Sklep rzeczy utraconych - rozdział 18
Pierwsze drzwi były zamknięte. Szarpnęła klamkę, usłyszała kroki za sobą i ruszyła dalej. Kilkanaście kroków dalej znalazła wąskie boczne przejście i bez namysłu w nie skręciła. Uderzyła biodrem o coś ciężkiego, przewróciła to w ciemności i pobiegła dalej, nie oglądając się. Własny oddech był teraz najgłośniejszą rzeczą, jaką słyszała. Bok rozbolał ją po kilkudziesięciu krokach, a materiał sukienki ciągnął przy kolanach, kiedy przyspieszała. Biegła, dopóki nie przestała słyszeć kroków za plecami. Dopiero wtedy zwolniła. Oparła się ramieniem o ścianę i stała tak, dopóki nie przestało jej szumieć w uszach. Nóż nadal tkwił w jej dłoni. Dopiero po chwili zdołała rozluźnić zaciśnięte na rękojeści palce.
— Panno Vale.
Zatrzymała się. Głos dobiegł z ciemniejszej części korytarza. Był znajomy. Eveline uniosła ostrze. Z półmroku wyszedł Lucien de Rhen. Miał na sobie koszulę w głębokim odcieniu śliwki, rozpiętą pod szyją i oprószoną pyłem. Jasne włosy, zwykle ułożone z przesadną starannością, opadały mu na czoło.
— Byłbym pani wdzięczny, gdyby opuściła pani nóż.
— Nie.
Lucien spojrzał na ostrze i skinął lekko głową.
— W tych okolicznościach trudno mieć pani to za złe.
Z korytarza za jego plecami dobiegł krzyk. Eveline drgnęła, ale Lucien czekał spokojnie, aż ucichnie.
— Proszę się odsunąć — powiedziała i zrobiła krok w bok.
— Veyr.
Zatrzymała się w pół ruchu.
— Zostawił pan te dokumenty celowo.
— Dla Vaelena. Interesowała mnie jego reakcja — powiedział. — Od dawna wiem, że lord Vaelen szuka Archen. Vaelen nie robi niczego bez powodu. Chciałem sprawdzić, czy Veyr coś dla niego znaczy.
— Jest pan bardzo pewny, że wie, co nim kieruje.
— Wystarczająco, żeby wiedzieć, że nie rusza na północ z ciekawości.
Gdzieś dalej coś ciężkiego uderzyło o mur, a chwilę później rozległ się trzask. Eveline odruchowo spojrzała w tamtą stronę. Lucien nawet się nie poruszył.
Powinna odejść. Każda kolejna chwila spędzona w korytarzu była ryzykiem. Ale Lucien mówił, a ona chciała usłyszeć więcej. Dopóki mówił, nie próbował jej zatrzymać.
— Więc czekał pan, żeby zobaczyć, co zrobi.
— I dostałem odpowiedź.
Uśmiechnął się lekko.
— Jest pani tutaj.
Eveline cofnęła się o krok. Lucien wsunął dłoń pod koszulę przy piersi, a ona natychmiast uniosła nóż.
— Spokojnie.
Wyjął niewielki pamiętnik w ciemnej, popękanej oprawie. Na okładce, prawie startym atramentem, widniało nazwisko.
Tamas Maret.
— To pan był w jej mieszkaniu.
— Byłem.
Przełknęła ślinę.
— A pani Maret…
— Nie.
Eveline przyglądała mu się, próbując wyczytać coś z jego twarzy. W końcu kącik jego ust drgnął, ale nie był to uśmiech.
— Wiem, jak to wygląda.
Obrócił pamiętnik w dłoni.
— Maret zapisywał rzeczy, których znaczenia zapewne sam nie rozumiał. Nazwy, miejsca, transporty.
Wsunął pamiętnik z powrotem pod koszulę.
— Mój ojciec przez blisko czterdzieści lat próbował ustalić, skąd naprawdę wzięło się bogactwo Archen. Sprawdzał rejestry, wydobycia, podatki, koncesje. I nic się nie zgadzało.
Mówił coraz szybciej. Z każdym kolejnym zdaniem tracił zwykły chłód.
— Aż w końcu zrozumiał, że przez cały czas szukał czegoś, czego nie było. Archen nie wydobywało złota. Wytwarzało je.
Eveline przypomniała sobie księgę w archiwum i starannie oprawiony na nowo grzbiet. Ręka z nożem zaczynała jej ciążyć. Mięśnie przedramienia drżały od wysiłku. Lucien musiał to widzieć.
Z głębi zamku dobiegł krzyk, urwany nagle w pół. W korytarzu pachniało kurzem i czymś spalonym.
— Ojciec był przekonany, że gdzieś musiał pozostać ślad. Resztę życia spędził, próbując go znaleźć. Ja go znajdę.
— Piętnaście stron — powiedziała cicho.
Lucien urwał.
— Z rejestru handlowego w archiwum miejskim — dodała. — Ktoś je usunął, a potem oprawił księgę na nowo. Bardzo starannie.
Lucien milczał.
— Pański ojciec.
— Uznał, że pewnych informacji nie powinno się zostawiać w miejscu dostępnym dla każdego.
Eveline zrobiła kolejny krok w tył. Poczuła chłód kamienia pod łopatkami. Dopiero wtedy zorientowała się, jak daleko cofała się podczas rozmowy. Przesunęła się wzdłuż ściany, w stronę bocznego korytarza.
— To nie jest moja sprawa.
Ruszyła ku przejściu, ale Lucien odezwał się za jej plecami.
— Nie pani sprawa mnie interesuje. Interesuje mnie Vaelen.
Zatrzymała się i spojrzała na niego przez ramię.
— A pani jest sposobem, żeby do niego dotrzeć.
Lucien ruszył powoli w jej stronę. Nie prosto na nią — przesunął się o kilka kroków w bok, stając między nią a wejściem do bocznego korytarza.
— Chce mnie pan użyć.
— Chcę, żeby Vaelen ze mną porozmawiał.
— A jeśli nie będzie chciał?
Lucien uśmiechnął się lekko i ściszył głos.
— Wtedy przekonamy się, jak wiele jest gotów zrobić, żeby panią odzyskać.
Eveline poczuła chłód na karku. Spojrzała na przejście za jego plecami.
— Nie wie pan, czy mu na mnie zależy.
— Nie muszę wiedzieć. Wystarczy, że jestem gotów to sprawdzić.
Zrobił kolejny krok, skracając dzielącą ich odległość. Eveline przesunęła ciężar ciała na tylną nogę.
— Nie pójdę z panem.
— Znam drogę, którą weszli.
— To proszę z niej skorzystać.
Lucien patrzył na nią przez chwilę.
— Panno Vale, naprawdę wolałbym, żebyśmy nie musieli przechodzić do mniej przyjemnej części tej rozmowy.
Eveline uniosła nóż.
— Proszę zejść mi z drogi.
Uśmiech Luciena osłabł.
— Nie mogę.
Z końca korytarza dobiegł szczęk stali, tym razem wyraźnie bliżej. Lucien zrobił krok w jej stronę. Eveline mocniej ścisnęła nóż. Rękojeść była wilgotna od potu.
Lucien wyciągnął rękę. Eveline cięła. Uchylił się i złapał ją za nadgarstek. Palce zacisnęły się tak mocno, że ból przeszedł jej przez całe przedramię.
— Proszę oddać mi nóż.
Szarpnęła ręką, ale trzymał mocno. Kiedy sięgnął drugą dłonią po rękojeść, Eveline nagle przestała walczyć. Poczuła, jak jego chwyt odrobinę słabnie. Obróciła nadgarstek w stronę jego kciuka, wyrwała rękę i cięła. Ostrze przecięło mu policzek aż pod skroń.
Lucien cofnął się gwałtownie. Przyłożył dłoń do twarzy, a kiedy ją odsunął, przez chwilę patrzył na krew na palcach.
— Nie...
Przycisnął palce do rany.
— Moja twarz...
Eveline już cofała się w stronę skrzyżowania korytarzy. Lucien podniósł na nią wzrok.
— Ty głupia dziewczyno — warknął, wciąż przyciskając dłoń do policzka.
Eveline odwróciła się i pobiegła.
— Panno Vale!
Nie zatrzymała się.
— Wracaj!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania