Poprzednie częściUparta miłość rozdział pierwszy [1]  

Uparta miłość rozdz.I [2]

Młodzi byli pracowici, zapobiegliwi; dorabiali się szybko. Zaraz też urodziła im się córeczka. – Mirosława.

Wkrótce Piotr stwierdził, że bardzo się pomylił, licząc na to, że Lusia będzie, jak przy mamie, cichutka i potulna. Żona w duchu cierpiała bardzo, że przyszło jej osiąść w PGR- ze; a nie na własnym. Stopniowo żal jej mijał, a raczej zamieniał się w postanowienie, że jeśli już tu przyszło jej żyć, to będzie najgospodarniejsza – a dom jej będzie niedoścignionym przykładem dla sąsiadek.

Póki co, najbliższymi sąsiadami, przez ścianę była rodzina Grzelaków. Zamieszkali bowiem w domku dwurodzinnym ze wspólnym podwórkiem i sporym ogrodem za domostwem. Lusia chciała mieć piękny ogród, żeby było się czym pochwalić, jak mama przyjedzie w odwiedziny.

- Przyjazd się odwlekał i odwlekał, aż przyszło zaproszenie na chrzciny małego Szymonka. Pani Henia Miłorzębowa odmłodniała przy młodym mężu – zajęta swoimi sprawami, nie wtrącała się do życia swoich dzieci.

Tymczasem Lusia gryzła się okropnie tym, że mąż, choć młody , jest całkiem bez sił. Do kopania ogrodu trzeba było nająć sąsiada, o gromadzeniu opału na zimę nie było mowy. Jemu wystarczyło osiem godzin w magazynie zbożowym, po powrocie do domu, ledwo dyszał. Stała się nerwowa: krzyczała na dziecko, na kury, psa – a on czuł, że to o niego chodzi, że kipi w niej i złość i bezsilność.

Piotr szybko wyciągnął wnioski z tego pierwszego kryzysu małżeńskiego. Dowiedział się o kursie księgowości w miasteczku i zaczął się uczyć. Bardzo delikatnie zachęcał żonę, by jeździła z nim, gdyż w tym samym budynku był kurs kroju i szycia. To ich znów zbliżyło do siebie. A gdy ukończyli kursy ,świętowali razem z Grzelakami, bo to oni opiekowali się córką . Piotr przeszedł do pracy w biurze na stanowisku młodszego księgowego; gdy nabył doświadczenia, awansował na głównego księgowego, gdzie dotrwał do emerytury.

Pani Lusia zaczęła szyć dla sąsiadek, ą że miała do tego smykałkę, chętnych przybywało. Lata mijały, Lisowie dorobili się i nowych sprzętów i nawet samochodu, tylko rodzeństwa dla jedynaczki wciąż nie było. Po dziesięciu latach doczekali się podwójnego szczęścia – na świat przyszli bliźniacy – Piotr i Paweł. Już prawie osiągnęła swój cel, już była najlepszą gospodynią w majątku, a tu taka niespodzianka! Pani Lusia , przytłoczona nowymi obowiązkami musiała uznać, że góruje Melania.

Żona kierownika PGR-u, pani Melania Łukowska, była przeświadczona, że pochodzi z magnatów, a jeśli nie, to ze szlachty rodowej z całą pewnością! W związku z tym patrzyła na świat z góry. Mąż - pan Paweł Łukowski był pod jej przemożnym wpływem; biada temu, kto by śmiał narazić się pani na pegerowskich włościach. Księgowy Piotr Lis – człowiek skromny, lecz szczery, nie jeden raz zalazł jej za skórę, ale on był nietykalny!

No bo jeśli ktoś znał się tu na prowadzeniu takiego przedsiębiorstwa – to on z całą pewnością. Wychował się na wsi, a do tego trzy lata przepracował w Niemczech na robotach w dużym gospodarstwie. Wiedział, gdzie najlepiej udadzą się ziemniaki, gdzie pszenica; umiał przewidzieć pogodę na sianokosy, potrafił wygospodarować pieniądze na premie, na wystawne dożynki. Jego się radzili robotnicy kopcujący ziemniaki, czy buraki, z nim się naradzał magazynier – ile zboża zostawić, by przetrwać zimę i obsiać pola wiosną. Słowem, był to ktoś, kto faktycznie rządził, przy tym cichy, opanowany, nie miał w zwyczaju eksponować swojej osoby.

Kierownikowej zdarzało się wyciągnąć z domu którąś z kobiet i zagonić do roboty u siebie: do prania, sprzątania, czy pielenia w ogrodzie. Później wysyłała ją do Lisa, by wpisał dniówkę. Kobiecina odchodziła przekonana, że wszystko w porządku, ale Melanii w końcu się oberwało. Otworzyła szeroko wielkie piwne oczy, zaniemówiła ze zdziwienia, że ktoś ośmielił się podważyć jej pozycję. Lis zagroził, że powie o wszystkim na najbliższym zebraniu – to była broń niezawodna. Kto miał odwagę, ten wygrywał. A w domu Piotr musiał się nasłuchać, jaki to on jest nierozgarnięty , jaki niepraktyczny.

– Trzeba było wpisać Fabisiakowej dniówkę, a Fabisiaka nająć do nas, żeby nam pokoje wymalował i jemu też coś dopisać! A ty to tak: sam nie zjesz i drugiemu nie dasz. – i przesuwała z hałasem garnki, co Piotr wolał przeczekać na podwórku.

Lusia, jak szybko wpadała w złość, tak szybko odzyskiwała spokój. Męża kochała bardzo za spokój, za ustępliwość i taką piękną pokorę, jaką miał wobec niej. Zawsze uważnie słuchał, czego ona chce, a później starał się urzeczywistnić jej marzenia, choć niczego nie obiecywał. Oboje byli bardzo pracowici i zapobiegliwi; Lusia szyła sąsiadkom, a nawet z Pogórza - wsi przychodziły panie z całymi torbami materiałów. Kierownikowa nie szyła u Lisowej, nie chciała dawać jej satysfakcji, że obszywa tak dostojną osobę. Gdy urodziły się bliźniaki, trzeba było zawiesić działalność krawiecką; wtedy dopiero wszyscy – łącznie z Melanią docenili, jakim dobrem dla wioski jest taka krawcowa.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania