Drogi Triath część 5

** **

Tartarus mesa oficerska kilka godzin przed pojawieniem się czarnej Pantery

 

- Co ona sobie wyobraża. Ona wszystkich naraża takim rozkazami < Drzwi kopniakiem otworzył II drugi oficer młody chłopak, się pieklił jak tylko z szedł z mostka. Był wzburzony tym, że kapitan kazał lądować koło Dzikiego Lasu. >

-Nie Ona tylko Pani Kapitan Patryku < obrócił się do drzwi pierwszy oficer Thomas Stanian , który popijał sobie cynamonową kawę. Chłopak spojrzał na starszego mężczyznę z takim wyrzutem w oczach. >

- A ty czemu nie oponowałeś przeciwko temu rozkazowi <Mimo, że różnica między oboma mężczyznami była jakieś 50 lat mówili sobie na ty, z tą propozycją wyszedł starszy z nich , zawsze uważał, że lepsza jest komunikacja między członkami załogi kiedy mówią sobie na ty, niż przez per Pan czy stopniami.

- Jak nie zauważyłeś wyraziłem swoją opinię a raczej pytanie. Czy to rozsądne działanie < pierwszy oficer upił duży łyk kawy. >

- Powinieneś się z sprzeciwić wyperswadować Kapitan ten pomysł. Wróg na ściga a Kapitan robi sobie postoje < chłopak starał się nie przeklinać i gryzł się w język by nie obrazić kapitan, pewnie gdyby byli we dwóch to pozwolił by sobie na więcej, ale w mesie przebywali też inni w tym Marghareth główna mechanik, która słuchała tej wymiany zdań ze znudzonym tonem głosu. >

-Uważam jej rozkaz nie rozsądny ale się z nim zgadzam. < Drugiego oficera nie co zatkało i podniósł brwi czekając na wyjaśnienia. > - Kapitan nie jest głupia, pomyśl cztery dni każdy z nas siedział w statku nie widząc ani promyka słońca czy świeżego powietrza nie czuł. Każdy z nas był już sfrustrowany będąc w zamknięciu i każdy z nas potrzebuje trochę odpoczynku. Kapitan to wie i dlatego wydała taki rozkaz a nie inny. Myślisz że Kapitan nie wie że jesteśmy ścigani, nie wie o uszkodzeniach, ale czasami, trzeba postąpić nie rozsądnie.

-Gadanie starca. < rzucił II oficer > - Działać powoli na wszystko uważać, a gdzie ryzyko i chwała . W imperium czekają na nasz statek na naszą zdobyć. Dobrze wiesz że straciliśmy dwa okręty po to tylko aby zdobyć jeden pojazd. Brak jej jaj.

-Brak jej jaj bo nie jest facetem. < odparł Margaret, gdy to usłyszała starsza mechanik aż buchła śmiechem. >

-Nie To miałem na myśli. <Młody chłopak spojrzał gniewnie na starszego kolegę. >

- Gdybym to ja dowodził kazał bym lecieć pełną parą do Imperium

- I dlatego Słonko jesteś II oficerem a nie kapitanem <do rozmowy wtrąciła się starsza mechanik, która miała zwyczaj zawsze wtrącać trzy grosze do rozmowy.> - A wiesz czemu słonko szybko nie będziesz kapitanem, ponieważ brak ci doświadczenia. Mówisz że byś leciał pełną parą do Imperium, tylko z takim uszkodzeniami daleko byś nie doleciał, bo napęd by eksplodował. I słonko mówię ci to jak mechanik, a nie kapitan. Powiem jeszcze nasze silniki są na granicy wytrzymałości. Wlecieliśmy w burzę i napęd dostał w kość. Kapitan to widzi chciał też dać odpocząć napędowi. Wiesz jaka jest różnica między tobą a Kapitan. Ty widzisz tylko cel który trzeba osiągnąć a Kapitan widzi Cel i drogę i zagrożenia ona bierze wszystko po uwagę a nie tylko to, że w Imperium na nas czekają. Czekali tyle poczekają jeszcze chwilę. < Tajemnicą o której każdy wiedział był o to, że to młody 15 letni Patryk Snow miał dowodzić Tartarusem, ale kapitanem została Sophia Vesp, on został drugim oficerem. >

- Pani niech się zajmie złożeniem tej jednostki bo jeszcze nie działa. Prawda.

- Powiało grozą. < wyszczerzyła się w uśmiechu Margaret> - Słonko powiem to inaczej, może miałeś najwyższy wynik w Akademii wojskowej, ale brak ci jednej rzeczy < wstała ze swego miejsca i podeszła do młodzika. >

-Jakie? < chłopak się spiął widząc jak Margaret podchodzi >

- Doświadczenia Słonko Doświadczenia. Sophia zaczynała swą służbę na patrolowcu i tam zdobywała doświadczenie i dzięki temu jest teraz Kapitanem tej zacnej łajby. A ty zaczynałeś swą służbę jako Pierwszy na Ciężkim Krążowniku, nie powiem wykazałeś się tam, i miałeś dostać swój okręt, ale nie wyszło. Brak ci cierpliwości. Na wszystko przyjdzie czas. < Patryk przygryzł wargę on był zbyt ambitny i zawistny aby przyznać racje tej kobiecie. >

- Patryku Starsza Mechanik ma racje, aby dowodzić okrętem trzeba najpierw zdobyć doświadczenie na małych jednostkach. Miałeś szczęście, że po akademii trafiłeś od razu na Ciężki Krążownik jako pierwszy.

- Tak a ty, jesteś starszy od Pani Kapitan a jesteś tylko I oficerem. < chłopak się uśmiechnął się złośliwie.>

- To mój wybór. <mężczyzna odpowiedział ze smutkiem w głosie > - Nie mamy wyboru Kapitan rządzi a ona Jak to mówią jest druga po Bogu na okręcie.

-To może czas zmienić kapitana. < Margaret spojrzała na Rogert, a on na nią. >

- Ja i Starsza Mechanik udamy, że nie słyszeliśmy ostatniego zdania. < Chłopak poczerwieniał bo zrozumiał, że powiedział o jedno zdanie, przełknął ślinę. >

- Przeprasza. < miał coś powiedzieć, ale w słowo weszła mu Margaret. >

- Słońca wy moje mamy wolne parę godzin więc odpocząć. Ja idę na pokład na świeże powietrze i wam radzę to samo. < Kobieta wstała i ruszyła. Panowie ruszyli za nią Rogert poczekał aż wyjdą pierwsi dopił swoją kawę i gdy odkładał kubek powiedział sam do siebie. Ten chłopak to niebezpieczna zmienna, w planie. >

** **

<Victor Lenmi dowodził Hell Dog od pięciu lat i czuł że bierze udział w czymś wielkim, ale nie wiedział w czym. Musiał przyznać że już dawno nie jadł tak dobrego posiłku, i jeszcze kto go przygotował sama imperatorowa, która się za dekowała w kuchni i tam Kelena spędzała cały wolny czas, w kuchni gotując dla załogi, Kapitana zastanawiało, jedna rzecz i nie było to, gdzie Imperatorowa nauczyła się gotować, ale to w co jego okręt został tak naprawdę w mieszany. Służba na okręcie szkoleniowym była nudna i nie przynosiła żadnej chwały, a same okręty zostawały zawsze spychane na koniec kolejki remontowej. A tu w ciągu dnia załadowano pełne magazyny amunicji i dostarczony dwanaście nowych skoczków i 12 Trigerów ciężkich myśliwców. Musiał się dowiedzieć o co w tym chodzi, więc poprosił Imperatorowa o rozmowę, kobieta dała mu znać że przyjdzie później. Dobrze że się w ogóle zgodziła. Z rozmyślań wyrwało go pukanie.>

- Wejść. < rzucił sucho >

-Chciał Pan mnie widzieć. < drzwiach kajuty stała Kelena. Kapitana był zły na siebie że rzucił tak sucho, wiedząc że imperatorowa przyjdzie.>

-Tak Pani.

-Tylko bez Pani Imperatorowych i innych dziwnych tytułów. < rzuciła Kelena, która nie lubiła gdy się ją tytułowano. > Może Pan mówić po imieniu. < Kapitan był facetem starej daty więc czuł się niezręcznie i było to widać po nim.>

-Jestem facetem starej daty i proszę mi pozwolić mówić Pani.

-Dobrze jak Pan tak chce. Chciał mnie Pan widzieć chyba ziemniaki nie były zbyt słone

-Nie nie o to chodzi. < Kapitan sam nie wiedział jak zacząć tą rozmowę. Miał takie powiedzenie w życiu jak nie wie jak zacząć rozmowę wal prosto z mostu. >

-O co w tym wszystko chodzi, dlaczego tak naprawdę lecimy do Adorii uzbrojonym okrętem aż po zęby. Nie jestem głupi widzę, że coś jest na rzeczy. Innymi słowami w co mój okręt został wpakowany. < Imperatarowa słuchała w milczeniu, czuła, że wcześniej czy później kapitan o to zapyta. Kobieta wiedziała, że ten kapitan jest zbyt bystry by nie zauważyć co się dzieje. A było by wielką nie uczciwością nie powiedzenie mu chociaż części prawdy. >

-Kapitanie nie wszystko mogę Panu powiedzieć. < Kapitan spojrzał na nią bardzo uważnie. >

-To niech Pani powie co może i co ma związane z bezpieczeństwem z okrętem. < Kapitan usiadł wygodnie

-Trzy nasze okręty wzięły udział w tajnej misji, której celem było przejęcie jednej jednostki Królestwa Triant< Kelena przemilczała, że mieli pojmać pilota, po co denerwować kapitana.> - Z całej akcji przetrwał jeden nasz okręt udaje się do Adorii, jak się Pan domyśla mamy się z nim spotkać i być jego eskortą do Daharii. < Kapitan zaczął bębnić palcami o oparcie.> - Przypuszczamy, że jest ścigany przez Królestwo Triant.

-Jednym słowem misja dyplomatyczna to przykrywka.

-Tak i nie. Naszym celem jest ochrona naszej jednostki, ale jeżeli zjawimy się wcześniej zabawię się w dyplomatę. Adoriia, ma strategiczne położenie i warto spróbować tam mieć placówkę handlową. < Kapitan uważnie słuchał imperatorowej, nie sądził, że to tak sytuacja i przyjdzie mu prawdopodobnie walczyć. Z jednej strony cieszył się że może będzie miała okazję walczyć ale z drugiej strony obawiał się tej walki Hell Dog nie był najnowszym okrętem a raczej nadawał się do muzeum. A domyślał się, że okręt Triantu to będzie nowoczesna jednostka. >

-Nie mówi Pani mi całej prawdy. < Spojrzał prosto w oczy, pierwsza myśl jak przeszła mu do głowy pewnie go spławi i powie, że to nie jego interes. >

-Ma Pan racje, ale wracając do meritum. Nie chce narażać Pana okrętu na walkę więc rzuci Pan kotwicę przed latarniami Adorii a ja polecę, jednym ze skoczków.

-Czy Pani zdurniała? < Kapitanowi wyrwało się i mimowolnie podniósł głos.>-Przepraszam < zreflektował się że odezwał do imperatorowej w ten sposób .>

- Nie ma za co przepraszać, spodziewałam się takiej reakcji.

- Jako Kapitan tego okrętu jestem za Panią odpowiedzialny i na pewno nie pozwolę pani na samowolne i samotne loty do Adorii.

-Jestem Imperatorową. < rzuciła Kelena ostrzej .>

-I dlatego Pani nie pozwolę samej lecieć. A poza tym co to za misja dyplomatyczna która lata skoczkiem. < Kelena musiała przyznać że ten człowiek ma racje, dziwnie by wyglądało gdyby była Imperatorowa przyleciała skoczkiem .>

- Co Pan w takim razie proponuje?

- Hell Dog ma do dyspozycji pinase. Mały statek transportowy szybki i zwrotny ma uzbrojenie większe niż myśliwiec. Weźmie Pani sześciu członków załogi abordażowej jako ochrona. Młodszego sternika jest lingwistą a poza tym pochodzi że szlacheckiej rodziny i mojego II oficera. < Kelena nie chciała poświęcać załogi tego kapitana, ale jeżeli stał za tym Najwyższy Krąg, to przyda się pomoc.>

- Czy coś jeszcze Kelena, bo zbliża się pora kolacji a sama się nie zrobi.

- Chciałbym aby Pani mi powiedziała wszystko, ale podejrzewam że z jakieś przyczyny nie ufa mi Pani.

-Jak powiedziałam Panu nie wszystko mogę powiedzieć. <Kelena ruszyła do wyjścia i wyszła. Kapitan nie miał odwagi jej powstrzymać, przynajmniej dowiedział się o tajnej misji. Poświęcić dwa okręty. Co kolwiek jest na tym okręcie co przetrwał, musi być naprawdę sporo warte. Inne pytanie czego nie powiedziała Kelena, coś ukrywa tylko co. Podszedł do półki z książkami i wcyiągnął jedną z książek Kelena Podróżniczka historia życia, jak nie chciała mu powiedzieć postara się domyśleć.>

 

** **

Ale masakra słowa. < Wypowiedziane były przez młodego człowieka że straży miejskiej. Straż miejska prawie na co dzień obcowała z trupami ale tylu jeszcze nikt nie widział dawno zdarzały się pojedynki szajek ale zazwyczaj kończyły się jednym lub dwom trupami a tu leżała prawie cała szajka Czarnych szponów.>

- W istocie masakra. < do jednego z ciał podszedł Protektor, który zajmował się rozwiązywaniem spraw. Było to wysoki postawny murzyn. Jego sylwetka była atletyczna a mięśnie wyrzeźbione jak na posągach. Zadaniem protektorów było rozwiązywania spraw, byli takim detektywami. Zatrzymał się nad ciałem brodacza który miał prze dziórawioną na wylot tchawice, położył na niej dwa palce i przejechał po niej. >

-Dziwna sprawa. < młody chłopak miał zdolność mówienia rzeczy oczywistych. Ale był zapaleńcem chciał zostać protektorem w przyszłości i cieszył się jak dziecko. Kiedy Baltazar wziął go na praktykę. On jako strażnik miejski nie wyróżniał się z tłum pracował straży miejskiej bo miał wybór to albo szajka bandytów lub praca w pobliskiej kopalni. Każdy protektor miał obowiązek wykształcić swego następce .>

- W istocie dziwna sprawa. < Murzyn odpowiedział podnosząc się >

-Co Pan myśli< Młody strażnik zadawał dużo pytań>

-Część zginęła od bełtów własnych kusz, ale część została czymś przedziurawiona, bronią której nie znam. Jak tylko ta broń przeszyła ich na wylot rana się za sklepiła i zrobiła czarna

-Magia? <chłopak powiedział to tak, jak by po tych słowach miał na ziemie zejść Garok Bóg Niszczyciel. >

- Nie wykluczam takiego rozwiązania. < Baltazar był protektorem który brał każde rozwiązanie nawet najbardziej głupie i niedorzeczne. >

- Protektorze mamy chyba kogoś kto widział wszystko. < Głos dobiegał za rogu, Protektor i Młody strażnik ruszyli. Za rogiem stali trzech mężczyzn ze straży miejskiej. A na ziemi siedział chłopak a raczej dziewczyna w męskich ciuchach w barwach Czarnych Szponów głowę miała w swoich kolach powtarzała.>

-To był czarny demon z diabelskim oczami.

-Za raz jej przyłożę

-Nie ona jest w histerii. Wezwijcie Orythera a ją zabierzcie do mojego biura i nie muszę wam mówić, że mam dam dotrzeć w jednym kawałku. <Mężczyźni tylko skinęli głową jeden z nich wziął dziewczynę na ręce i zaniósł do powozu. >

-Młody a my się jeszcze rozglądniemy.

 

** **

< Elaia przechadzała się po swojej kajucie szybkim krokiem, była nie co pod irytowana ostatnia rozmowa z kapitan ją po prostu w kurzyła. Ta kobieta coś podejrzewa. Powiedziała sama do siebie wspominając jej pytanie A jakie przyszłości stworzyły Pani decyzje Kapłanko Dobre dla królestwa czy dla Pani? Może się coś domyśla dobrze że ma Lukiusza którego wysłała na przeszpiegi po okręcie. Ma nie długo wrócić z jakimiś wieściami. Ten głupiec prawie się zdradził kim jest gdy Ona pojedynkowała się z kapłanką. On mysi panować nad sobą jeżeli plan ma się powieść. A na razie nie wszystko idzie zgodnie z planem jest za dużo zmiennych. Ten tchórzliwy ambasador Albrecht gardzi kręgiem mimo że jego rodzina zajmuje wysokie pozycję w kręgu, jego słowa aż ociekają pogardą dla kręgu, za to spotka kara, mimo że służył wiernie, to on jest najsłabszym ogniwem tego planu. Lukiusz się ucieszy jak będzie mógł kogoś zabić a ta gruba ciamajda ten pożal się bogowie dyplomata, jeżeli nie chce nagrody za wierna służbę to poniesie kare. Inna zmienna to Kelena Podróżniczka tej kobiety nie można lekceważyć, jest przebiegła jak lis pustyni i zawsze ma plan. Jaki może mieć teraz, po co leci to Adorii, to nie przypadek. Nie mogę wykluczyć przypadku, ale ta osoba nie działa przypadkowo. Z tego co podsłuchała szpieg królestwa w Imperium, a bardziej precyzując szpieg jej samej to podróż do Adorii był pomysłem Keleny, więc coś ona planuje. Elaia dobrze znała historie Kręgu, który około dwadzieścia lat temu próbował zjednoczyć wszystkie ludy wszystkich krain, ale na drodze tego stanełą właśnie Kelena i jej przyjaciele, jak by to dziwnie nie brzmiało. Udało się tej kobiecie stworzyć sojusz przeciwko Garokowi niszczycielowi światów i go pokonać. Wielu wtedy zginęło a Krąg prawie przestał istnieć, nie okazano litości tym którzy należeli do kręgu, zostali zabici lub siedzą w lochach po dzień dzisiejszy, o ile przeżyli. Ale Krąg przetrwał jego idee też, ciężko było odbudować sieć powiązań. Znaleźć nowych wyznawców. Krąg wierzy, że jednym prawdziwym bogiem jest Garok Niszczyciel i tylko on może rządzić światem. Bóg musi się odrodzić w naczyniu, które zaginęło. Elaia przypomniała sobie tekst : Naczyniem do wskrzeszenia Garoka jest dziecko urodzone w najzimniejszą noc dwunastego miesiąca, na przełomie wieków dnia i nocy . Elaia szukała naczynia ale się bardzo zdziwiła kiedy odkryła że tego dnia urodziło się aż siedem takich potwierdzonych takich urodzeń było. Kapłanka domyśliła się, że naczynie nie musi oznaczać jednej osoby, a może oznaczać wiele osób. Co oznaczało, że każde z tych dzieci odziedziczyło część Garoka. W sobie. Mimo że kapłanka wiedziała o narodzinach tych dzieci, ktoś się bardzo postarała, aby ich imiona były nie znane światu. Kelena imperatorowa i Vlad Drako władca plemion północy. Rozmyślania przerwał pisk sfery oznaczało, że ktoś chce z nią rozmawiać. Usiadła wygodnie w fotelu i położyła sferę, ma stoliku i przejechała po niej dłonią. W kuli pokazała się twarz Albrechta. Kapłanka była zdziwiona i bardzo starała się to ukryć.>

- Kapłanko wiem że miałem się z Panią nie kontaktować, w Adorii wydarzyło się coś o czym musisz wiedzieć. < Kobietę zatkało czyżby nie doceniła tego człowieka, którego tak nisko ceniła to była prawda zakazała, mu kontakt z nią chyba że było coś naprawdę ważnego, widziała, że ten człowiek to tchórz jak ich mało ale odważył się z nią skontaktować a to oznaczało, że musiał mieć naprawdę coś istotnego do powiedzenia.>

-Słucham ambasadorze. < Jej głos jak zwykle był melodyjny.>

- Wczoraj w nocy wyrżnięto gang Czarnych Szponów.

- I to ma być ta ważna wiadomość. <Było słychać irytację głosie kobiety.>

- Nie. < Fuknął ambasador, który należał do osób spokojnych nie podnoszących głosu, ale tym razem nerwy mu puścił.> - Moja Pani chodzi o to w jaki sposób zostali zamordowani. Plotki od straży miejskiej mówią, że to robota Wojownika cienia. < Kapłanka siedziała z otwartymi ustami w swym fotelu, po chwili się z orientowała, że ma gębę otwartą na oścież. >

-Przecież Zakon Taraka wybił wszystkich Wojowników Cienia. < jej głos mimo że był melodyjny słychać w nim było coś dziwnego jak by strach. >

-Najwidoczniej nie wszystkich. < W zdaniu Albrehta nie było ani drobiny kpiny, mężczyzna po raz pierwszy widział, tak zaskoczoną kapłankę. Sam nie wiele wiedziała o Wojownikach Cienia. >

-Dowiedz się czy Taraka zlikwidował Wojowników cienia.

Jak? < Ambasador zadając te pytanie obawiał się odpowiedzi na nie . >

- Spotkaj się Arlekinem a przynajmniej z tą Lalko. < Albreht zazgrzytała zębami nie miał najmniejszej ochoty spotykać się z tą kobietą po raz kolejny. >

- To będzie kosztować. <Ton Albrehta był rzeczowy. > Pewnie zażyczy sobie jakiejś sumki za informacja. < Kapłanka musiała przyznać racje, mężczyźnie. >

-Ile by sobie nie zażyczyła masz spełnić jej warunki. Patroni na pewno zapłacą za taka informacje.

-Jest problem tą kobietę nie jest tak łatwo spotkać<głos ambasador nie kłamał nie miał pojęcia gdzie jest ta kobieta >

-Rozumiem. Ja postaram się aby ta kobieta Pana znalazła. < Albreht poczuł lodowaty dotyk na plecach słysząc te słowa.> - Ambasadorze jeszcze jedna sprawa nie wiem czy Pan wie, ale do Adorii zbliża się Lekki Krążownik imperium na pokładzie tego okrętu jest Kelena Podróżniczka Imperatorowa była. < Albreht ukrywała jak tylko mógł zdenerwowanie, czyżby Kapłanka wiedziała, że on ma się spotkać z Keleną ale jak nikt o tym liście nie wiem jak tylko go otrzyma i przeczytał spalił go. > - Jak Pan się spotka z naszą znajomą Lalko proszę ją zapytać za ile Arlekin porwie Kelene?

-Porwie? < Zdziwienia w głosie ambasadora nie dało się ukryć i jakieś ulgii.>

-Tak porwie. Podróżniczka ma pewne informacje które potrzebuje. < Kapłanka nie chciała tego mówić ale nie miała wyboru. >

-Zapytam. < Albreht nie chciał wiedzieć jakie informacje ma była imperatorowa tak ważne że, kapłanka królestwa chce ją porwać nie interesowało go to, im mniej wie tym dłużej pożyje. >

-To wszystko. < Przejechała dłonią po kuli i połączenie się urwało, z całej siły uderzyła dłonią w blat. Wojownik Cienie tego tylko brakowało. Zakon Taraka miał zabić każdego Cienia każdego, a tu się pojawia nie wiadomo skąd jeden i robi sobie masakrę. Zabija wszystkich z Czarnych Szponów, oni de facto rządzili Adorią oni zajmowali się przemytem i handlem bronią i to oni ukrywali członków Kręgu, a teraz zostali wyeliminowani od tak. Bo się pojawił Wojownik Cienia. Taraka z spierdoliła sprawę po całości. Słyszała że Cienie bo tak nazywana potocznie wojowników cienia byli obdarzeni mistyczna mocą pochodzącą od pradawnego bóstwa zwanego Altian, rodzili się i umierali w jej cieniu, tak mówione. Z tego co słyszała, ceremonia zostania Wojownikiem Cienia była bardzo bolesna i albo adept został wojownikiem, albo stawał się bestią cienia bezrozumną istotą kroczącą krainą cienia. A teraz jeden z takich Cieni panoszy się i zagraża planowi. Zakon poniósł straty w walce z Cieniami i to duże, nic dziwnego, że ponieśli bo trudno się walczy z kimś kto potrafi wyłonić się z twojego własnego cienia. Taraka będzie się gęsto tłumaczyć za te kłamstwo, że zabili wszystkich wojowników Cienia. Kapłanka była nadal zła bo wszystko się jej sypie w dłoniach zbyt dużo zmiennych jest. Tylko medytacja jej pomoże opanować się. Usiadła wygodnie na swoim łóżku w pozycji kwiata lotosu, zamknęła oczy i zaczęła zwalniać swój oddech, stawał się on coraz bardziej wolny i miarowy, serce zaczynało coraz wolniej bić. Kapłanka weszła w stan głębokiej medytacji, powoli odpływała, zaczeła sobie przypominać swoją przeszłość jak była małą dziewczynką, jak rodzice zabrali ją po raz pierwszy ceremonia w Kręgu, jak jej się to podobało, wielka piękna grota w której się mieściły różne kryształy co dawało, piękny pokaz światła innymi słowami w grocie można było zobaczyć wszystkie kolory świata. Ludzie ubrani w płaszcze różnego koloru, ale dominującym kolor był kolor szary. Jako dziecko nie rozumiała znaczeń tych kolory, dlaczego jedni mają taki kolor odzienia a inni mają taki kolor odzienia, dlaczego jedni są bliżej ołtarza a inni dalej. Wtedy po raz pierwszy widziała jak zabija się człowieka ku czci boga Garoka, Wielki Kapłan, wymazał swoją twarz krwią ofiary, z jednej strony było to dla dziecka piękne ale z drugiej było przerażające. Naszły ją wspomnienia rodziców ojciec był zawsze skupiony na swojej pracy był architektem budował domy i mosty natomiast matka jej była pilotem Twaylea jednym z lepszych i to matka nauczyła ją techniki Abhadar . Rodzice byli surowi wychowaniu swojej córki. Kiedy miała około siedem wiosen na karku wprowadzili ją w Krąg dowiedziała się czym jest i chciała należeć do niego uwierzyła w Boga Garoka, chciała mu służyć. Mimo że miała najlepszą synchronizacje na roku i potrafiła z każdą partnerką zawzeć więź to zdecydowała się, że zostanie kapłanką Kościoła Diath i równocześnie będzie służyć kręgowi, jedno nie wykluczało drugiego. Miała jakieś szesnaście lat kiedy nastąpiła czystka Kręgu, kiedy ich wyznawcy mordowano lub osadzano na wyspach więziennych. Jej ojciec popełnił samobójstwo, wynikało to z tego że był Protektorem jednym najwyższych członków Kręgu, gdyby tego nie zrobił pewnie torturowano go by długo i wcześniej czy później zabito. Matka wraz z innymi pilotami i członkami Niszczyciela Blaze, zniszczyła port w Desanie i a sam niszczyciel uciekł do nieznanych krain. Ona Elaia została sama miała przejść Rytuał Odrodzenie wiedziała, że będzie kobietą bo tylko kobiety mogły być kapłankami Kościoła Diath. Przed dzień swego dnia Odrodzenia dostała list. Krąg czekaj cierpliwie i działaj. List był napisany pismem jej matki i od tamtego czasu czekała cierpliwie ukrywając swoje poglądy, zdobywała coraz wyższe funkcje w Kościele Diath, aż stała się najwyższa kapłanką i działała w ukryciu, dla kręgu. Otworzyła oczy uśmiechnęła się sama do siebie bo nikogo nie było w pokoju. Teraz będzie działać. Kelena, Olan, Aleonora, Wojownik Cienia czy ten Ambasador to tylko przeszkody, które trzeba ominąć. Jak dobrze pójdzie w jednym ruchem pozbędzie się byłej imperatorowej króla, zbyt pewnej Kapitan i użytecznego lecz tchórzliwego ambasadora. Tylko musi działać wzięła sferę w dłoń i przejechała po sferze a w niej pokazała się twarz kobiety. >

-Działaj Córko niedługo będziesz Królową Królestwa Traint .< Kobieta tylko się uśmiechnęła a jej białka oczu zrobiły się żółte. Kapłanka się rozłączyła. >

 

** **

<Aleonora weszła szybkim krokiem na mostek nie zdążyła się przebrać, była ciuchach do ćwiczeń > -O chodzi Pierwszy <miała nadzieje, że nie wezwano jej bo tak, i naprawdę było to coś ważnego a nie jakieś fanaberie mostka. >

-Mean proszę spojrzeć na główny ekran i obraz z boi zwiadowczej. Pierwszy przycisną dwa przyciski i na krysztale pokazał się obiekt. Powietrzny wieloryb, był dwukrotnie większy niż Olan I. Każdy kapitan wiedział, że te stworzenia są niebezpieczne atakują statki, jeżeli one się zbliżą zbyt do nich. Było to związane z tym, że napędy statków wytwarzały pole fal elektro magnetycznych i ultra dźwięków, które drażniły wielorybi sonar. Kapitan przyglądała się jeszcze chwile zwierzęciu, musiał być to samiec, samice są mniejsze.>

-Jak daleko jest od nas?

-Cztery max pięć kilometrów. <Rzeczowy ton Pierwszego świadczył, że wie co mówi.>

-Sternik zejść z kursu wieloryba 45 stopni na zachód ostry kont wejścia. <Kapitan przycisnęła klawisz interkomów> - Mówi Kapitan, wszyscy przygotować się do gwałtownego skrętu i awaryjnego cumowania. < Po tych słowa statek zaczął skręcać ostro w lewo. Ćwiczenia takie były w akademii na porządku dziennym, więc marynarze na statku wiedzieli co mają robić. Ci co byli na swych pozycjach funkcyjnych musieli się przypiąć do foteli, a pozostali zaczepić się o rury w pomieszczeniach. Było słychać kliknięcia zapinanych pasów kapitan Aleonora sam się zapięła i mocno chwyciła się oparcia krzesła.>

- Wystrzelić wszystkie cumy w tym awaryjne . <Było słychać syknięcie i po chwili z dolnej części kadłuba wystrzeliły wielkie harpun.> - Maszynownia cała stop. < Każdy na okręcie poczuł jak pasy wżynają mu się w ciało. Mniej szczęścia mieli ci którzy właśnie byli po posiłku bo nie było bata aby nie puścić soczystego pawia. Kapitan zacisnęła zęby czując jak pas wbija jej się w ciało będzie ślad

 

** **

<Kapłanka siedziała w swym fotelu w kajucie kiedy ogłoszono alarm o awaryjnym cumowaniu, gdy manewr się zaczął wyleciał z fotela jak katapulty uderzyła barkiem o stolik. Kapłanka nie była marynarzem i nie wiedziała jakie są procedury w takim wypadku. Poczuła taki ból w barku, aż jej łzy poszły z oczu. Podniosła się z ziemi i od razu ruszyła w kierunku mostka , trzymając się za ramię

 

** **

<Olan II który właśnie był w mesie, za młodu gdy był jeszcze kobieta i służył na statku wiedział co miał zrobić szybko podbiegł do odstającej rury się zaczepił pas o nią. Poczuł wielki ucisk w brzuchu i w tym momencie pożałował, że zjadł śniadanie, które teraz tak ochoczo i radośnie wyleciało mu z ust. Gdy statek się zatrzymał i już wiedział, że nie będzie dalszego manewru odczepił pas i ruszył w kierunku beczki z wodą które na szczęście się nie wywróciły i przepłukał usta aby pozbyć się smaku wymiocin i ruszył na mostek aby się dowiedzieć co się stało

 

** **

-Wszyscy cali. < Słowa Aleonora wypowiedziała grymasem i było to bardziej w formie troski niż składania meldunków> - Jeżeli ktoś się źle czuje może iść do medyka

- Kapitanie co teraz głos należał do młodej dziewczyny która była najmłodszą na mostku i był to jej pierwszy lot bojowy.>

- Co za głu...<Pierwszy urwał swoją wypowiedz widząc dłoń kapitan podniesioną do góry.>

-A teraz czekamy aż wieloryb ominie nas i odleci na bezpieczną dla nas odległość. <Głos kapitan był rzeczowy i miły. < Było słychać syk otwieranych drzwi. >

- Czemu się zatrzymaliśmy. <Głos było w nim słychać nutę wściekłości należał do kapłanki.>

-Dlatego.< Dłoń Aleonory pokazał na kryształ gdzie było widać wielkiego powietrznego wieloryb.>

- Pani chyba żartuje zatrzymujemy się przez to, wie Pani, że każdy postój daje szansę ucieczki wrogiej jednostki.

-A niby co mam zrobić?<Kapitan wolała nie znać odpowiedzi na te pytanie, ale chętnie posłucha mądrości. >

-Ma Pani chyba działa i Twayley na pokładzie strącić to coś <W głosie Elai było słychać jad. Kapitan aż otworzyła oczy szeroko słysząc to.>

-I co jeszcze. Kapłanko mój ojciec miał powiedzenie Można zginąć albo zginąć głupio to co Pani proponuje zalicza się do zginąć głupio. < Kapłance puściły nerwy, a jej oczy aż zapłonęły niebieskim płomieniem. >

- Inaczej Pani Kapitan to jest rozkaz Ma Pani wydać rozkaz ponownego startu i strącenia tego czegoś z nieba. < Kapitan odpięła się od swojego fotela i ból znikł chyba zadziałała adrenalina we krwi i to, że ta kobieta podniosła jej ciśnienie. >

-Won z mojego mostka. < Kapitan wycedziła te słowa przez zęby ale każdy słyszał, i prawdę mówiąc każdy wolał być teraz zupełnie gdzie indziej każdy na mostku widział, że zarówno dłonie Kapłanki i jak i Kapitan opatulała niebieska poświata. Elaia spojrzała na kapitan jeszcze raz, wyszczerzyła się w takim uśmiechu, że każdemu przeszły ciarki po plecach.>

-Ja Elaia Najwyższa Kapłanka Kościoła Diath, przejmuje dowodzenie nad ty okrętem, każdy kto nie wykona mojego rozkazu, zostanie odesłany do aresztu wojskowego. < Kapitan miała serdecznie dość tej kobiety wymierzyła cios prost w krtań tej kobiety.>

-DOŚĆ TEGO !!! < Olan II stał w drzwiach wejściowych na mostek , to jego głosu był władczy jak nigdy, Aleonora nigdy nie pamiętała aby był taki kiedyś. Oczywiście po słowach króla dłoń kapitan się zatrzymała > - Co tu się dzieje?

- Panie musiałam wykonać awaryjne zatrzymanie okrętu i gwałtowny zwrot, ponieważ znaleźliśmy się na kursie kolizyjnym z powietrznym wielorybem. < Kapitan odpowiedziała rzeczowo i krótko.>

-Panie ten okręt dysponuje działami kryształowymi i mógł spokojnie odgonić te zwierze od nas więc zatrzymywanie okrętu było zbędne. < Kapłanka też opanowała swój głos i też mówiła rzeczowo. < Król przyglądał się długą chwilę zwierzęciu na krysztale. Było naprawdę duże miało długość około 50 metrów białą skórę pewnie chropowatą ma czubku głowy był wieki róg nie co wyszczerbiony sądząc bo długości rogu, ten samiec miał około 20 lat, jego oczy były czarne niczym węglę i puste. >

-Kapłanko nigdy Pani nie służyła na okręcie więc Pani nie wie, że spotkanie z tym osobnikiem w najlepszym wypadku skończyło by się dla nas ciężkimi uszkodzeniami a w najgorszym zniszczenie jednostki i śmiercią nas wszystkich i nie ważne jakim uzbrojeniem dysponujemy, nasz okręt nie przetrwał by starcia. Reasumując Kapitan Aleonora podjęła jedyną właściwą decyzję. < Elaia aż za zgrzytała zębami słysząc wywód króla, a więc stał po stronie tej dziwki, oddech wyciszyła cóż przełknie tą gorzką pigułkę. >

-Królu ta Kobieta chciała mnie zabić używając techniki Abhadar wymierzyła cios w moją krtań. < Kapitan tylko wzruszyła ramionami a co miała powiedzieć. >

-Kapitanie co ma Pani do powiedzenia?

-Ta kobieta chciała bezprawnie przejąć mostek i wywołać bunt na okręcie. < Król z całej siły uderzył pięścią w jedną z konsol.>

-Mam dość waszych gierek a ta zrobiła to a ta zrobiła tamto. Obie jesteście siebie warte. Obie na mostku użyłyście techniki Abhadar, obie powinniście ponieść karę. Ale ja nie ma na to czasu by się z wami użerać. Powiem to tylko raz i jedyny raz. Jeszcze raz zobaczę taką sytuację a każę was obie ściąć bez sąd nie będą mnie obchodziły wasz tłumaczenia < Słowa wypowiedziane prze z króla były śmiertelnie poważnie. Obie Panie słuchały w milczeniu słów króla i nie tylko one bo cała obsada mostka i każdy naprawdę wolał być zupełnie gdzie indziej niż oglądać taką kłótnie na żywo. Aleonor i Elaia przez cały czas mierzyły siebie wzrokiem, widać było, że ich spojrzenia były bardzo lodowate. Kapłanka dobrze wiedziała że gdyby nie król ona już by nie żyła, bo ta cała kapitan nie chybiła by ciosem, jeszcze się z nią policzy, na szczęście ma kogoś kto chętnie skróci żywot tej kobiety. Aleonora wiedziała, że zrobiła sobie wroga z kapłanki chociaż nigdy kobiety nie lubił, ale teraz zrobiła sobie jeszcze z niej wroga. Cóż życie stanie się ciekawsze. >

-A teraz drogie Panie podajcie sobie dłonie. < To nie była prośba a rozkaz. Obie kobiety z dużą nie chęcią podały sobie dłonie, ale czuć było, napięcie między kobietami.

-Królu muszę was opuścić i udać się do medyka w czasie manewru poważnie uderzyłam się w bark.

-Dobrze. < Głos króla nie był już taki ostry. Kapłanka wyszła z z mostku> - Kapitan proszę ze mną na słowo na osobności.

-Pierwszy twój mostek. < Aleonor wyszła z mostka a za nią król. >

 

** **

< Henrietha stała przy swoim Twayley i była wściekła bo po raz kolejny nie udało jej się synchronizować z drugą pilot, nie wyszło, a wszystko szło dobrze, nawet kryształ rozruchu się zaświecił, ale zaraz zgasł Major po tym uderzyła pięścią w środek kokpitu, a dziewczyna z którą miała się synchronizować, powiedziała wprost że ma już dość i niech major sobie szuka innego pilota. Teraz Hnerietha stała klnęła pod nosem. Już żadna z dziewczyn nie będzie chciała się nią latać, i operację wojskową będzie musiała przeprowadzić z mostka, fakt miała na to zgodę kapitan. Ale jak to wygląda by dowodząca całymi skrzydłami nie brała udziału czynnej walki.>

-Po co te nerwy co ci ten kokpit zawinił < Z zamyślenia wyrwał ją czyjś głos. Znała go ale nie pamiętała do kogo należał i zobaczyła. Chudą jak patyk piegowatą dziewczynę z końskimi zębami, znaczy miała wielkie dwie przednie jedynki. Niebieskie oczy które wyglądały jak by bujały w niebieskich migdałach i czarne włos uczesane w dwa kucyki>

-Nie twoja sprawa Kadetko Jess. < Dziewczyna się tylko wyszczerzyła w uśmiechu, jak drapieżnik widzący swoją ofiarę.>

-Moja chyba. <Wyciągnęła dłoń w której miał kartkę a na niej rozkaż. Major odebrała kartkę i przeczytała ją. >

-Chyba żartujesz. < Głos Henrhiethy był lekko z irytowany. >

-Nie według rozkazów mam być twoją partnerką , więc to moja sprawa. Z tego co wiem o synchronizacji, obie partnerki muszą czuć ze sobą jakaś więź i jeszcze podążać wspólną drogą marzeń i pragnień tak się tworzy synchronizacja między partnerkami a więź, gdy obie przebywają ze sobą.

-I jaką mamy tą wspólną drogą. <Henrietha była bardzo ciekawa jaką to wspólna drogę marzeń mamy, była pewna że dziewczyna nic nie odpowie i tyle z tego będzie.>

-Zemsta. <Odpowiedź Jess była tak pewna jak pewne jest to, że słońce wstaje na wschodzie a zachodzi na zachodzie> - Ty straciłaś partnerkę w czasie ataku, a mój brat służył na Seren, zginął z całym okrętem. < Major poczuła ukłucie na wzmiankę o swojej partnerce, która zginęła w pamiętnym ataku. >

-I myślisz że to stworzy więź i synchronizacje między dzięki zemście.

-Każdy motyw jest dobry. < Ton głosu był rzeczowy i pewny siebie>-Nie możesz ciągle myśleć o swojej byłej partnerce bo nigdy już nigdzie nie polecisz

-Jak śmiesz<Major podniosła ton głosu>

-Spróbujmy < Major chciała powiedzieć aby Jess, poszła sobie i dała jej spokój. Wspomnienie o partnerce było bardzo bolesne a dziewczyna mówiła tak jak by Enthiela nikim nie była, a ta kadetka mówiła o niej tak bezosobowo i to bolało jeszcze bardziej. Spojrzała na nią jeszcze jak ta dziewczyna może tak mówić, sama straciła brata a jest ciągle uśmiechnięta ona nikogo nie szanuje nawet swojego brata. Henrietha zrobiła wielkie oczy kiedy poczuła uchwyt na swoich dłoniach które powędrowały na kryształ rozruchu,a potem poczuła usta Jess na swoich ustach, dziewczyna naparła na nią. Czuła ciepło od jej pocałunku, ale ją zaskoczyła. Kryształ rozruchu zajarzył się niebieskim światłem a silnik Twayle wystrzelił energią startową i zaczął unosić się w górę i lewitować.

-Co ty do cholery robisz. < Major odepchnęła dziewczynę > - Ty jesteś głupia czy co, myślisz że ci wszystko wolno. Staniesz do raport za atak na starszego oficera <z głosu było czuć gniew. >

-Spójrz.< Jess wolną dłonią pokazała na kryształ rozruchu i i to że pojazd się unosił, prawe dłonie obu Pań spoczywały na krysztale. Henrietha była zaskoczona tym, wszystkim nie wierzyła oczom ale jak się stało. Miała przepuszczenie, ale co synchronizowała się ponieważ tamta się wzięła ją zaskoczenia. Tak gdy Jess ją całowała o niczym nie myślała, miała oczyszczony umysł chociaż była bardzo zaskoczona tym wszystkim. Zawył alarm a z interkomu można było usłyszeć.>

-Mówi Kapitan, wszyscy przygotować się do gwałtownego skrętu i awaryjnego cumowania. < Rozpoczął się manewr. Henrhietha wskoczyła do kokpitu Twayleya Jess zrobiła tak samo jak major. Obie siedział w kokpicie, który miał stabilizatory lotu dzięki którym się nie odczuwało tak przeciążeń. >

-Nie mogę ciebie rozgryźć kadetko?

-Nie rozumiem. < Głos Jess był bardzo zdziwiony tyn stwierdzeniem. >

-Twój brat nie żyje a ty jesteś taka radosna Dlaczego?

-A co mam płakać, nie mam wpływu na to, że mój brat nie żyje. Ale mam wpływ na przyszłość , Mój brat mówił że po nawałnicy zawsze świeci słońce. Dla nas obu nawałnicą był atak. A teraz może być tylko lepiej. Bierzemy udział w walce. < Major słuchała musiała dziewczynie przyznać rację w tym czym mówiła. Manewr się z kończył. Obie panie wyszły z kokpitu, spojrzały na siebie widać było, że zawiązała się między nimi jakaś nić porozumienia.>

 

** **

< Dziki las im głębiej się niego wbiegało tym więcej było w nim drzew krzaków i knieji, trudno się w nim biegło nawet dla koltołaczki w postaci pantery, jak i lykanki w formie lupusa. Kotołczka biegła ile łapy dały, kilka metrów dalej biała za nią lukanką. Rajchana czując że oddaliła się od stalowego ptaka zwolniła i powoli przeszła w formę pośrednia między ludzką a zwierzęcą ciężko oddychała, musiała przyznać że po raz pierwszy się tak bała jak na stalowym ptaku, gdyby nie ta kobieta, której spojrzała prosto w dusze, nie wypuściła jej i zabroniła krzywdzić, pewnie jej futerko cenne było by już ozdobą. Oddychała ciężko nie mogła się wyciszyć, a i jeszcze smak czegoś przysznego w ustach, oparła się o drzewo, nie przyszło jej do głowy że jest Jaschina, była tak zmęczona. Jaschina wyskoczyła z krzaka i czasie skoku przeszła z formy lupus w formę crinos i uderzyła z całą siłą w brzuch kociej, aż jej się nogi ugieły pod nią i Rajchana osuneła się na ziemie.

-Do reszty z głupiałaś? < Czuć było gniew w słowa lykanki, ale kocia mimo, że była nie co słabsza od swojej towarzyszki odbiła się z dwóch nóg i barkiem weszła w tułów Jaschin aż tamta się przewróciła.>

-Nie. Chciałam się czegoś dowiedzieć.< Rajchana była na Jaschinie, ale tamta starła przewrócić kotołaczę i przy przygnieść ją do ziemie. Kicia wbiła swoje pazury w ramiona wilczyc, tamta nie była dłużna i swoją łapą uderzyła Rajchane prost w pysk, kocia czuła od swojej przyjaciółki gniew i złość ale też strach.>

-Co ty sobie wyobrażasz mogłaś zginąć. <Mocno chwyciła kotołaczke za ramiona i wykonała obrót i obie zaczęły się turlać po ziemi, żadna nie dawała za wygraną, obie były silne, ale nie oszukujmy się lykanka była bardziej masywna od przeciwniczki i pomału zdobywała przewagę na Rajchaną, ale ta mocno wbiła swoje pazury Jaschina wiedziała, że będzie ślad. Nie można się turlać bez karnie przez Dziki Las, bo te miejsce miało wiele uskoków , jarów czy jak w które można łatwo wpaść. Gdy tak obie się mocowały walcząc od dominację, wykonały o jedno przeturlanie za dużo, poleciały na skraj jaru. Było słychać warknięcie i miałknięcie i obie panie turlały się w dół jaru, nie panowały nad tym jak lecą chociaż obie próbowały pazurami łapami coś chwycić ale się nie udawało korzenie drzew były śslizgie bo od kilku dni w Czarnym dzikim lesie padało jar był zakończony małym pół metrowym urwiskiem który kończył się rzeką. I było słuchać dwa pluski w wodę i obie wylądowały w wodzie. Dobrze że obie umiały dobrze pływać wszystko dzięki przybranej cioci która nauczyła ich pływać. Ale nurt był bardzo silny i obie płynęły z nurtem. Nurt stawała się coraz silniejszy i bardzo szybko płynęły. Było słuchać szum wody coraz większy rzeka kończyła się wodospadem za równa kocia i lykanka spadły z wodospadu uderzenie wodę był to głuchy plask i obie były lekko ogłuszone, ale udało im się jakoś dopłynąć do brzegu. Obie leżały na brzegu ciężko.?

- Żyjesz ? <wydyszała Jaschina >

-Co to za życie.

-Jeszcze z tobą nie skończyłam. < dyszała wilczyca.>

-Zanim znów na mnie naskoczysz może mnie wysłuchasz? < wydyszała kotołaczka która wygrzebała się całkowicie na brzeg i usiadła o drzewo raczej do czołgała się do drzewa i tam się oparła o drzewo. >

-Mów. <lykanka tylko wypełzła na brzegu i położyła się na trawie leżąc na plecach. Rajchana postanowiła, że ominie opowiadanie jak się dostała, i jak jadła brązowy nektar słodkości na samą myśl o brązowych kostkach robiło jej się ciepło>

- Na jednej z osób użyłam mojego daru i widziałam jej przeszłość była bardzo dziwna, widziałam jej oczami jej matkę która uciekała z nią na rękach dobiegła do jakiejś bramy i tam jej matka upadła z pleców sterczały jej strzały. < Lykanka słuchała z wielką uwagą to co mówiła jej przyjaciółka> - Jakieś postacie w maskach chciały zabrać niemowlę. Nastąpiła pustka.

-Pustka?< głos był dyszący >

-No wizja się urwała by zaraz powrócić. Nadal widziałam niemowlę ale tym razem w dłoniach młodej kobiety koło której stała mężczyzna a za nimi i to było dziwne Był cień cień wielkiej kobiety, ale od tego cienia nie było czuć zła raczej <Szukała odpowiedniego słowa była bardzo zmęczona.> - Czuć troskę. Później widziałam tylko urywki z życia tej kobiet, jak stawia pierwsze kroki jak się uczy jak idzie do szkoły jak idzie do akademii. Ale w tych urywkach z jej życia było widać ciągle ten Cień kobiety za ta dziewczyna w każdym etapie jej życia.

-To wszystko? < W głosie wilczycy było słychać zaciekawienie. >

-Nie widziałam chyba przyszłość <Lykanka podniosła głowę słysząc o przyszłość. > - Widziała nas tą kobietę i obok nas cztery postacie które były okryte cieniem, a za nami był cień tej samej kobiety który wiedziałam w przeszłości tej na której użyłam oczu wiedźmy. Jaschina podrapała się po brodzie.

-Co kolwiek to znaczy musimy to sprawdzić. < Lykanka już nie dyszała >

-Co chcesz zrobić? <Rajachana widząc że przyjaciółce już przeszła złość postanowiła bliżej podejść.

-Pójdziemy za stalowym ptakiem czas nagli zbieraj swe kocie ciało i biegiem na skraj lasu < Obie ruszyły pełnym biegiem do przodu. Obie się zastanawiały na cieniem kobiety, która chroniła tamtą dziewczynę i z którym są jakoś były połączone>

 

** **

<Było wczesne po południe w Adorii, budynek Protektorów mieścił się samym centrum miasta , był on dwu pientro jako jeden z nielicznych budynków w mieście był on ceglany, obok budynku protektorów mieściły się koszary straży miejskiej był drewniany długi budynek. Przez główną bramę wchodziło się na dziedziniec który prowadził do stajni i aresztu.

Pomieszczenie gdzie urzędował Baltazar mieściło się na pierwszym piętrze było to duże pomieszczenie podzielone na dwa pokoje pierwszym pokojem było to biuro z kozetką dwoma już starymi krzesłami biurkiem i szafami gdzie znajdowały się książki i akta, drugi pokój był sypialny bo stało tam proste łóżko komoda i stolik. Baltazar po prostu spał w pracy. Teraz na łóżku leżała dziewczyna która jako jedyna przeżyła atak dziwnej istoty w czerni. Baltazar siedział za biurkiem i czekał na szamankę Orythreye. Była to najdziwniejsza dziewczyna jaką znał. Metr piędziesiąt żywej energii, wszędzie było jej pełno. Sam wygląd tej dziewczyny był specyficzny, jej włosy mieniły się wszystkim kolorami tęczy były zielono pomarańczowo, biało fioletowo czerwone, nie udana kombinacja ziołowego płynu do włosów, duże zielone oczy biała karnacja skóry. Othi bo tak kazała do siebie mówić zawsze nosiła kwieciste suknie z dekoltem i naszyjnik czaszek mysz i czaszki kota, w centralnym punkcie naszyjnika była czaszka kota a wokół niej czaszki myszy. Baltazar ubolewał na jednym że ta dziewczyna sama produkowała i sprzedawała substancje odurzających. Można powiedzieć dorabiała na boku. Baltazar powinien już dawno wsadzić dziewczynę do więzienia, ale nie zrobił tego, ponieważ Othi była użyteczna jako szamanka, umiała działać na płaszczyźnie magii, demonów, i innych nadprzyrodzonych zjawisk Baltazar miał z dziewczyną układ ona będzie mu pomagać w dziwnych sprawach, a on ją nie wsadzi i będzie przymykał oczy na jej mały mało legalny interesik, chociaż powiedział jej, żeby nie handlowała na wielką skalę. Dlatego, jak jakiś młody strażnik miejski przyprowadzał Othi skutą, zazwyczaj Baltazar przejmował więźnia zabierał co miała i wypuszczał.

-Baltazar stary gronostaju słyszałam że mnie szukasz. <W drzwiach stała Othi ubrana w niebieską suknie na które były naszyte słonecznik, uśmiech nie schodził jej z ust.> - W czym mogę ci pomóc?

-Witaj Othi powiem krótko słyszałaś o zmasakrowaniu Czarnych Szponów?

-Miasto aż huczy od tego. Pewnie inne gangi będą walczyć o schedę po Czarnych Szponach i wy będziecie mieli dużo robot. <Przez wy miała na myśli całą straż miejską i protektorów.>

- Ale pewnie nie w tej sprawie chciałeś się widzieć. I to nie ja sprzedaje ten nowy środek odużający Niebieską Mgłę. <Dziewczyna nie czekając na zaproszenie krokiem szybki udała się na kozetkę w biurze i usiadła na niej wyciągając swoje nogi na których były niebieskie ubłocone pantofle na obcasie.>

-W Istocie nie w tej sprawie. < Baltazar znał Othi i wiedział, że ona nigdy nie czeka na zaproszenia i zawsze wchodzi bez pytania i siada gdzie jej się podoba a biurze jego upodobała sobie kozetkę> - Czarny demon z diabelskim oczami, do czego może pasować ten opis

-Kochany do wszystkiego od jakiejś bestii, lykana demona i co tylko sobie wymarzysz < Baltazar widać był zawiedziony odpowiedzią od Othi, fakt opis był bardzo lakoniczny. Myślał nad czymś. >

-A mogłabyś się dowiedzieć dzięki szamanizmowi co spotkało jedną ofiarę <Othi zamrugała z radością oczami, bo raczej praktyki szamańskie nie były mile widziane w Adorii, nie były karane, ale praktykowanie ich może takiego delikwenta doprowadzić do rychłego i niemiłego pozbycia się życia. >

-Moja torba jest u strażnika przy wejściu nie pozwoli mi z nią wejść mogę przeprowadzić rytuał Widma przeszłości umożliwi mi zobaczyć to co widziała ofiara, znaczy co widziała jej dusza

-Rozumie. < Baltazar wstał ze swojego miejsca, akurat dwaj strażnicy stali nie daleko> - Strażniku pójdź do tego co jest na bramie i przynieś mi torbę która zostawiła dziewczyna o kolorowych włosach. Othi nie czekała na torbę poszła do pokoju obok domyśliła się, że ofiara będzie pokój obok. Wzięła świecie które stały na komodzie i zaczęła ją kruszyć i tworzyć koło wokół łóżka. Dobrze że jedna świeć się paliła wzięła ją w dłonie i woskiem zaczeła na czole dziewczyny kreślić runę połączenia drugą runę połączenia wykonała na swoim czole.>

-Już jest. < Baltazar wszedł do pokoju przewrócił tylko oczami. Othi podeszła do torby i wyciągnęła torbę z w której była mieszanka różnych ziół. Zaczęła czegoś szukać, znalazła metalową miskę w której Baltazar robił poranną toaletę i tam wysypała zioła, pachniały specyficznie Baltazara od zapachu, aż zemdliło. A dziewczyna poszukała głębiej w swojej kwiecistej torbie i wyciągnęła z niej torebki w której były brunatne kulki. Podeszła do dziewczyny dobrze że spała i wsadziła jedną kulkę jej pod język a sama wzięła drugą kulkę pod język.>

-Podpal to co jest w misce i wyjdź. < Sama Othi położyła jedną dłoń na runie u dziewczyny a drugą położyła na swojej runie. Baltazar zrobił o to co prosiła nie chciał wiedzieć co będzie się działo dalej. Miał nadzieje, że nie podpalą mu pokoju. Wyszedł z pokoju. Mieszanka ziół bardzo powoli się paliła a z niej unosił się biały dym o zapachu bagna. Othi wygłaszała inkantację. Twoja jaźń jest moją jaźńią a moja jaźń jest twoją jaźnia, powtarzała tak w kółko. Dym się roznosił po całym pokoju, zapach bagna otępiał zmysł wygaszał poszczególne zmysł, to najpierw słuch czucie wzrok, i na sam koniec mowę, gdy ostatni raz wymówiła inkantacje. Nastąpił błysk, i Othi znalazła się we wspomnieniach dziewczyny były one chaotyczne miały wygląd lustra w którym odbijało się wspomnienie. Szamanka wiedziała, że nie ma dużo czasu, brązowa kulka która wsunęła pod język znieczulała działanie duchu i umożliwiała oddychanie w dymie. Widziała różne wspomnienia jak dziewczyna była małym dzieckiem jak bawiła się z psem, jej rodziców, jak jej rodzicie zostali zabici przez osoby w wilczych maskach, jak samotna dziewczyna wstąpiła do Czarnych Szponów i musiała udawać faceta, bo jak by się dowiedzieli się że jest kobietą pewnie skończyła by jako seks niewolnicza, Coraz ciężej Othi oddychało, ale wreście trafiła na wspomnienia atak Widziała humanidalną postać, która manipulowała cienie, która znikała w cieniu i pojawiała się w cieniu i która kogoś szukała inne osoby z nie przyjrzała się ale tej osoby którą szukała była kobieta, ale twarz tej kobiety była nie wyraźna. Nasze jaźnie nie są już wspólną jaźnią z chwyciła się za palce i złamała w tak o to brutalny sposób wyszła z transu. >

-Baltazar chodź. < Sama się zwlekła z łóżka i ruszyła w kierunku drzwi. Murzyn wbiegł do pomieszczenia widząc Othi na podłodze wyciągną ją domyślił się że musi jeszcze zabrać dziewczynę doskoczył do łóżka przerzucił sobie ja przez ramię i wybiegł. W biegł jeszcze do pokoju by okno otworzyć. Oczy go piekły i trudno mu się oddychało.>

-I co wiesz coś? <zapytał łapiąc oddech.>

-Wody. < Baltazar podszedł do biurka na którym stała i podał szamance, ta opróżniła ją tak szybko, że Baltazar nie wiedział, że można tak szybko pić.>

-Ta osoba która wybiła Czarne Szpony manipuluje cieniem wnika w cień i podróżuje przez cień i kogoś szuka jakiejś kobiety.

-Wiesz kim jest ta istota która manipuluje cieniem. < Baltazar od razu napisał co usłyszał, to nie wiele, ale zawsze coś. >

-Macie trupy które zabite przez tą osobę muszę je zobaczyć a szczególnie rany. < Othi nie uśmiechała się teraz coś wiedziała. > - Muszę zobaczyć miejsce ataku.

-Ty coś wiesz mów. Mamy umowę. <głos Baltazara był szorstki. >

-Domyślam się ale muszę coś sprawdzić u siebie w domu w księdze demonów . Muszę od począć. Pójdę domu i sprawdzę<Othi wzięła swoją torbę i ruszyła ku wyjściu.> - Jutro Baltazarze Jutro z samego rana przyjdę. < Po tych słowach wyszła z budynku.>

 

** **

<Z pokładu statku kupieckiego, który północy zeszła dziewczyna o ognistych włosach i szafirowych oczach na nogach długie buty do kolan obite futrem z królika, na grzbiecie palto z niedźwiedziej skóry, pod paltem skórzana zbroja i skórzane spodnie. Obrazu dziewczyny dopełniały dwa małe topory na pasku przy nogach i jeden dwusieczny oburęczny topór na plecach, prezent od taty, który jak dawał córce powiedział. Oby ci się nim dobrze wrogów ciachało i wyszczerzył się w uśmiechu. Dziewczyna górowała zwrotem a miała dobre metr osiemdziesiąt wzrostu. Obok dziewczyn schodził wilk północy. Ten gatunek charakteryzowała się że był trzy raz większy od klasycznego wilka, innymi słowy wygląd jak mały koń, futro było siwe. Dziewczyna pierwszy raz opuściła krainę północy i to co zobaczyła w Adorii zaparło jej dech w piersiach. Mama mówiła jej, że kraje na południe od Krain Północy są inne i ludzie inaczej tam się ubierają, ale to przerosło oczekiwania dziewczyny. Przyglądała się głównie ubiorowi kobiet. A i na nią się gapili a raczej na wilka który leniwie szedł przy swojej właścicielce przy swojej pani. Luśka bo tak się nazywa wilk zatrzymał się przy straganie z rybami. Właściciel straganu z ryb nie mal nie dostał zawału widząc jak pysk wilka wynurza się za ryb. Stała jak wryty. Nie wiedziała co ma zrobić wolał nie wykonywać gwałtownych ruchów>

- A tu jesteś głodna jesteś? < Obok wilka znalazła się rudowłosa niewiasta i położyła na głowie wilczycy swoją dłoń głaskając ją> -Na co masz ochotę? < Wilczyca szturchnęła nosem dorsz> - Dobry człowieku pięć dorszy < wyszczerzyła się w uśmiechu pokazując wszystkie zęby. Tak ta młoda dziewczyna nie umiała się uśmiechać uśmiechała się jak głodny wilk. >

- Spakować? <Wyjęczała Bernard który najchętniej pozbył się by tej dwójki jak najszybciej. Dziewczyna wzięła dorsza którego tykała nosem Luśka i rzuciła na ziemię wilczyca położyła się przy straganie i wcinała ze smakiem.>

-J eden na miejscu cztery spakować. <Mówiła z wyraźnym północnym akcentem ale bardzo płynnie.>

- Sześć miedziaków < Rudowłosa dziewczyna włożyła dłoń za soją pazuchę i w jej dłoniach pojawił się sakiewka z której wyciągnęła pieniądze i zapłaciła. >

- Dobry człowieku gdzie tu można przenocować i zarobić. < Bernard prawie zazgrzytał zębami bo liczył że dziewczyna już pójdzie sobie. Bo jej towarzysz odstraszał klientów od jego stanowiska. >

-Przespać się Pani może Smoczym Ogonie. A co do zarobku nie wiem czego Pani szuka. <Dziewczyna podrapała się po głowie jak by szukała odpowiedniego słowa.>

-Walki za pieniądze. <Rzuciła szczerząc się jak wilk. Bernard obawiał się takiej odpowiedzi od dziewczyny.>

-Mówią że w dzielnicy Debos są organizowane zawody. Ale to niebezpieczna dzielnica

-Dziękuje, chodź. <Rzucił do wilczycy która właśnie zakończyła ucztę z dorsza i ta dziwna dwójka ruszyła w kierunku Smoczego Ogona>

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania