Poprzednie częściLeworęczni -Prolog (poprawiony)

Leworęczni - Rozdział 4. (2/2)

Nazajutrz również walczył z Dejanem. Ser Cornell powiedział im, że to ostatnia walka przed turniejem, bo kiedy będą tu ich przeciwnicy z innych miast nie będą mogli walczyć, aby nie zdradzać swoich umiejętności.

Arrinowi wydawało się to śmieszne. Jestem następcą tronu, mogę robić co zechcę.

Dzisiaj wygrał z Dejanem bez problemu. Zaczął bez tarczy i od razu zalał go falą ciosów których kuchenny nie mógł odbić.

Cieszył się z tego zwycięstwa, choć ukrywał radość dla siebie. Po dwóch przegranych z rzędu przestraszył się. Co by to było, gdyby stracił nagle swe umiejętności dzień przed turniejem. Jednak ta wygrana uspokoiła go. Pewność siebie powróciła do jego serca i znowu nie mógł doczekać się turnieju.

Na zawodach największym problemem będą na pewno chłopcy z Akademii Wojskowej Tressport, w której szkolenie było marzeniem Arrina. Porządne nauczanie, codzienny trening i surowe zasady sprawiały, że adepci szybko stawali się maszynami do zabijania.

Choć Arrin wiedział, ze mogą sprawić problem nie obawiał się zbytnio. Wiedział, że ze swoimi da sobie radę bez problemu, chyba że będą wśród nich tacy narwańcy jak Pitt ze stajni. W takim przypadku poprosi ojca o dyskwalifikacje.

Do Lorda Pretriana miał jeszcze jedną sprawę. Chciał na turnieju wystąpić w srebrnej zbroi z liśćmi laurowymi. Tej samej, w której był na polowaniu w lesie. Jednak po ostatnich kłótniach i pogorszeniu się ich relacji przekonanie ojca nie było prostym zadaniem.

Dziś po kolacji porozmawiam z nim o tej sprawie – postanowił - Im szybciej to załatwię, tym ojciec łatwiej da się przekonać.

 

Arrin zjawił się w Sali Jadalnej, kiedy już na stołach było wszystko podane. Zauważył też Dejana biegającego z mięsami i chlebem między stołami. Niektóre z lordowskich głów kłaniały się Arrinowi, ale nie zwracał na nich uwagi. Tym razem zajął miejsce niedaleko ławy Najwyższego i czekał spoglądając na drzwi.

Od tygodnia, kiedy ojciec poinformował go o turnieju, nie rozmawiali. Lord Pretrian ostatnimi czasy bardzo rzadko odzywał się do Arrina, a chłopiec wiedział, że nie należy go niepokoić bez powodu. Najwyższy łatwo się denerwował, a ostatnio miał jeszcze wiele na głowie, przez pewne problemy polityczne, o których jak zwykle Arrin nie miał bladego pojęcia.

Po chwili drzwi się otworzyły. Najwyższy wszedł do Sali wraz ze swoim skrybą Lordem Gastnerem. Kiedy przekroczył próg u drzwi wszyscy wstali. Lord Pretrian nakazał dłonią żeby usiedli (dla Arrina nie miało to sensu) i szybkim krokiem udał się do swojego pięknie zdobionego krzesła przy stole na podwyższeniu. Wszyscy znowu zaczęli rozmawiać i w Sali znów zapanował gwar.

Arrin przez całą ucztę wymyślał słowa rozmowy, którą miał zaraz przeprowadzić. Bardzo chciał wystąpić bogato zdobionej, srebrnej zbroi a nie w jakichś łachmanach, dlatego musiał rozegrać ten dialog idealnie. Chłopiec wiedział, że jego ojciec nie należy do prostych typów. Kiedy się uprze musi się dziać po jego myśli i nikt nie mógł go przekonać do własnego zdania

Do Lorda Pretriana i Gastnera dosiedli się jacyś lordowie z Rady i zaczęli dyskutować. Arrin patrzył na tą scenę dokładnie i zauważył, że ojciec z kamienną twarzą patrzył na kurczaka na talerzu w prawej ręce wywijając nożem.

To chyba nie wróży zbyt dobrze.

Najwyższy zawsze był skupiony i patrzył w oczy swojego rozmówcy, chyba że nie chciał z kimś rozmawiać. Teraz w ogóle nie był zainteresowany przemową Lorda Gastnera, który gestykulował z uśmiechem. To nie był dobry znak. Arrin nie chciał przeszkadzać ojcu w ważnych sprawach miasta, więc musiał czekać aż Lord Pretrian wyjdzie i złapać go na korytarzu.

Wraz z nim czekali wszyscy obecni na sali. W Tressport jak i w innych miastach panowała tradycja, że póki Najwyższy nie wyjdzie, nikt nie może opuścić Sali bez ważnego powodu.

Jakby go tutaj podejść? - rozmyślał Arrin nakładając sobie na swój talerz solidną porcję pieczonych ziemniaków.

Najlepszym wyjściem byłoby powiedzieć wprost co ma na myśli. Najwyższy nie lubił, kiedy jego rozmówca mówił wywijająco, lecz nie lubił też żądań. Arrin powinien ze spokojem przedstawić mu swój tok rozumowania, w którym on – jako prawowity Dziedzic Tronu – chcąc godnie wyglądać na turnieju chce przywdziać piękną zbroję. Przedstawi ojcu za i przeciw. Argumenty popierające jego pomysł, to brak hańby dla rodu i satysfakcja Dziedzica. A argumenty przeciw? Nie było żadnego. Tylko z czystej nienawiści ojciec mógłby zabronić mu wystąpienia w zbroi. Powodu, dla którego nie miałby jej nosić próżno było szukać. Z tą pozytywną myślą zjadł obiad ze smakiem. Tym razem nikt go nie zagadał.

 

W końcu, po dłuższej chwili Lord Pretrian wstał a za nim wszyscy zgromadzeni. Przeszedł naokoło stołu wraz z Lordem Gastnerem, przeszedł przez salę i wyszedł znikając za drewnianymi drzwiami.

Arrin wybiegł za nim.

- Ojcze – zwołał na korytarzu.

- Witaj – odparł uprzejmym, udawanym tonem – Śpieszę się. Co się dzieje ?

Arrin zbliżył się do nich.

- Właściwie, to nic. Ale mam pewną sprawę –kompletnie zapomniał co miał dokładnie mówić. Zerknął na Lorda Gastnera, dając mu do zrozumienia, że potrzebuje odrobiny prywatności. Skryba zrozumiał znak i odsunął się kawałek zostawiając ich samych – No więc. Mamy pojutrze ten turniej.

- I ?

- No i… może mógłbym wystąpić w tej srebrnej, pięknej zbroi a nie w tych łachmanach ze zbrojowni – wydusił w końcu jednym tchem.

- Nie wiem, synu – odparł zimnym tonem wyprostowując się – to nie sprawa na teraz. Później porozmawiamy, gdyż mam ważne rzeczy do zrobienia.

Zajmij się swoimi.

To powiedziawszy Lord Pretrian odwrócił się i wraz z Lordem Gastnerem zniknęli wściekłemu Arrinowi z oczu za zakrętem korytarza.

 

 

- Robi to tylko po to, żeby mnie zdenerwować – powiedział następnego dnia Derrowi.

Siedział właśnie na parapecie okna zamkowej kuźni. Był ciepły, letni poranek i niedługo mieli się zjawić pierwsi goście przyjeżdżający z okolic. Zamek tętnił życiem. Już wczorajszego wieczoru do zamku przybyli mieszkańcy Tressport aby rozstawić stragany, stoły i namioty na błoniach wokół twierdzy.

Jako syn Najwyższego powinien witać teraz przybyłych gości i częstować ich chlebem i solą. Jednak nie dostał żadnego polecenia od ojca, dlatego wolał spędzić poranek wraz ze starym kowalem. Ten polerował właśnie jedną z zamkowych zbroi i wydawało się, że wcale nie słucha chłopca.

- Może ma racje – stwierdził po chwili Derr – powinieneś odpokutować za wcześniejsze grzechy.

- Co mu to przeszkadza? – Arrin był coraz bardziej zdenerwowany – Chcę tylko dobrze wyglądać i zaimponować prostaczkom na widowni. Jak myślisz co powinienem zrobić ?

Der wrzucił szmatkę do wody, która zrobiła się już zupełnie czarna i spojrzał na chłopca

- Porozmawiać z ojcem. Przeprosić go, odpokutować winy.

- Ale ja nie mam nic do odpokutowywania! – uniósł się Arrin.

- Lepiej to zrób, dobrze wypadniesz.

- Myślisz, że to pomoże ? – nie był do końca przekonany co do tego pomysłu.

- Tak, ale pod jednym warunkiem – odparł Derr z uśmiechem – zrób to w obecności Lordów i dowódców. Lord Pretrian zagra dobrego ojca i pozwoli Ci ubrać to co chcesz.

- To sprytny plan – przyznał uradowany Arrin zeskakując z parapetu – Tak zrobię. Widzimy się na turnieju.

- Ja również żegnam – odparł Derr wracając do polerowania.

 

Wychodził z uśmiechem z kuźni. Nie mógł doczekać się już turnieju. Był to pierwszy raz, kiedy będzie mógł czegoś takiego dokonać. Tym razem nikt mu nie przeszkodzi.

Cieszyło go także coś innego. W relacji z ojcem nastąpiła pewna zmiana. Mimo, że zawiódł wtedy w lesie to pozwolenie na wzięcie udziału w turnieju było czymś w rodzaju drugiej szansy, której nigdy wcześniej nie otrzymał. Ta myśl napawała go pełnym optymizmem i dodawała mu jeszcze więcej pewności siebie.

Miejmy nadzieję, że jak wygram jutro turniej, to w końcu urosnę w oczach ojca. Może w końcu dostrzeże we mnie prawdziwego syna i doceni moje starania.

 

Dajcie znać, czy wrzucać więcej :)

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania