z tych, co głównie się patrzyli, przyjechał po mnie za jakiś czas. Chyba mu było szkoda albo bał się, że pójdzie robić za ciotę w pierdlu. Zawiózł do szpitala. Pewnie mnie uratował. Leżałem z dobry tydzień. Każdego dnia bałem się, że przyjdą i dokończą, żebym nie sypał. A wszystko, kurwa, przez ciebie, ślepa idiotko. – Otarł zaczerwienione oczy rękawem niemodnego swetra i odszedł bez słowa w stronę wyjścia, jak zombie wyzute z resztek determinacji do walki.

– Nie ma pan żadnych podstaw, żeby straszyć Hanię policją – powiedział suchym, sprawozdawczym tonem Marek.

Facet odwrócił się w jego stronę, potem spojrzał na Hankę, na jej trzęsącą się dłoń. Na pyzatej twarzy pojawił się lekki uśmiech.

– Nie muszę, to mi w zupełności wystarczy – odrzekł i zniknął na klatce schodowej.

We trójkę stali w milczeniu jeszcze długą chwilę. Potem Zuza, tknięta jakąś dziwną myślą odwróciła się w stronę Hanny. Złapała jej wiotczejące ciało w ostatnim momencie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania