Inne kolory życia - część XXX
28 września 2011, za Morowem
Wrócił do domu skwaszony. Przez całą drogę jechał w kompletnej ciszy, nie włączył radia. Gapił się na drogę jak porządny, przepisowy kierowca, choć myśli wędrowały w zupełnie inne rejony. Naprawdę potrzebował tej kasy, a okazja wydawała się idealna. Czasy się zmieniały. Wynajmowanie kiboli przestało być popularne. Ludzie stawiali na wyrafinowane szantaże i prywatnych detektywów, którzy śledzili potencjalną ofiarę, nakrywali na zdradzie albo nielegalnym procederze. Prosty, niezawodny kij bejsbolowy w ręku rosłego łysola wychodził z mody. Dlatego, kiedy ten debilowaty Piotruś do niego przyszedł z robotą, był wniebowzięty. A teraz wszystko poszło psu w dupę.
Wjechał do drewnianej budy służącej za garaż, zamknął auto, a potem okręcił łańcuchem drzwi chwiejącej się szopy, aby nie otworzył ich wiatr.
– Niech was kurwa wszystkich szlag! – zawołał sfrustrowany. Chyba po raz pierwszy wydusił z siebie narastającą złość.
Wyjął komórkę i wybrał numer do Piotra. W domu miał cholernie słaby zasięg.
– Siema, wpadnij w wolnej chwili – powiedział.
– Coś nie tak z naszą umową? – Rozmówca od razu wyczuł komplikacje.
– Ta, jest jakiś bigos na rejonie. Ale przez komórkę to ciul nie gadka. Wpadaj, mam sześciopak Tatry.
– Mam dzisiaj wolne, będę niedługo – odparł i się rozłączył.
Wszedł do domu, zdjął buty i od razu poszedł do salonu. Na stoliku przy fotelu stało otwarte piwo. Wydoił puszkę do dna. W kuchni krzątała się matka. Wróciła niedawno ze sklepu.
– Jędruś już jesteś? – zapytała tak jak zwykle. Nieważne czy nie było go w domu dziesięć minut, czy pół dnia.
– Nie mów do mnie Jędruś. Zaraz kolega przyjedzie – odparł, siadając wygodnie w fotelu.
– Oj, już bez przesady. Przemcio się nie gniewa nigdy na mnie za to – powiedziała, włączając w kuchni radio z ustawionymi falami na Radio Maryja. To był znak, że nie chce już rozmawiać dalej. Miała swoje rytuały i znaki, które znał na pamięć. Równie dobrze wryły mu się w pamięć co nienawiść do brata.
Piotr zajechał pod bramę po dwudziestu minutach. Zapukał uprzejmie do drzwi, spodziewając się, że Jędrek nie będzie w domu sam. Gdyby było inaczej, wszedłby na luzie jak do siebie.
Otworzyła pani Kurzaj. Kobieta miała grubo ponad siedemdziesiąt lat, ale trzymała zdrowie za mordę, jeździła na rowerze do sklepu i na spotkania lokalnego koła różańcowego. Czasami przebywała w domu rzadziej od Jędrka.
– Jest w pokoju, ale coś nie w sosie – powiedziała emerytka, uśmiechając się życzliwie.
Piotr przytaknął. Kiedy stanął w progu pokoju robiącego za salon, już wiedział, że kobieta nie myliła się.
– Co jest? – zapytał.
– Siadaj. – Jędrek wskazał na wytarty tapczan stojący pod ścianą po lewej.
– O jakim bigosie mówiłeś?
Łysol wyciągnął zza fotela dwie puszki Tatry. Wręczył jedną Piotrowi. Drugą otworzył od razu i wypił połowę zawartości. Otarł usta rękawem bluzy.
– Dwóch takich, co się kumam z nimi, zjebało sprawę.
– Jaką?
– Słyszałeś o tym trupie na przystanku w Kiścinnym?
Piotr zastanowił się chwilę.
– No, chyba w radiu coś bąkali o tym. Nie słuchałem za bardzo. Co ma ten trup wspólnego z naszą umową?
– Wychodzi na to, że wszystko. Chyba typa załatwili.
Piotr poczuł się nagle, jakby siedział w domu, do którego nie powinien przychodzić. W jednej chwili uświadomił sobie, że gada z gościem, którego kumple sprzątnęli jakiegoś chłopaka. Jędrek miał na koncie kilka dotkliwych pobić, ale Piotr jakoś nigdy nie zastanawiał się, czy któraś z tych obitych osób wylądowała przez to na wózku do końca życia albo już nigdy nie obudziła się ze śpiączki farmakologicznej? Kiedy godził się na pomoc tamtej kobiecie czuł, że jest panem sytuacji. Ale co tak naprawdę chciał osiągnąć? Tak bardzo nie lubił tego maszynisty? A może liczył, że po wszystkim ta babeczka da mu gdzieś za garażami na osiedlu w ramach wdzięczności.
– Coś tak zbladł? – Jędrek uśmiechnął się pogardliwie i dopił browar do końca. – W tym fachu to normalka.
– Masz jakąś głowę na koncie?
– Co?
Piotr nie wierzył, że o to spytał. Z Jędrulą kumplowali się wiele lat, ale koleś był, kim był, robił, co robił. Pewne pytania były zakazane. O niczym innym teraz nie myślał, nawet słuchał, co ten kibol ma do powiedzenia. Po prostu zapytał o to, co najbardziej leżało mu na wątrobie.
Jędrek otworzył kolejne piwo. Upił dwa łyki, nie spuszczając wzroku z Piotra.
– Koniec układu – powiedział. – Sprawa się rozjebała. Ale za fatygę policzę ci dwie stówy.
Piotr wyciągnął portfel posłusznie, wręcz odruchowo. Wyjął dwa banknoty stuzłotowe i położył na stoliku.
– A teraz wypierdalaj z mojej chaty.
Wyszedł bez słowa. Jędrek nie spuszczał go z oka. Siedział w fotelu, ale nie był wygodnie w nim rozłożony. Przyjął pozycję, jakby zaraz miał wstać i bez słowa wyprowadzić cios. Piotr przeszedł przez podwórko w amoku. Świadomość wróciła do niego dopiero na drodze. Zauważył, że nie włączył świateł, a hamulec ręczny nie jest zwolniony całkowicie. Silnik rzęził przeraźliwie. Nie zmieniał biegu. Jechał na dwójce, jakby chciał zakatować auto doszczętnie. Zjechał na najbliższą zatoczkę przystankową i oparł głowę na kierownicy. Oddychał szybko i nierówno.
– Już sobie poszedł? – Matka wyłoniła się z kuchni w swoim stylu, z rękami na biodrach.
– Zajęty był. Do pracy musiał.
– Brzydko go wyprosiłeś, synku – stwierdziła.
– Zasłużył.
Zdjął z wieszaka jesienną kurtkę i czapkę. Musiał odreagować ten przejebany dzień.
– Przemcio nigdy by…
– Koło chuja mi lata twój zasrany Przemcio! – krzyknął i bez słowa wyszedł, trzaskając drzwiami, ile miał tylko sił.
Matka posmutniała, ale nie była zaskoczona. Nie pierwszy raz musiała przyjąć na siebie gniew najmłodszego syna. Jego zmarły ojciec nigdy nie powiedział o nim dobrego słowa. Nadal uważała, że był w błędzie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania