Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Drogi Triath część 11 Cisza przed burzą cz I (Albreht)

** **

Cisza przed burzą cz I (Albreht)

 

<Albreht leżał na swoim łóżku myśląc, nad sytuacją w jakiej się znalazł, z jednej strony ta cholerna kapłanka którą gardził jak mało kim, na świecie, obiecywał sobie, że jak będzie po wszystkim ucieknie jak najdalej od tego wszystkiego, może na nieznane ziemie. Chociaż mówią że ten obszar zabija szybciej niż zabójcy. A myśląc o zabójców kolejny problem Lalko, tej kobiety to się on naprawdę bał, było coś w jej oczach co budził w nim lęk i przerażenie, jej spojrzenie, nie było puste, ale było radosne i w sensie, że ją cieszyła śmierć innych i radowała się z tym, i miał nadzieje, że już nie spotka tej kobiety na swojej drodze, niech ona tylko wykona swoje zadanie a będzie można powiedzieć po sprawie. Kolejna sprawa która go męczyła była Kelena Podróżniczka, dla niego kobieta tajemnica tak można było, ją określić. Jej motywy nigdy nie były znane, i pytanie czego ona chciała od niego. Oczywiście mogło to być zwyczajne spotkanie dyplomatyczne, gdzie Imperatorowa pewnie będzie zapewniać go że atak był wykonany przez bandę kapitanów renegatów, a jeżeli nie jeżeli chodzi o Krąg. Nawet nie zadawał sobie pytanie skąd ta kobieta mogła wiedzieć o tym, wierząc plotką o niej ona wie wszystko o wszystkich. Będzie musiał się przygotować do spotkania z tą kobietą, nie ma sensu broni brać, bo jeżeli jest prawdą co powiedziała Lalko, że imperatorowa to pierwsza szpada Daharii, to on nie ma z nią, szans. Strażników nie weźmie na spotkanie nie będzie ich poświęcał. Spojrzał za okno i zrobiło mu się smutno, nawet w Adorii nie jest bezpiecznie, miasto aż huczało od plotek o demonie wychodzącym z cienia który zabija, o czym się przekonały Czarne Szpony, jeden plus tych plotek było to, że bezpieczniej się zrobiło na ulicach, bo wszelakiej maści zakapiory, i typ spod ciemnej gwiazdy, nie wychylały, i nie napadały, na mieszkańców, aby nie zwrócić na siebie spojrzenia demona z cienia. Muszę odpocząć powiedział sam do siebie, dziś zrobię piknik dla pracowników ambasady. Drzwi za skrzypiały i to wyrwało ambasador z ponurych rozmyślań, po chwili zobaczył uśmiechniętą twarz Miami która jak zwykle punkt siódma przychodziła ze śniadanie i kawą.>

- Dzień dobry jak się Panu spało. <Dziewczyna spojrzała na swojego pracodawcę ostatnio był zatroskany, jedne powód za troskania ona znała i pracowała nad tym aby wyeliminować go, ale innych powodów nie znała nad jednym się domyślała, że musi być ta kobieta z którą ambasador tak ostatnio rozmawia. Nią zajmie się w drugiej kolejności. >

-Wyspałem się . Miami odwołaj dziś moje wszystkie spotkania i powiedz ludziom że dziś idziemy na piknik za miasto. <Dziewczyna była bardzo zdziwiona jej pracodawca zawsze cenił swoją pracę i nie robił sobie wolnego od tak.>

-Panie czy coś się stało? <Głos dziewczyny był wyjątkowo zatroskany.>

-Nie. Chcę odpocząć. <Nie chciał dodawać że może być to jego ostatni dzień wolnego w jego życiu, aby Miami się nie martwiła o niego.> - Przyda mi się trochę odpoczynku od pracy a poza tym było by zbrodnią gdyby zmarnował taki piękny dzień na pracę. Tacę postaw na stole zjem i zejdę niech wszyscy będą gotowi. <Miami przyglądała się Albrhtowi chwilę wyczuła że nie mówi jej wszystkiego, ale odstawiła tacę na stół>

-Dobrze idę powiadomić pracowników. <Ukłoniła się z gracją po czym opuściła pokój. Po jakiejś godzinie ambasador z szedł do holu gdzie panowało poruszenie każdy był zdziwiony tym że Albreht dał każdemu dzień wolny i mieli ten dzień spędzić na pikniku, Miami tymczasem wyszła miała przygotowała dla każdego mały koszy piknikowy.>

-Moi drodzy, wiem że jesteście zaskoczeni tym, ale postanowiłem, że dziś ambasada będzie zamknięta a my odpoczniemy sobie na łonie natury, niech każdy weźmie kosz i ruszamy w drogę szkoda dnia. <Gestem dłoni wskazał drzwi, zebrani ludzie powoli odebrali swoje kosze i ruszyli na zewnątrz.>

-Udajemy się na Górę Smoka. < Tak był szumnie nazwany największy pagórek otaczający miasto, ale z jego szczytu można było zobaczyć całe miasto. Cały orszak ruszył w kierunku południowej bramy, idąc trzymali się bliżej zabudowań, samo miasto budziło się dopiero do życia nie licząc portów które nigdy nie spały. Albreht spojrzał w bok i zobaczył, jak wysoka rudowłosa dziewczyna dwiema dłońmi podnosi inną dziewczynę w kwiatowej sukni, biedna dziewczyna machała tylko nogami, nad ziemię. Ambasador się zdziwił bo nie wierzył oczom ale przy obu dziewczynach leżał wilk północy z wywalonym językiem, a całą scenę dopełniał mężczyzna w mundurze protektora który, starał się odciągnąć rudowłosą niewiastę od tej drugiej. Dzięki temu, że na ulicy jeszcze nie było dużego ruchu samo dojście do celu, zajęło około półgodzin. Ambasador stojąc na szczycie pagórka spojrzał w niebo i zobaczył błękit porannego nieba, słońce które dopiero budziło się do życia więc było czuć lekką bryzę od strony portu morskiego, który mieścił się w północnej części miasta. Sam port nie był duży, jak na takie miasto, aby wpłynąć do miasta należało przepłynąć cieśninę, w której aż się roiła od mielizn. W samym porcie było tylko sześć kej gdzie można było zacumować statek, dlatego, port tętnił życiem przez cały dzień. Statek dobijał do keji był rozładunek towarów pasażerowie wysiadali a statek odpływał do zatoki portowej i tam cumował albo czekał, na wypłynięcie z portu. W porcie znajdował się barak straży miejskiej gdzie zawsze było dziesięciu strażników którzy dbali o to aby nie było tam burd. Na skraju portu stała wielka drewniana szopa z metalowymi okuciami szumnie zwana suchym dokiem, tam dokonywano drobnych napraw prowadziła do niego wybrukowana droga, chyba jedna z lepszych dróg w mieści, tuż obok portu można powiedzieć że za płotem mieścił się targ głównie rybny, stragany tam był przeważnie drewniane, chociaż już swoje najlepsze lata miały za sobą, nie które stragany były zbutwiałe od wody. Idąc w kierunku portu morskiego, szło się jedną z dwóch dzielnic handlowych, budynki sklepów w tej dzielnicy były proste nie miały jakieś bogatych ornamentów, z budowane przeważnie z drewna sosnowego, i wzmocnione gliną, na witrynach sklepów królowały, głównie owoce morza wszelakiego rodzaju, czasami trafił się jakiś sklep ze słodyczami czy z tkaninami, odstęp między sklepami był zawsze około trzech metrów, i pilnowano tego bardzo dokładnie. Było to zabezpieczenie w razie pożaru, aby ogień się nie rozprzestrzenił na kolejne budynki, na co drugim dachy był zbiornik z wodą a raczej z deszczówką, która na padał do niego, zbiorniki były zrobione z najtańszej stali jaką można kupić, dlatego większość była już pokryta rdzą. Same sklepy miały dachy płaskie ich kształt był przeważnie kwadratowy czasem prostokątny, ale każdy z z nich miał co najmniej parter i piętro, na parterze znajdował się sklep a na piętrze mieszkała rodzina sklepikarza. Co bogatsi kupcy, budowali drugie piętro które robiło za strych. Im bliżej portu tym więcej straganów było i tym większa lichwa kwitła. Przy samym porcie znajdowała się dzielnica portowa, budynki w tej dzielnicy, wyglądały okropne przeważnie wyglądały jak jakieś leśniczówki gdzieś w środku lasu, zapuszczone, na nie których widać było nawet mech i pleśń były to domki parterowe, w nich mieszkali głównie dokerzy pracujący albo w porcie morskim albo w powietrznym. Ale dzielnica portowa była też nazywana noclegownią znajdowały się tam gospody, różnorakie od tych porządnych gdzie nie wpuszczano podejrzanego elementu, i które były chronione przez straż miejską, tak zwane gospody dla bogatej klienteli zamożnej jak Gospoda Złoty Paw, tam za noc 3 złote monety, ale klient miał pewność że nikt go nie okradnie nikt nie zabije czy nie dostanie w mordę. Te gospody były zbudowane z cegieł w każdej był piec a same pokoje były wyposażone jak u rzemieślników, zapewniające luksus, ale były takie Gospody jak Smoczy Ogon, które były mordowniami i miejscem spotkań najgorszych z najgorszych, prowadził gospodę człowiek z lud północy, o aparycji i posturze ogra, tam był nocleg tani ale nikt nie gwarantował, że obudzisz się żywy. Ale dzielnica portowa słynęła z domów rozpust, gdzie każdy mógł spełnić swoje fantazję. Taki dom można było bardzo łatwo rozpoznać, przeważnie był to stary magazyn z co najmniej z czterema piętrami a w oknach były przeważnie czerwone zasłony, a budynki były ceglane. W tych domach można było spełnić każdą fantazję jak ktoś chciał spróbować egzotyki i lykanke znalazł czy kotołaczkę jaszczurzycę, a jak ktoś miał fantazie to i młodego pięknego chłopca znalazł ustylizowanego jak kobieta te właśnie egzotyczne istoty najlepiej zarabiały. W zachodniej części miasta znajdował się powietrzny port, z Morskiego do Powietrznego prowadziła utwardzona droga przez zagajnik powozem można było się tam dostać w dwadzieścia minut jak miało się szczęście, a piechotą już czterdzieści minut. Port powietrzny był kilka razy większy i co go odróżniało, od morskiego, że był cały z cegieł, a na dach budynku, znajdowały się działa parowe, wielkie armaty, które wyrzucały pociski dzięki parze. Port ten był trudny do zdobycia ponieważ mieścił się na płaskowyżu, do które, od trzech stron prowadziła pionowa ścian z litej skały dopiero od strony miasta można było się dostać wchodząc pod górę drogą. Tam też miała swoją bazę marynarka powietrzna Adorii, szumnie nazwana marynarką było to parę kilka niszczycieli i parę korwet, ale Adoria nie musiała mieć potężnej floty, ponieważ była pod ochroną piratów, którzy, miasto tratowali jako bazę wypadową, żadnemu z Państw się to nie podobało, ale nic z tym nie zrobili, przyczyna była prosta miasto było zbyt strategicznym miastem, można powiedzieć węzłem komunikacyjny, który łączył cztery strony świata. Każde liczące kraina uznała Adorie, za Państwo Azyl pod ochroną piratów, co oznaczało, że każdy statek mógł rzucić kotwice w mieście, ale warunek był jeden nie mógł walczyć nad miastem. Podobnie jak przy porcie morskim tak przy porcie powietrznym kwitł handel, mała różnica była tak, że targ, bazar czy skupisko handlowe czy jak to można było nazwać tu można było kupić dobra z całego znanego świata . Sam targ był bardzo ciekawie pomyślany i to była nowość, na potrzeby targu przystosowano starą stocznię, wielki budynek z cegły okuty blachą, ta budowa miała jedne minus w zimie było w środku bardzo zimno a w lecie za gorąco. na wysokość trzech pięter, tam umieszczono stoiska kupieckie, mini sklepy. Tam można było kupić wszystko co dusza zapragnie od fikuśnych strojów z południa poprzez broń ludzi północy, czy alkohole z całego świata, lub ziołowe lekarstwa, Handel kwitł od samego poranka aż po późny wieczór. Minusem takiego położenia portu było, że aby się do niego dostać należało, przejść przez port morski. Proty były integralną częścią miasta, położonego na dwóch wyżynach, co powodowało, ze serce miasta czyli same centrum znajdowało, się na lekkiej nizinie. Do Adorii można było się dostać nie tylko drogą powietrzną czy morska, ale też lądową, od wschodu czy południa, aby dostać się drogą lodową do miasta należało minąć wielkie mury warowne gdy je się minęło od wchodu, zanim się dotarło do samego miasto taki podróżny przejeżdżał przez jak to mówili sami mieszkańcy Małą Adorię, była to mała wioska w której mieszkali rolnicy a wokół wioski były same pola uprawne. Mała Adoria miała swoją nawet karczmę niewielka drewnianą i dobrze utrzymaną, ze stajnią, przy samej karczmie znajdował się kowal, który nie narzekał na brak pracy, może podróżników poruszających się konno nie było dużo, ale zawsze ktoś się znalazł. Z drugiej strony po co kowal w porcie. Budynków mieszkalnych może było łącznie siedem głównie wykonane z drewna sosnowego. Mała Adoria była też nazywana spichlerzem miasta, bo tam znajdowały się magazyny ze zbożem i dwa młyny. Południowa strona część miasta była najmniej zaludniona powód był prostu jak się wyszło, południowej bramy jakieś dwieście metrów dalej zaczynał się las, przy którym stał tylko dwa budynki leśniczówka która pełniła rolę noclegowni dla drwali i tartak, jak się weszło głębiej w las w polną drużko można było dotrzeć do chatki zielarki. Na wysokości lasu znajdowało, się Góra Smoka wielki pagórek o łagodnym podejście, ale jako się na niego wspięło można było zobaczyć całą panoramę miasta Ale z południowej bramy najbliżej było do samego miasta. Samo miasto, można powiedzieć było podzielone na dzielnice im dalej od samego centrum tym więcej było budynków drewnianych i ty mniej zamożni mieszkańcy mieszkali tam, ale pilnowano jednej zasady, a szczególnie przy budynkach drewniany, że odstęp między nimi powinien być co najmniej trzy metry, jak nie więcej. Im bliżej centrum miasta tym pojawiało się więcej budynków z cegieł czy budynków wielo poziomowych, W sercu miasta była dwa budynki które były na przeciwko siebie kwatera protektorów i naprzeciwko niej budynek gubernatorski, gdzie urzędował sam gubernator i administracja miejska, może dwieście metrów dalej znajdowały, się placówki dyplomatyczne a raczej jedna placówka dyplomatyczna Ambasada Królestwa Traint, sam budynek miał aż cztery piętra i był cały z czerwonej cegły, był ogrodzony stalowym płotem, za którym można było zobaczyć zielony trawnik. Największą bolączką miasta było to, że ulice tam były bardzo wąskie a na dodatek był na nich położone stalowe pręty po których poruszały się parowe wagony, aby udrożnić jakoś ruch na ulicach wprowadzono zakaz poruszania się konno po mieście . Co jeszcze rzucało się w Adorii do potężne latarnie okalające miasto, były to jakieś artefakty, których działanie jeszcze nie odkryto, ale wiedziano, jedno, że żadna broń oparta na kryształach energetycznych nie działała w pobliżu tych budowli. Cały dzień członkowie ambasady spędzili na wspólnych grach rozmowach żartach, nawet Albreht pozwolił sobie na żart z siebie i swojej zacnej tuszy,. Miami usługiwała wszystkim nie przeszkadzało to jej ale myślami była gdzie indziej , myślała o wielu rzeczach o tym co będzie musiała zrobić że złamie swoją obietnicę daną sobie parę lat wcześniej, ale nie ma wyboru, życie jej pracodawcy, nie, jej przyjaciela jest zagrożone, a ona będzie je chronić nawet za cenę własnego bezwartościowego życia. Znów widziała tą rudowłosą z targu, tym razem jak dwom dłońmi podnosiła za szyję inną dziewczynę. Musiała przyznać że tamta jest bardzo silna, jedno jej pytanie chodziło po głowie czy to przyjaciel czy wróg. Jeżeli wróg cóż będzie musiała się i z nią rozprawić. Miami miała jedną pewność że rudowłosa jak ona miała Astrid jest berserkem a to powoduje, że jest bardzo niebezpieczna w walce. Służąca po tym jak rozdała poczęstunek odeszła kawałek i znikła nikt tego nie zauważył. Wróciła po jakiś trzydziestu minutach, teraz wiedziała więcej o wiele więcej. Rudowłosa wie kim jest zabójczyni z Taraka, wiedzą również o Wojownikach Cienia. Pod wieczór niebo zaczęło się psuć pojawiły się chmury>

-Idzie burza musimy wracać. <Głos należała do Miami która patrzyła w niebo tak jak by chciała coś tam wypatrzeć dostrzec, jak by chciała zobaczyć pioruny i grzmoty>

-Tak masz racje idzie nawałnica, po której znany światy nie będzie już taki znany.< słowa wypowiedziane przez Albrheta były metafizyczne.

-Co? <Zapytała Miami uważnie patrząc na swojego pracodawcę, widziała, że tak jak ona wpatrywał się zachmurzone niebo wypatrując pierwszych grzmotów.>

-Nic głośno myślę. <Uśmiechnął się serdecznie do dziewczyny> - Panowie i Panie czas na nas bo nas ulewa złapie<powiedział radośnie ale w tej radości było słychać obawę. Cała grupa powili schodziła z Góry Smoka.>

 

<A stalowe grzmoty zbliżały się nie ubłagalnie do miasta zwiastując nawałnice >

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania