Drogi Triath część 4

** **

< Jaschina warczała że wściekłości ta nie rozsądna kotołaczka powędrowała sobie do ludzkiego okrętu, zastawiając liścik przyczepiony na futrze lykanki. >

 

Jaachina idę na ludzki okręt

twoja Rajchaine.

 

< Wilczyca ruszyła w kierunku statku. Kocica na swych łapach przy ziemi szła w kierunku statku, czuła zapach ludzki był bardzo intensywny, sama kocia była bardzo ciekawa ludzi, ale jakoś nigdy nie miała kontaktów, a teraz miała szansę poznać ich. Dobrze że noc była ciemna jak jej futro. Ale szła bardzo powoli słyszała ich rozmowy. >

- Auuuuuuuuuuu < zawyła Jaschina ten skowyt nawoływał Rajchaine do powrotu. Kicia usłyszała jak jej przyjaciółka za wyła ale ciekawość była silniejsza, ale wiedziała, że jej się oberwie za tą wycieczkę, od lykanki, ale już była tak blisko stalowego ptak wystarczyło tylko wskoczyć do otwartego luku silnika. Właz był otwarty, aby schłodzić i przewietrzyć pomieszczenia siłowni. Rajchain odbiła się z tylnych łap i wskoczyła do środka. Przybrała postać ludzką miała długie czarne włosy piwne oczy i bialutkie zęby, ciągle się uśmiechała, ale gdy przybrała ludzką postać była naga. Na szczęście jedna z szafek była otwarta a tam wisiał kombinezon, dziewczyna ubrała kombinezon. Z jej palca wysuną się pazur, Rajchaina rozcięła sobie dłoń i dotknęła ściany. W ten sposób kocia chciał zaznaczyć swój zapach. Ruszyła powoli ku grodzi i wyszła i od razu się zatrzymała, bo nie wiedziała w którą stronę iść. Wzięła głęboki wdech i poczuła bardzo smaczny zapach, musiała być naprawdę głodna. Ruszyła w kierunku tego słodkiego zapachu, ruszyła w jego kierunku. Jaschina zakradła się bardzo blisko statku zatrzymała się obserwowała otoczenie, ludzie ze stalowego ptaku robili ognisko śmiali się i żartowali i coś piekli. Kocica doszła do jednych drzwi za nimi był najmocniejszy zapach. Otworzyła drzwi, pokój a raczej kajuta była duża i urządzona bardzo gustownie wszystkie ściany były okute w drewno, stało tam łóżko drewniane naprzeciwko posłania było drewniane biurko na której stało kilka świeć, na ścianach były półki a na nich książki. Weszła głębiej do środka na biurku, leżała otwarte zawiniątko w kształcie prostokątu, ten prostokąt był podzielony na kostki, brakowało dwóch kostek, te kostki były brązowe i tak ładnie pachniało Rajchani spróbowała, było to słodkie i miała smak mleka i kakao. >

- Zaraz będę tylko wezmę mapę. <głos dochodził za drzwi Kocia się przestraszyła się i przemieniła się w czarną panterę i w pysku miała czekoladę do swojej kajuty weszła Sophia i zdębiała zobaczyła przed sobą czarną panterę która trzymała jej czekoladę w pysku.>

- Ki diabeł <ledwo to powiedziała a zwierze skoczyła do przodu, kapitan uskoczyła w bok pantera ruszyła biegiem. Kapitan ruszyła za nią to był jej okręt znała skróty. Rajchani mijała przerażonych ludzi, ale czekolady nie wypuszczała z pyska Skręciła w prawo wbiegła do hangaru, ludzie byli tak zdziwieni i zaszokowani że odskakiwali od kocicy. Kotołaczka zobaczyła otwarty hangar ruszyła do przodu już myślała że jej się udała, ale jej drogę zagrodziła, jej kapitan z major i dwoma marynarzami. Rajchani zatrzymała się została otoczona przez ludzi ze stalowego ptaka, każdy z nich miał dziwny patyk, z którego do nie mierzyli.

- Nie strzelać to rozkaż <słowa kapitan poniosły się po całym hangarze, sama Sophia podeszła do bliżej.

- To nie rozsądne rzucił Starszy sierżant to coś może zaatakować

- Gdyby chciała mnie zabić zrobiła by to w mojej kajucie <Rajchani spojrzała głęboko w oczy kapitan, użyła swego daru oczy wiedźmy. Przejrzała duszę kapitan aż się cofnęła się wyszczerzyła swe zęby gotowa do ataku. >

- Odsunąć się wypuście ją < kapitan odsunęła się na bok robić przejście dla pantery ci co stali przed wylotem z hangaru zrobili to samo. Kotołaczka zrozumiała i trzema susami wyskoczyła z hangaru. Przed wyjściem było zamieszanie ludzie na zewnątrz odganiali wielkiego wilka który chciał się dostać do środka Jaschina jak tylko poczuła jak jej przyjaciółka jest w zagrożeniu ruszyła do przodu, ale ludzie byli czujni chwycili jakieś patyki i starali się odgnić, ale lykanka nie dawała za wygraną. Jeden z ludzi wyciągną kawałek drewna z ognia i starał się ogonić, machał Jaschinie tym kawałkiem przed nosem, jak każda istota która miała w sobie cechy zwierzęce wilczyca bała się ognia więc odskakiwała, i wtedy zobaczyła jak nad tym co macha ognistym patykiem przeskoczyła wielka czarna pantera i dała w długą.. Lykanka za warczała i ruszyła za przyjaciółką. Obie biegły tak szybko jak by ich sam demon gonił. Linia drzew zbliżała się do nich za każdym susem>

 

** **

< Ambasador królestwa w Adorii jak każdego dnia samego rana, miał się zamiar udać na targ, aby zakupić produkty do ambasady. Dziś rano wstał bardzo zmęczony, prawie całą noc nie spał, dręczyły go złe myśli, z jednej strony nie przyjemna rozmowa z Kapłanką Elaią po które doszedł do wniosku, że przy najbliższej okazji zniknie i uda się jak najdalej od tej kobiety. Nawet mu przeszła przez myśl aby wynająć tego całego Arlekina aby zabił tą kobietę pewnie by to kosztowało nie mała fortunę, ale Albreht miał odłożone parę zaskórniaków. Odetchną głęboko, po druga myśl która nie dawała mu spać był list od byłej Imperatorowej Daharii, co ona mogła chcieć od niego. Rozważał pewne opcje, może chciała porozmawiać o zaistniałej sytuacji między Królestwem a Imperium, jak nawet to pewnie by usłyszał od Keleny, to był atak jakiś kapitanów renegatów, którzy zostaną surowo ukarani. Ale coś mu w duszy mówiło, że nie o to chodzi. Spotkał tą kobietę raz w życiu na jakimś bankiecie w imperium. On był wtedy młodym niedoświadczonym dyplomatą, który jeszcze nie znał tych gier salonowych był sekretarzem ówczesnego ambasadora Królestwa w Daharii stał gdzieś z boku sącząc wino, a ona podeszła do niego i pierwsze co powiedziała. Ale nudne przyjęcie, on jej przytakną i po chwili się z orientował że powiedział do Imperatorowej na ty i , że jej przyjęcie jest nudne. A ona położyła tylko rękę na jego ramieniu i powiedziała spokojnie a potem rozmawiali o handlu. Zazdrościł jej tej otwartości, że nie pozwoliła mu się tytułować. Jak to powiedziała wtedy tytułu uniemożliwiają swobodną rozmowę. Albreht wziął ze stolika kubek już zimnej kawy i wypił go duszkiem. Uwielbiał ten napój ludzi północy, chociaż wolał go w formie gorącej, niż ziemnej. Wstał z fotel i spojrzał, na siebie w lustrze. Doszedł do wniosku że po wczorajszym dniu postarzał się o kolejne dziesięć lat ,ale musiał przyznać że Miani postarała się wybierając mu strój na wyjście na targ. Zielony kubrak do tego biała koszula i zielona muszka, spodnie były również zielone. Cały ubiór był prosty, a sam ambasador wyglądał w nim bardziej na kupca niż na ambasadora i bardzo dobrze po co kusić złodziei. Można było zadać pytanie dlaczego ambasador robi zakupy, sam, co królestwa nie stać na ludzi dla ambasadora. Było stać ale on lubił to robić, lubił iść na targ rybny i czuć zapach świeżych ryb, czy iść do piekarni i czuć zapach chleba i ciast, czy będąc na straganach z warzywami czuć zapach owoców i warzyw. Czy iść do rzeźnika i sam wybrać mięso na obiad.. Może było to związane z tym, że sam się wychował w Diesii mieście które znajdowało się na wyspie, które z każdej strony było otoczone Morzem Terfijskim, mimo że pochodził ze szlacheckiego rodu, czasami wymykał się z domu i łaził po dzielnicy kupieckiej. Czyli codzienne chodzenie do dzielnicy handlowej przypominało mu dom. Każdy kupiec w Adorii znał ambasadora i ich nie dziwiło, że on chodził i sam kupował. Każdy sprzedawca też wiedział że ten człowiek, za nim coś kupił musiał spróbować , więc sprzedawcy, zawsze mieli przygotowane próbki. Mężczyzna płacił zawsze gotówką i zawsze robił duże zakupy, czasami prosił aby kupiec dostarczył do ambasady towar. Albreht jeszcze chwilę popatrzył na swoje odbicie w lustrze otworzył drzwi i wyszedł z pokoju i z szedł na parter przed drzwiami stała Miani która jak zwykle była uśmiechnięta jej usta się uśmiechały, jej oczy się uśmiechały, dziewczyna była drobnej budowy ciała, jej skóra miał lekko brązowy odcień skóry. Chociaż była drobnej budowy ciała Albreht przekonał się że dziewczyna jest bardzo silna, widział raz jak bez większego trudu powaliła na ziemie faceta który był od niej dwa razy większy. Dziewczyna nigdy nie mówiła o swojej przeszłości, gdy raz ja zapytał o jej przeszłość ona mu odpowiedziała z poważną miną lepiej aby Pan nie wiedział, wtedy po raz pierwszy widział jak dziewczyna się nie uśmiecha. Postanowił, że nie będzie ja pytać o przeszłość, jak będzie chciała sama o niej powie. A teraz ona czekała na niego miała na sobie prostą materiałową suknie koloru grafitowego, która pasowała do niej i jej czarnych krótkich włosów.>

- Co tu robisz

- Idę z panem < dziewczyna rzuciła melodyjnym głosem i się promieniście uśmiechnęła do mężczyzny. On chciał za prostestować że sam pójdzie, ale ona tylko otworzyła drzwi. Wyszli razem. Poranne słońce dopiero nieśmiało wychodzi na nieboskłon, poranek był chłodny, a droga na targ rybny wiodła pod górę po brukowanej ulicy. Samo miasto budziło się do dnia. Ale jak mówiono o Adorii, te miasto nigdy nie śpi, gdy kupcy rzemieślnicy szli spać, budziła się ta ciemniejsza strona miast. Takie przybytki jak domy publiczne właśnie wieczorem otwierały swoje wrota, Panie tam pracujące nie mogły narzekać na brak klientów, bo zawsze jakiś statek czy okręt zawitał do portu. Samym miastem rządził gubernator, którego wybierali mieszkańcy, aby zostać gubernatorem, należało się urodzić w Adorii, i mieć co najemniej trzydzieści wiosen na karku, płeć bez znaczenia. Może źle się wyraziłem kandydatów na gubernatora wybierali mieszkańcy, każda dzielnica mogła wystawić tylko jednego kandydata. Gdy kandydaci zostaną już wybrani, następuje turniej sztuk walki. Zwyciężca turnieju zostaje nowym gubernatorem na kolejne dziesięć lat. Samo miasto było chronione prze święte latarnie te urządzenia starożytnej cywilizacji dzięki emitowanemu światłu dezaktywowały broń na okrętach wojennych, więc, każdy wlatujący okręt był bezbronny i nie miał zdolności bojowych. Dlatego Adoria przyjmowała każdych, żyło z handlu prostytucji, niewolnictwa i wszystkiego co przynosiło dochód do kasy miasta. Opłata na rzecz kasy miasta była trzy procent od każdej działalności, miesięcznie. Jeżeli uiszczano co miesiąc podatek od handlu, władza i strażnicy miasta nie wtykali nosa nawet najciemniejsze interesy jak handel ludźmi czy bronią.

Do nosa ambasadora doszedł zapach świeżych ryb, wiedział że już się zbliża do celu swojej podróży. Wszedł ze swoją towarzyską pod górę i zobaczył port morski. Na targu już był ruch, więc ambasador przyspieszył swój kraj, wiedział, że im później się przyjdzie na targ ty to gorszy towar się dostania. Albreht miał w planie kupno dorsza łososia i śledzie, które uwielbia w sosie pomidorowy, oraz szproty. Miania szła za swoim Panem dwa kroki za nim bacznie obserwując otoczenie jak by szukał zagrożeń. Nawet Albreht nie wiedział, że dziewczyna pod rękawami miała dwa sztylety. Ambasador podszedł do straganu, przywitał go jowialny głos kupca.>

- Witam serdecznie Pana Albrehta <jowialny głos należała do otyłego mężczyzny z wielkim brzuchem i nie co łysiejącego i pasował do niego >

-Witam Theodorze.

- Co dziś Pan potrzebuje?

- Dorsz śledzie łososia.

- Och Panie Albrechcie nie mógł Pan lepiej trafić mój syn dziś wrócił z połowów i dostarczył mi same świeże ryby.

-Mogę zobaczyć?

-Oczywiście < Grubasek jak na swoją tusze bardzo sprawnie wyciągał tace z rybami. Ambasador uważnie oglądał ryby wąchał je. Po prosił o rozcięcie łososia bo chciał zobaczyć kolor mięsa. Theodor oczywiście to zrobił wiedział, że Albreht to bardzo dobry klient i zawsze płacił. >

- Beczkę śledzi taką pięcio kilową, bez marynaty, dwie skrzynki łososia i pięć skrzyń dorsza. Jak Pan może dostarczyć to do ambasady. Ile będzie to kosztować < Mężczyzna policzył bardzo szybko w pamięci. >

- Ja dla Pan dwadzieścia srebrnych monet

- Miami zapłać < dziewczyna podeszła do stoiska odczepiła od swego paska sakiewkę i wyjmowała po monecie i odliczyła dwadzieścia srebrników. Theodor się uśmiechem podziękował za interes, tacy kliencie byli na warte złota, praktycznie zrobił dzisiejszy utarg. Albreht pożegnał się i ruszył w kierunku powrotnym.

-Dzień dobry Panu < głos należał do Martha Lalko, z początku nie poznał kobiety ale wiedział że to ona po tym pustym spojrzeniu. Nie poznał jej bo kobieta miała rozpuszczone włosy, delikatny makijaż i błękitną dobrze skrojoną suknie, wyglądała na Panią z dobrego domu a nie na płatnego zabójce. Ambasador aż się cofną kiedy zobaczył tą kobietę i Miami się zatrzymała się gwałtownie. Dziewczyna powoli wysuwała sztylet z rękawa swoje sukni, wolała, nie walczyć i nie pokazywać swoich umiejętności, ale przyrzekła sobie, że będzie bronić tego człowieka za cenę swojego, życia. >

-Dzień dobry Pani. < głos Albrehta lekko drżał, starał się opanować, ale nie mógł. Klną w duchu ten cały Krąg, że jego rodzicie go w takie coś wrobili, a teraz on porządny człowiek, który nikomu nic złego nie zrobił musiał się użerać spotykać z osobami pokroju tej kobiety. Wziął głęboki oddech i się uspokoił powoli, przecież ona go nie zaatakuj w środku miasta, na targu. Co można było powiedzieć złego o straży w Adorii, to raczej nie puścili by płazem zabicie kogoś na środku targu. Bo to psuje interesy.

- Czy dobiliśmy targu jeżeli chodzi o nas wspólny biznes < Kobieta dopiero po chwili zobaczyła za mężczyzna drugą postać która jej się przyglądała, takim spojrzeniem jak drapieżnik patrzy na ofiarę. Zabójczyni nie dała się zwieść filigranowej budowie ciała dziewczyny, która stała za ambasadorem. Oceniła, że ta kobieta za nim, też jest dobrze wyszkolona zdradzały ją ruchy nie widoczne dla laika, ale tylko zawodowy zabójca mógł zobaczyć że u tamtej każdy mięsień jest napięty do granic możliwości. Zdała sprawę że jeżeli wykona jakiś fałszywy ruch będzie musiała walczyć a wolała uniknąć starcia tu. Utkwiła swoje spojrzenie w twarzy dziewczyny, jak by patrzyła przez ambasadora

- Tak < odpowiedź była krótka i rzeczowa > - Tak jak ustaliliśmy na samym początku < Gdy widział jak ona na niego patrzyła jak świdrowała go spojrzeniem, aż mu się słabo zrobiło, nie wiedział, że jego rozmówczyni na patrzy na niego ale na jego służącą. >

- Mam nadzieje że Pan nie oszuka mojego pracodawcy, bo inaczej będziemy rozmawiać < Lalko chciała dotknąć palcem serca ambasadora aby dać mu jasno do zrozumienia co go czeka, ale nie udało mu się z boku ambasadora pojawiła się dziewczyna która jeszcze przed chwilką była za nim i chwyciła ją za nadgarstek. Uścisk był bardzo mocny, jak na tak filigranową dziewczynę. Obie patrzyły na siebie, mierząc się spojrzeniami które były zimne niczym sople w czasie zim na północy. Zabójczyni dobrze oceniła dziewczynę i teraz już wiedziała, że ta mała dziewczyna może być kimś więcej niż się podaje. >

- Miami puść Panią < Głos należała do Albrehta i był stanowczy jak na niego, położył swoją dłoń na dłoni swojej pokojówki, a dziewczyna a ona puściła nadgarstek zabójczyni. >

-Jeszcze jedno kiedy? < ton kobiety był bardzo chłodny jak by nie powiedzieć zimny, nie spuszczała Miami spojrzenia. >

Za trzy dni od dziś < Ambasador spojrzała na obie kobiety i widział, jak one mierzą się spojrzeniami i jak by oby dać teraz broń pewnie by doszło do jadki. >

- Dobrze < kobieta uśmiechnęła się, ktoś przeszedł między nimi i już zabójczyni nie było. >

- Zgłupiałaś ta kobieta to bardzo zła osoba. < Ton ambasadora był z jednej strony bardzo stanowczy ale z drugiej strony było słychać w nim troskę. > - Ona mogła ciebie zabić

-Albo ja ją < Gdy to mówiła jej słowa były zimne niczym lód, a z jej ust nie schodził uśmiech, Albrehta aż zmroziło od tego. W tym momencie uświadomi sobie naprawdę że nic nie wie o swojej służącej. >

-Wracamy. < Chciał urwać dalsza rozmowę i skierował swe kroki w kierunku ambasady. Szli w milczeniu. Przypomniał jak pierwszy raz spotkał Miami na swojej drodze było to jakieś pięć a może sześć lat temu wracał wracał właśnie z królestwa powozem do Adorii kiedy zobaczył leżąca pod drzewem dziewczyną jej lewym barku tkwiła strzała i prawej nodze, między żebrami dziewczyna miała wbity czarny nietypowy sztylet, wcześniej musiała zostać pobita bo jej twarz była opuchnięta, a prawego oka praktycznie nie było widać. Kazał woźnicy zatrzymać. Kapitan jego osobistej straży klną snując wizję o zasadzce i bandytach w lesie. Ale on miał go gdzieś wyszedł sam z powozu. Podszedł do dziewczyny sprawdził czy oddycha czy ma puls. Mimo ran żyła. Sam zaniósł ja do swego powozu i kazał gnać woźnicy ile konie mogą. Jeden z gwardzistów puścił się galopem i do miasta. Wywlókł pół śpiącego lekarza z domu i w same piżamie zawiózł do ambasady, gwardzista dostał rozkaż że ma znaleźć lekarza i przyprowadzić do domu Albrehta, później długo musiał się gęsto tłumaczyć i przepraszać za zaistniała sytuację, ale 30 złotych monet ukoiły zdenerwowanego medyka. Stary Marconi bo tak się nazywał medyk powiedział, że dziewczyna nie przeżyje nocy, ale ona przeżyła kurczowo się trzymała swego życia. Lekarz praktycznie zamieszkał u ambasadora i codziennie doglądał dziewczyny, która ku jego zdziwieniu zdrowiała. Ale była małomówna nikomu nie ufała, a Albreht miał dobre serce i zaproponował jej prace pokojówki, dziewczyna szybko się nauczyła swoich nowych obowiązków, a jej uśmiech rozpromieniał dom Ambasadora, nie mówiła o przeszłości nic. Teraz pluł sobie w brodę że nie starał się bardziej dociec kim jest ta dziewczyna , może gdyby żyła jego żona Alexia może ona by dotarła do Miami.

-Już jesteśmy Panie. < Z zamyśleń wyrwał go melodyjny głos dziewczyny a jej uśmiech był bardzo promienny. Weszli do domu a on sobie obiecał, że się dowie kim jest Miami.>

 

** **

< Na Olanie I było miejsce gdzie każdy mógł wejść i ćwiczyć, była to wielka sala treningowa. Aleonora, weszła do sali ubrana w białą wełnianą koszulkę z krótkim rękawkiem, i spodnie płócienne, włosy splotła sobie kuca końskiego. Musiała pobyć sama i przemyśleć pewne sprawy. Postanowiła poćwiczyć technikę Abathara. Nie do końca ją opanowała. Ta technika wymagała nie bywałej samodyscypliny. Głębokiej medytacji, tak głębokiej, że można było oddzielić dusze od ciała. To według założeń całej techniki pozwalało na otwarcie mistycznych bram, znajdujących się w najważniejszych punktach witalnych człowieka . Otwarcie tych wrót pozwalało energii życiowej przepływać szybciej do ciała. Tych bram było aż osiem kapitan znała je na pamięć, bo instruktor który uczył jej te techniki wpoił im to aż za dobrze, zanim nauczył kadetki otwierać bramy w swoim ciele, najpierw wykładał im teorię o bramach przepływie energii i tym podobne. Pierwsza Brama otwarcia umieszczona w głowie jest kluczem do otwarcia innych bram. Druga brama brama życia umieszczona w oczach kumuluje twoją dusze i zamienia w energię. Brama trzecia to brama świadomości umieszczona w szyi odpowiada ża świadomość kim jesteś do czego dążysz. Brama czwarta brama bólu, umieszczona klatce piersiowej, dzięki niej panujesz nad bólem. Brama piątą nazwano bramą instynktu lub refleksu, dzięki niej działasz instynktownie, bramę tą umieszczona jest w obu barkach. Bram szósta umiejętności która jest umieszczona w obu noga, odpowiedzialna za to co umiesz. Brama siódma brama nad świadomości umieszczona na karku, odpowiada kim naprawdę jesteś. Brama ósma ostania brama zamknięcia lub śmierci umieszczona w sercu mówi kiedy umrzesz. Sama technika była obusieczną bronią z jednej stron ośmiokrotnie zwiększała takie rzeczy jak instynkt szybkość refleks, słuch wzrok zwinność, ale z drugiej strony jeżeli źle ja opanowałeś, użytkowałeś lub zbyt nadwyrężyłeś w czasie walki, mogło to spowodować złamanie kości zerwanie mięśni a nawet śmierć. Nie każdy chciał opanować tą technikę ze względu na wyniszczenie organizmu jakie ona może spowodować. Aleonora przypomniała sobie jak pierwszy raz otwarła pierwszą bramę, była przerażona, kiedy jej dusza oderwała się od ciała i zobaczyła siebie z góry, potem tylko musiała wejść w siebie, do samego jestestwa swojego, aby dotrzeć do siły, którą miała w sobie i zrobiła to. Widziała jak jej dłonie płoną niebieskim ogniem, ale nie utrzymała tego długo. Teraz nie miała z tym problem, wstała jej dłonie były opatulone niebieskim płomieniem a raczej błękitnym. Stanęła przed lustrem, i zaczęła poruszać dłońmi jak by płynęła jej ruchy były szybki, czasami zadawała cios, a płomień szedł za jej ruchami jak by był częścią jej samej, przy zadawaniu ciosu jaśniał

-Ładna technika < głos należał do kapłanki Elai która weszła do sali też postanowiła poćwiczyć, wraz z nią wszedł Lukiusz, był jak cień kapłanki zawsze przy niej. Kapitan się obróciła ale nie straciła koncentracji >

- Dziękuje < odpowiedziała matowo, spojrzała na tą dwójkę i cały spokój gdzieś z niej uciekł , była nie zadowolona z tego, że kapłanka ją znalazła a tak się starała przed nią ukryć i robiła wszystko aby ją unikać. >

-Może sparing z ogranicznikami? < Lukiiusz podszedł do szafki i wyciągnął cztery bransolety z kryształami Echu, które uniemożliwiały otwieranie więcej niż pierwszej bramy. Kapitan chciała powiedzieć, że nie ma ochoty, ale z drugiej strony miała okazje przywalić bez karnie kapłance, a podejrzewała, że nie prędko się nadarzy się tak druga okazja. >

-Czemu nie < Chłopak rzucił do nie bransolet, ona je chwyciła i założyła. Kapłanka zrobiła to samo. Obie były gotowe do walki i zaczęły walczyć. Kapitan zawsze w takich pojedynkach badała przeciwniczkę, wymierzyła kilka ciosów na korpus, niebieska energia szła za nią. Ale kapłanka skontrowała te ciosu, można powiedzieć, że wykonała unik. Sama zadała cios otwartą dłonią ma odlew w głowę kapitan ale ta wykonała odskok. Gdy ktoś patrzył na to z boku widział jak cztery smugi niebieskiego światła tańczą ze sobą tworząc fikuśne wzory. Kapitan obniżyła lekko środek swojej ciężkości i zadała serie szybki ciosów zamkniętą pięścią. Kapłanka musiała się na gimnastykować wykonując uniki, ale sama też zadała kilka ciosów, aż pewny momencie pięści obu kobiet spotkały, się i wtedy powstał jasno niebieski błysk światła , który obie oślepił, kapitan i kapłanka odruchowo odskoczył od siebie. Elaia spojrzała na swoją przeciwniczkę, teraz już wiedziała że jest ona silna i mocna, więc postanowiła zaatakować by sprawdzić na co stać kapitan, energia niebieska na jej prawej dłoń przybrała formę niebieskiego ostrza. Kapłanka ruszyła zadając ciecie z góry. Aleonora, widząc co tamta robi pomyślała że ta baba zgłupiała do reszty, ale energia kapitan też na prawej dłoni zamieniła się ostrze. Gdy dwa niebieskie ostrza szczepiły się, było słychać skwierczenie i małe wyładowania elektryczne kobiety się mocowały, siłowały się ze sobą żadna nie chciała.

- Wierzy Pani Kapitan w nasz dogmat, że każda decyzja powoduje utworzenie niesączonych przyszłości,

- A jakie przyszłości stworzyły Pani decyzje Kapłanko Dobre dla królestwa czy dla Pani < słychać było w głosie kapitan pewną pogardę do kapłanki. Słowa Aleonory, spowodowały, że Elaia opuściła gardę. To wykorzystała kapitan chwyciła swoją oponentkę i ja przerzuciła przez ramię, ale kobieta jakoś się utrzymała na nogach i kiedy się obracała w kierunku kapitan dostała cios z pół obrotu prost w splot słoneczny, aż jej nogi ugięły się pod nią i osunęła się na ziemię , łapiąc łapczywie powietrze. Lukiusz spojrzał z nienawiścią na kapitan, już miał zaatakować kobietę

- Przegrałam < słowa wypowiedziała kapłanka która z trudem podnosiła się z ziemi. Aleonora cieszyła się w duszy, że udało jej się powalić to dziwkę, chociaż żałowała że nikt tego nie widział > - My orędownicy wiary Diathów naszej wiary, nie raz musimy podnosić z kolan. Ale się zawszę się podniesiemy by prowadzić nasz lud drogą światła i oświecenia. Księga Diathów psalm siódmy wers dziewiąty < Za cytowała > - Jest Pani wierząca, wierzy Pani w to, że powinno być jak było w dawnych czasach, że to kapłani wyznaczali drogę światła a władcy podążają tą drogą, że każdy człowiek pochodzi o Diathów. My ludzie północy, południa imperium, że każdy z nas pochodzi od nich.< Kapitan miała minę nie swoją i zastanawiała się czemu ta kobieta wyjeżdża jej z dogmatami wiary, jaki ma w tym cel. Co chciała z niej zrobić gorliwą wyznawczynią wiary? Nie ten adres kapitan nie była bardzo religijna, była pragmatykiem, ale szanowała ludzi wiary, i miała pewną zasadę nie w dawać się w żadne dyskusje na temat wiary >

- Kapłanko proszę mi wybaczyć, ale nigdy nie byłam dobra w dogmatach wiary, jestem prostym żołnierzem. < Nie spuszczała spojrzenia z kobiety i kątem oka obserwowała chłopaka dała by sobie rękę obciąć, że widziała w jego dłoniach materializującą się broń, która przypominała kosę >

- Pani Kapitan każdy w coś wierzy. < zaczęła zdejmować ograniczniki, kapitan to widząc, sama też to zrobiła. >

-J estem pragmatyczka. < odpowiedź była matowa i jasno sugerowała, że kapitan nie ma ochoty dalej brać udziału w tej rozmowie. >

-To błąd idzie burza zmian i każdy z nas będzie musiał się opowiedzieć po której jest stronie. < W tych słowach Aleonora wyczuła pewna groźbę, czuła że ta kobieta coś wiedziała, poczuła się nieswojo. Przeszył ją chłód. Miała coś odpowiedzieć kiedy rozległ się trzeszczący głos interkomu

- Kapitan wzywana na mostek.

- Przepraszam ale ,mnie wzywają < Kapitan szybko ruszyła w kierunku drzwi tak szczerze miała ochotę uciec jak najdalej od tej kobiety i jej prawej ręki tego chłopaka. >

 

** **

(Kilka godzin przed pojawieniem się pantery)

 

< Selena leżała na łóżku była zdziwiona, że nie była nawet przywiązana do łóżka, było rozkaz kapitan. Tak usłyszała od grubego mężczyzny, który jak myślała był lekarzem na tym statku . Sama czuła się dobrze pomijając złamane żebra. Kobieta zbez oka którą tak dobrze pamiętała jeszcze z ataku, nawet przyniosła jej książkę. „Bajki Imperium aby się dziewczyna się nie nudziła. Selena zastanawiało jedno kim jest kapitan tego statku, użyła Abhadaru od tak sobie i walnęła ją z całej sił, ile bram potrafi ta kobieta otworzyć. Ona sama potrafiła trzy, spojrzała na książkę.

-O już wróciłaś do żywych < W drzwiach stała Kapitan, która miała prawą ręką na temblaku > -Doktorze biorę ją na spacer <Lekarza machną ręka tylko rzucił coś aby dziewczyna się nie przemęczała tylko.>

-Wstawaj

- Nie < odpowiedź Seleny była butna, mimo że miała złamane żebra, chciała jeszcze raz wejść w Abhadar ale nie mogła. Sophia zobaczyła że rubin umieszczony w obroży zaświecił się czerwonym blaskiem >

-Nie próbuj Abhadaru, obroża, blokuje tą technikę < rzuciła wesołym głosem do dziewczyny, podziwiała ją za to, że próbowała uciec > - Nawet gdyby ci się udało, to co zrobisz przebijesz się przez cały okręt do hangaru i co. Nie odlecisz swym pojazdem ponieważ jest rozebrany na części, to raz dwa nie masz partnerki a nawet gdyby którąś przymusiłaś do lotu nie masz więzi i synchronizacji, a podejrzewam, że Skoczka nie umiesz latać.

- Kłamiesz że rozebraliście mój pojazd < w jej głosie było czuć histerię i beznadzieję >

- W jakim celu miała bym kłamać. Widzisz mój główny mechanik to geniusz mechaniki i ciekawa osoba. Powiem ci coś więcej rozebraliśmy twój pojazd i nie potrafimy go złożyć < Sophia wzruszyła tylko ramionami. Selena przyglądała się kobiecie, fakt nigdy nie była wcześniej w niewoli, ale żaden kapitan nie mówił by tak otwarcie o tym, że coś poszło nie tak >

-Czego chcesz? < wycedziła wreście przez zęby.>

-Zabrać ciebie na powietrze na słońce abyś odetchnęła i porozmawiać < Zdziwienie dziewczyny rosło z każdą minutą, gdy słuchała tej kobiety. Ale perspektywa świeżego powietrza i słońca była kusząca, powoli przemieściła się na skraj łóżka i usiadła. >

-Dobry wybór. < Kapitan pomogła jej wstać i wolnym krokiem ruszyli w kierunku wyjścia, przez całą drogę do wyjścia ze statku kapitan milczała. Gdy obie znalazły się na pokładzie niszczyciela pokład był oczyszczony ale było widać śladów walki. Niebo było niebieskie a słońce świeciło pełna tarczą

- Jak masz na imię < pytanie zaskoczyło dziewczynę która delektowała się słońcem. >

- Zgodnie z traktem wojennym Natharin, mam obowiązek podać tylko imię nazwisko i stopień.

- Znam ten traktat i masz racje. Ja jestem Sophia Vesp kapitan niszczyciela Tartarus na którego pokładzie się znajdujemy. < dziewczynę zamurowało po raz kolejny w ciągu dwudziestu minut.>

- Selena.

- Ładne imię. Nie będę ciebie tu oszukiwać potrzebuje informacji prostej na jakiej zasadzie działają wasze myśliwce? < Nigdy nie była w niewoli, ale nie tak powinno wyglądać przesłuchanie , powinno wyglądać jak robił ten łysy człowiek, którego by zabiła gdyby ta cała kapitan ją nie pokonała techniką Abhadar. >

- Nie powiem tego. < głos dziewczyny łamał się ze wściekłości > - Słyszysz nie powiem ci możesz mnie torturować ale ci nic nie powiem wolę się zabić ale nic ci nie powiem rozumiesz. < wykrzyczała to w twarz kapitan. >

- Rozumiem, ale zobacz w jakiej sytuacji jesteś. Znajdujesz się na wrogim okręcie, otoczona przez osoby które życzą tobie rychłej śmierć. Nie dziwie się zabiłaś czterech z ich towarzyszy, a nie zabili ciebie tylko dlatego, że boją się mnie. Oczywiście masz wybór nic nie powiedzieć i za ten opór ciebie podziwiam, ale z drugiej strony wcześniej czy później dotrzemy do imperium a tam trafisz w łapy ludzi którzy nie będą się cackać i wydłubią z ciebie te informacje które będą potrzebne. Możesz popełnić samobójstwo, ale osobiście nie sądzę, że jesteś do tego zdolna świadczy o tym twoja ucieczka i chęć życia. Możesz nam pomóc powiesz co wiesz < dziewczyna słuchała tego co mówiła Kapitan, miała łzy w oczach, bo wiedziała, że ta ma racje, dwie pierwsze opcje ja przerażały, a trzecie była by zdrajcą. Ta kobieta dawał jej jakąś opcje, nie straszyła okrutnymi torturami, stwierdzała fakt, że takie nastąpią kiedy statek dotrze do imperium. Miała jeszcze nadzieje, że może ktoś ją uratuje. >

- Pani mnie wzywała? < chropowaty głos należał do Pułkownika Salomon Kharth, jak zwykle mundur leżał na nim idealnie opijając jego sylwetkę. Selena widząc go aż się zrobiła dwa kroki do tyłu i się potknęła o linę cumowniczą co spowodowało że się przewróciła. >

- Spokojnie Pan Pułkownik nie zrobi ci krzywdy < mężczyzna tylko kiwną głową przytakując tylko głową. > - Pułkowniku czekałam na Pana bo chciała przy Panu złożyć naszemu gościowi pewną ofertę < Salomon podniósł tylko swoje brwi pytając. > - Oferta Seleno jest bardzo prosta dasz nam informacje o waszych myśliwcach, i pomożesz nam złożyć ten który mamy na pokładzie a w zamian, wypuszczę ciebie wolno w porcie gdzie się udajemy.

-Pani Kapitan nie takie są rozkazy. < Pułkownik był obruszony, miał rozkazy od swych przełożonych, ale też jego stara przyjaciółka prosiła go o pewną przysługę. >

- Wiem dobrze Pan wie co z nią stanie kiedy departament dziewiąty na niej położy swoje łapy. < Pułkownikowi niemal oczy wyszły z orbit gdy usłyszał od Sophi o tym departamencie. Tylko nie liczni wtajemniczeni w imperium znali nazwę tego departamentu, a na pewno nie należeli do nich kapitanowie niszczycieli.>

- Pani Kapitan jest przeciw < powiedział swym stanowczym tonem. Nie chciał zawieść starej przyjaciółki i jej zaufania i co jej powie, że wypuścił jej dziewczynę którą miał chronić w Adorii bo druga dziewczyna nad którą miał mieć piecze miała kaprys wpuścić tą pierwszą . Dobrze że nie miał już włosów bo wypadły by do reszty.>

- Musimy to zrobić bo na spotkanie nam leci Lekki krążownik Imperium Hell Dog, na pokładzie którego jest była imperatorowa Kelena Podróżniczka, osobiście chce przejąć więźnia< Salomon Khart jeszcze szerzej nie mógł otworzyć oczu. >

- Dobrze. < odpowiedział beznamiętnym głosem. Sophia w tym momencie była skonsternowana, jeszcze chwilę temu ten łysy lis nie chciał dziewczyny wypuszczać a teraz się zgodził. Czyżby bał się aż tak imperatorowej.>

- A ty pomożesz nam za wolność? < Kapitan spojrzała na dziewczynę która się podnosiła właśnie z pokładu. Selena nie wiedziała co myśleć, chciała aby to się wszystko zakończyło, ale nie chciała zdradzać swego kraju, ale bała się niewoli w imperium tortur i śmierci. >

- Musze przemyśleć < odpowiedziała w głosie w którym nie był nadziei. >

- Dobrze nie zastanawiaj się zbyt długo. Pułkowniku zostawmy ja samą < oboje odeszli każdy w swoją stronę a Selena usiadła obok grodzi i zasłoniła oczy chciało jej się wyć > ...

Selena siedziała jak struta na łóżku i sama nie wiedziała co ma zrobić, propozycja kapitan była uczciwa, powiesz co wiesz, a my ciebie puścimy. Sama sobie dopowiedziała, że musi być to co powiem musi być prawdą, bo inaczej nici z umowy. Nawet jej oprawca się zgodził, na to, co zaniepokoiło nie tylko ją ale jak zauważyła również kapitan. Musiała podjąć jakąś decyzje. Przeżyć jako zdrajca własnego królestwa czy być wierna królestwu do samego końca, a to równało się z torturami i pewnie śmiercią. W życiu nie ma łatwych decyzji przypomniały się słowa jej babci . Każda decyzja tworzy różne drogi przyszłości, które są spowitą mgłą. Babcia Seleny była bardzo religijna i z uporem maniaka wpajała dziewczynie dogmaty wiary. Selena zamknęła oczy i zaczęła się modlić po cichu by oczyścić swój umysł. Nawet nie wiedziała kiedy zasnęła nie ze zmęczenia bo czym miała być zmęczona. Sen nastał szybko. Był intensywny, biegła świetlistą drogą mijając obraz ze swego życia radosne i smutne aż dobiegła do rozstaju dróg, zarówno w jedną drogę jak i drugą spowijała gęsta mgła. Minął ją jeden cień i drugi cień i trzeci cień i kolejny, a ostatnim który ją minął była sama kapitan, wszystkie cienie wybrały drogę po lewej stronie, każdy kto ją mijał przybył z innej strony. Selen ruszyła za cieniem kapitan w biegła w mgłę. Gdy biegła do tej pory czuła się samotna, ale nie w tej mgle, tam czuła się, że jest otoczona przez przyjaciół których jeszcze nie zna. Błogi spokój przerwał obraz który się pojawił. Ona i reszta cieni była otoczona przez czarną mgłę i po chwili wszystkie cienie zostały przebite na wylot. Wtedy Selen obudziła się gwałtownie, bolało ją serce i cała była zlana potem, oddychała ciężko, dobrze, że nikogo nie było w salce szpitalnej okrętu. Dziewczyna powoli się uspakajała. Wiedziała już którą ma wybrać drogę. Wybierze drogę zdrajcy królestwa, pójdzie za kapitan tego statku, bo na tej drodze czuła się bardzo bezpiecznie. Ale sama Selena postanowiła, że przy najbliższej okazji zdradzi tą cała Sophie i wbije jej nóż w plecy. Wstała z łóżka i podeszła do drzwi tak jak się spodziewała stał tam wartownik

- Powiedz Kapitan że chcą z nią mówić, na temat naszej rozmowy w czasie spaceru. < Wartownik miał coś jeszcze powiedzieć ale zobaczył spojrzenie Seleny, które przez ułamek sekundy było bardzo władcze. Podszedł do interkomu. >

- Tak <było słychać głos kapitan i w tle inne głos. >

- Więzień chce z Panią mówić. < służbowo odpowiedział wartownik.>

- Będę za dziesięć minut. < intercom zamilkł. Selena słysząc odpowiedź kapitan wróciła na swoje łóżko... Selena musiała powiedzieć, że kapitan była słowna jak mało kto na świecie, minęło równe dziesięć minut a w drzwiach się zjawiła kapitan. >

- Chciałaś zemną rozmawiać czy... < Selena weszła w zdanie kapitan. >

- Zgadzam się na Pani warunki, pomogę Pani na tyle na ile będę mogła. Od razu mówię nie jest mechanikiem i nie do końca pojmuje jak działają jednostki królestwa, ale co wiem to powiem. Ale mam warunki,

- Jakie? < Sophia zapytała trochę beznamiętnym głosem. >

- Po pierwsze możliwość wolnego poruszania się po statku bez strażnika, po drugie zdjęcie tej obroży. Nie jestem psem aby nosiła obrożę.

- Co do pierwszego warunku mogę się zgodzić, oczywiście nie będziesz miała wstępu do strategicznych sekcji jak uzbrojenie czy napęd tego okrętu. Nie ufam tobie do końca chyba mnie rozumiesz gdybyś była na moim miejscu to byś też nie ufała. Co do drugiego warunku nie mogę się zgodzić, widziałam co potrafisz i nie zaryzykuje życiem mojej załogi. Bo znów możesz wyciąć numer jak ostatnio .< Selena lekko przygryzła wargę nie osiągnęła tego co chciała, Dobrze oceniała tą cała Vesp, że nie jest ona głupia, i na ten drugi warunek się nie zgodzi. Ojciec Seleny był handlarzem i to obrotnym i nauczył dziewczynę jednej zasad skutecznych negocjacji zawsze dawaj dwa warunki jeden który twój partner w negocjacjach zawsze przyjmie i drugi, którego nie jest wstanie zaakceptować. Zawsze w ten sposób coś osiągniesz. Widać ta zasada sprawdzała się nie tylko negocjacjach handlowych ale też więziennych. >

- Dobrze. < Selena odpowiedziała po krótkim namyśle>

- Co ciebie przekonało do współpracy, bo na pokładzie nie byłaś zachwycona tym pomysłem. < na dziewczynę padło badawcze spojrzenie kapitan. >

- Sen < odpowiedź była prosta a na twarzy kapitan malowało się wielkie zdziwienie. > - Od kiedy mam zacząć wam pomagać?

-Możesz zaraz < po tych słowach Selena minęła kapitan i wyszła. >

 

** **

< W ciemnym pokoju stała postać nie można określić jakiej płci spojrzała w lustro. Ostatni raz, powiedziała postać sama do siebie. Ale kiedyś obiecała, że będzie chronić tą osobę i teraz musi znów stać się Wojownikiem cienia istotą władającą cieniem. Cień we mnie ja w cieniu wyszeptała i całe ciało pokryło czarną wirującą szatą, która łopotała jak na wietrze. Szata zakrywała całe ciało w tym usta włosy, było widać tylko dwa ogniki oczu. Do cienie, wyszeptała i weszła we własny ceń dzięki temu mogła podróżować, przez krainę cienia. Sama kraina cienia nie była przyjemna, panował w niej mrok i ciemność i skały, gdzie nie gdzie widać były inne cienie. Były to bestie cienia istoty które kiedyś były ludźmi ale pochłoną ich cień i zamieniły się potwory. Bestie cienia, nie atakowały wojowników cienia, bo oni byli za szybcy. Wojownik cienia mógł wyjść z cienia w każdym miejscu gdzie był cień i w miejscach gdzie był kiedyś. Miejsca wyjścia z cienia były nie co jaśniejsze w krainie cienia. Ich kolor był szary Postać zatrzymała się była w miejscu gdzie chciała. Wyjście z cienia wyszeptała była gdzie chciała być czyli Debos, najbardziej biednej dzielnicy, była to dzielnica gdzie rządził gangi. Postać wyłoniła się kwaterze Czarnych szponów najbardziej krwawego gangu. Bandyci którzy tam byli byli bardzo z szokowani, ale pierwszy szok mijał

- Szukam kogoś widzieliście tą osobę<postać w czerni miała dudniący głos, po słowach czy widzieliście tą osobę pojawił się jej postaci cień osoby, którą szukała czarna postać.

-W iesz kim jesteśmy < wycedził brodaty mężczyzna. >

- Czarne Szpony < głos był dość że dudniący to jeszcze bez namiętny. >

-Posłuchaj mnie...< Brodacz nie dokończył słowa ponieważ jego krtań została przebita czarnym ostrzem który wystrzeli z cienia istoty. Mężczyzna zacharczał i wypluł krewa,chwilę jego ciało po dygotało i się osunął się na ziemie. Kilku ruszyło na postać na osobę w czerni , ale zaraz potem zostali przebić ostrzami, które wystrzeliły z cienia wojownika. Nie którzy mądrzy i nie atakowali.>

- Zapytam jeszcze raz czy widzieliście tą osobę? < znów cień zamienił się w lustrzane odbicie osoby, którą poszukiwała osoba w czerni. >

-Nie < ktoś powiedział z oddali. Osoba w czerni spojrzała w jego stronę był to młody chłopak, z tej odległość nie potrafiła określić czy kłamie. Postać w czerni ruszyła w kierunku chłopak ale w tym momencie wbiegli zaalarmowani bandycie z kuszami otoczyli tajemniczą postać i wymierzyli w nią kuszę.

-Co teraz zdechniesz. < syczał jeden z drabów. Postać w czerni obróciła się wokół własnej osi i zaśmiała się gardło. >

- Głupcy < z jej pleców wystrzeliły czarne czarne macki zakończone ostrzami. >

- Strzelać < wrzasnął mężczyzna. Kusznicy wypuścili bełty. Osoba w czarni wyszeptała >

- Do cienia. < Znikła w cieniu. A bandyci padli od własnych bełtów. Dwie ulice dale można było usłyszeć> - Z cienia. < Postać z czerni wyłoniła się i ruszyła dalej w poszukiwania, bez żadnego, żalu zabiła tamtych zbirów, była to banda morderców gwałcicieli, handlarzy niewolników Dostali to na co zasłużyli. >

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • krajew34 9 miesięcy temu
    Trochę za dużo tekstu na raz, zdziwiło mnie używanie >, ale być może tak można, eskpertem nie jestem, postacie ciekawe.
  • Lika 9 miesięcy temu
    Co do tych znaczków <> używa się ich grach tekstowych aby opisac czyności postaci co robią jaki ton głosu mają. Wiem za dużo tekstu będa wstawiał mniej
  • Ritha 8 miesięcy temu
    Lika w grach tekstowych? No i?
    To opowiadanie. Portal literacki. Nie trza tu znaczników takich.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania