Uparta miłość r III [3]

– Powtarzał niezmiennie, że widocznie odzywa się w nim krew przodków, bo rodzina Zalewskich miała spory majątek niedaleko Lwowa. Teraz też przyjechał tu, bo chciał odpocząć, uporządkować myśli i uczucia po zawodzie, jaki przeżył. Zdobyty spokój mąciło nieco dzisiejsze spotkanie:

- Przyglądała mi się tak uważnie – rozmyślał podchodząc do lustra. – No tak, patrzyła i pewnie się dziwiła, że taki blady, chudy, zarośnięty... Koniec lata, ludzie wypoczęci, opaleni, a ja jak po jakiej chorobie.. Zmarnowałem to lato, fakt – ucieczka w alkohol, w karty, niewybredne lektury – nic to nie dało. Nic! Jak bolało, tak boli. Odrzucony, wzgardzony, ośmieszony. A może tak lepiej? Może to tylko zraniona duma tak boli, a nie odrzucone uczucie? No i co z tą miłością, gdzie się podziała?

– W piękną słoneczną niedzielę w Pogórzu odbywały się dożynki. Zaraz po mszy św. Lis musiał jechać swoim samochodem po orkiestrę, obracał dwa razy. Kierowca żuka nie nadawał się do jazdy, gdyż świętował od soboty. Jeszcze większy kłopot był z zięciem magazyniera Fabisiaka, który miał nieść wieniec dożynkowy. Mariancio tak się wstawił, że nie było mowy, aby stanął na wysokości zadania.

-Wszystko z tych nerwów – jak twierdziła żona. A Stasia Fabisiakowa taka była dumna, że go wybrano, bo to przecież i kombajnista najlepszy, i traktorzysta niezawodny, i dmuchawę do siana naprawił, choć ci z POMu mówili, że za Chiny nie da rady! A tu takie coś, taki wstyd! I po jaką cholerę mu żona nowy garnitur kupowała?!

Halinka, gdy się dowiedziała, piorunem znalazła wyjście; wieniec poniesie najsympatyczniejszy z żołnierzy, kapral Jacek Mech. A piękny okrągły bochen chleba z krzyżem pośrodku – będzie niosła najlepsza dojarka i najpiękniejsza Pogórznka – Jadzia od Bruzdów.

– Na placu przed pałacem zebrali się mieszkańcy pegeeru, było też sporo młodzieży z sąsiednich wiosek. Orkiestra przygrywała, tłum gęstniał.

– Wreszcie na szczycie schodów ukazali się dostojni goście z powiatu i cały zarząd majątku.

Muzykanci umilkli, zaległa uroczysta cisza. Spośród ludzi wyszedł Jacek z wieńcem i Jadwisia z chlebem. Powolutku zbliżali się do schodów; dostojnicy zaś ze schodów schodzili. Grupka kobiet i panowie z orkiestry zaśpiewali:

„Plon niesiemy, plon..” Jacek stuknął obcasami i podał wieniec sekretarzowi z komitetu partyjnego, Jadzia skłoniła się przed kierownikiem Łukowskim i podała mu chleb Ten ogromnie wzruszony ucałował bochen i przekazał Lisowi, sam zaś sięgnął po kartkę z przemówieniem

Orkiestra jednakże nie była widać wtajemniczona, co do przebiegu ceremonii, bo huknęła marsza, jak na weselu, w nadziei, że świta pomaszeruje na salę. Nikt nie ruszył się z miejsca, więc muzykanci przestali grać. Kierownik w swoim przemówieniu dziękował załodze i wojsku za ogrom pracy, jaki włożyli, by zebrać plony. Było też o tych, co doglądają trzody ,doją krowy, hodują konie, hołubią cielęta, gotują żniwiarzom. Nie zapomniał o stelmachu, kowalu, stróżach, nawet pastuchowi bydła serdecznie dziękował.

Dziadek Czyżewski ocierał łzy wzruszenia – kto nie kocha takiego szefa? Kto będzie liczył niezapłacone godziny nieraz w chłodzie przerobione, jeśli się wie , że robota będzie doceniona?

– Przemówienie sekretarza było bardzo górnolotne, ale nie wzbudziło już takiego entuzjazmu. Choć słowa” Kłaniam się przed wami, gospodarze tej ziemi! Kłaniam się przed wami, którzy siejecie i zbieracie, którzy żywicie naród polski... zrobiło pewne wrażenie i nawet później było w pegeerowskim gronie długo komentowane Teraz orkiestra nie wiedziała, czy grać, czy nie i już w ciszy świta dostojnie ruszyła do dużej sali, gdzie były nakryte stoły.

– Program artystyczny też dosyć dobrze wypadł, głównie dzięki harmoniście, który donośnym głosem powtarzał wierszyki mówione przez dzieci. Bez niego tylko nieliczni znaliby ich treść, gdyż ginęły w panującym gwarze

Najlepiej wypadli wojskowi, którzy zupełnie nie mieli tremy, no i wyjeżdżali za dwa tygodnie, nie musieli się z nikim liczyć. Dostało się w ich występie i magazynierom i kucharkom, które przecież nie mogły pozbawiać własnych rodzin tego wszystkiego – co jedli żołnierze!

Adasia nie było na części oficjalnej. Przyszedł koło północy – o zgrozo w jakiejś kolorowej koszulce. Pani Melania aż się spociła ze wstydu!

-To taki pierwszy lepszy żołnierzyna swój mundur prał, czyścił prasował, bo dożynki; każdy, jak się należy – w białej koszuli i krawacie, choć pot się leje z czoła. A ten? Heretyk jeden! Chyba go przetrącę! Wszyściutko na krześle mu powiesiłam, żeby wstydu wujkowi nie zrobił i co?

– Adaś siadł sobie przy orkiestrze, trochę z muzykantami rozmawiał, raz nawet z nimi zagrał na gitarze; głównie jednak zapijał tęgo. Wkrótce wirujące pary zlały mu się w jedno pasmo i trochę przysnął. Ale zmarzł i się obudził, zapragnął potańczyć.

Młodsza córka magazyniera Fabisiaka miała na sobie piękną, czerwoną sukienkę. To podziałało na Adama, jak płachta na byka – skłonił się przed Małgosią, a że się wahała – pociągnął władczo za rękę i ruszył w tany. Skąd biedny , nie bardzo kontaktujący chłopak mógł wiedzieć, że to tak strasznie zaboli małego Romeczka, pełnego kompleksów żołnierzyka, który się Małgosi oświadczył i myślał się żenić.

Romeczek pobladł gwałtownie, wszedł między tańczące pary i trzasnął Adama w twarz. Zrobiło się straszne zamieszanie. Adaś przyciągał uwagę niejednej dziewczyny, a miejscowym było to nie w smak. Wielu chętnie by mu przyłożyło. I byłby oberwał, gdyby się nie zachował całkiem niekonwencjonalnie: pocałował Małgosie w rękę, przeprosił Romeczka i począł się przepychać w stronę wyjścia.

Odsiecz w postaci obojga państwa Łukowskich okazała się zbędna. Jednakże incydent był jakby pociągnięciem za cyngiel. W wielu miejscach sali zaczęły się krzyki i szarpanina, wszystko bez skrępowania, bo dostojni goście dawno odjechali.

Kierownik Łukowski, zaniepokojony, że diabli wezmą dożynki i jeszcze milicja będzie musiała interweniować – pobiegł do orkiestry, ci dali tusz – a pan Paweł wskoczył na krzesło i głosem dobitnym począł przemawiać:

- „Chłopy moje kochane, czy wam się nie należy spokojnie zjeść , wypić, potańczyć? Mało żeście potu wylali? Dziś wasze święto, wesołe, miłe, rodzinne. Po co te nerwy, złość?

Największe zabijaki powstawali z butelkami w ręku i rozważali, że faktycznie potu wylali dość, no i szkoda tego jadło, co by się w czasie bitki zmarnowało. Orkiestra zagrała skoczną poleczkę, Łukowski ruszył w tany, a nim inni i nie było już takiego co by chwytał za krzesło , czy flaszkę

KIEDY TANIEC SIĘ SKOŃCZYŁ, CI, NAZWANI KOCHANYMI CHŁOPAMI – WZIĘLI SWEGO KIEROWNIKA NA RECE I ODŚPIEWALI MU GROMKI „ STO LAT ”

Tak, czy siak – pani Lusia odnalazła błyskawicznie wśród ciżmy swoje bliźniaki i kazała Mirce odprowadzić dzieci do domu

.Zakochany Jacek zaoferował pomoc, ale wymknęła się bocznym wyjściem. Tam właśnie stała pani Melanie, trzymała Adasia za rękę i coś mu tam wykładała Niby słuchał, niby przytakiwał a w istocie kroczek za kroczkiem uciekał od cioci. W końcu się uwolnił i pośpiesznie zbiegł po schodach.

Poza obrębem świateł oświetlających pałac w cieniu drzew stał przygarbiony człowiek, był to dziadek Czyżewski; z daleka patrzył, jak ludzie się bawią. Jego zadaniem było pilnowanie, by kto ognia nie podłożył, albo dobytku nie pokradł.

Po obiedzie wzięły go kucharki do kuchni, nakarmiły i dały wałówkę dla córki, a Sabina już drugi tydzień bawiła na Śląsku, u narzeczonego Teraz podszedł do niego Adam przywitał się serdecznie i poszli obaj do stajni, do koni – tam się mężczyznom najlepiej rozmawiało.

Później dziadek musiał iść na obchód gospodarstwa, Adam poszedł z nim. Za stodołami stała wielka sterta słomy, jeszcze nie dokończona. Młodzieniec postanowił poleżeć na szczycie i obejrzeć wschód słońca. Zasnął jednakże po kwadransie. Obudził go dopiero warkot traktora; zbliżało się poniedziałkowe południe.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania