Uparta miłość r. V [1]

Nazajutrz było chłodno i mgliście. Pan Paweł wziął samochód i zawiózł Adama z dzieckiem na stację w Pogórzu - wsi. Z pociągu wysiadł mężczyzna, który wydał się kierownikowi znajomy. Był to Julian Bielak, tylko że cywilne ubranie bardzo go odmieniło.

Pan Łukowski zaproponował, że podwiezie go do majątku.. Chciał porozmawiać, dowiedzieć się, jak żyją, czy mają ślub, czy spodziewają się dzieciątka

Pasażer nie był zbyt rozmowny, potwierdził, że na razie wzięli ślub cywilny, bez gości i przyjęcia a od miesiąca są szczęśliwymi rodzicami córeczki. No i okazało się, że Julian przyjechał po matkę Sabiny. Jak twierdził wszystko zostało listownie uzgodnione i matka bardzo pragnie jechać do Katowic

Kierownik wyraził swoje zaniepokojenie i powątpiewanie, czy to słuszna decyzja – małe dziecko i babcia, która potrzebuje opieki?

-Nic dziwnego, że ona jest w takim stanie, przecież nikt jej nigdy nie leczył, a my postanowiliśmy udać się do wszelkich możliwych lekarzy – odrzekł Bielak

Coś mi się zdaje, że potrzebna opiekunka do dziecka i stąd ta eskapada – pomyślał pan Paweł ale nic nie powiedział. Julian siedział milczący na tylnym siedzeniu, kierownik przyglądał się mijanym polom, które już należały do majątku, o pasażerze prawie zapomniał.

Przed samym Pogórzem minęli dziwną parę: listonosz prowadził rower i rozmawiał z idącą obok rosłą panienką. Wzrok przyciągały wspaniałe, czarne włosy do samego pasa.

– Z kim on idzie ?– zastanawiał się pan Paweł. Mijając ich, zwolnił i przyjrzał się dziewczynie. – Ależ tak! To najmłodsza z córek świętej pamięci Gezelaka. No, no to ci panna wyrosła.

Listonosz skłonił się, panienka ukazała w miłym uśmiechu piękne zęby.

– Boże kochany, jaki człowiek już stary – wyrwało mu się westchnienie.

- Ano tak, starość nie radość – odezwał się Bielak.

– A idź do diabła! - chciał powiedzieć Łukowski, lecz tylko kiwnął głową, podjechał pod domek dziadka Czyżewskiego i Julian wysiadł.

W domu zastał żonę przy porannej kawce, . Opowiedział jej o Julianie, że przyjechał po matkę Sabiny.

– – Ależ Pawełku, czym ty się martwisz? W końcu rodzona córka krzywdy jej przecież nie uczyni. Poza tym Stasia Fabisiakowa mówiła, że Wandzi trochę lepiej od kiedy krząta się w obejściu. A wychodzi z domu, głównie po to,by szukać Sabiny. Przynajmniej będzie wśród ludzi, a tu sama całe dnie, chyba, że ją dziadek do Grzelakowej zaprowadzi. Poradzą sobie.

Widząc, że żona nie rozumie, że coś złego się dzieje ;zmienił temat i opowiedział najpierw, że buduje się wiata dla czekających na pociąg , a później o tym, że nie mógł poznać małej Grzelakównej, tak wyrosła. I skąd ona mogła wracać, o tak wczesnej porze i to z koszem owoców.

- Pewnie spała u tych Rogowskich z kolonii, przecież Helcia już tam mieszka – odrzekła pani Melania nakładając mężowi jajecznicy na talerz

– .- A ślub był? – zapytał z pełną buzią

– Będzie razem z chrzcinami, nie wiedziałeś? _

-No faktycznie, przecież Jamrozowa przyszła do obory na jej miejsce – odrzekł zerkając na kuchnię, czy znalazłaby się dokładka

- Ależ te dziewczyny powyrastały, toż pamiętam jakie to było marne, chude, zasmarkane. A teraz to ci mówię, tę czarnulkę to by można w telewizji pokazywać.

– Kogo można w telewizji pokazywać ? - zapytał Waldek, który właśnie wrócił z obozu żeglarskiego i pierwszą noc spędził pod rodzinnym dachem

– A widzisz, ojciec im starszy, tym młodsze panienki go interesują – śmiała się matka krzątając się wokół śniadanka dla jedynaka.

Waldek przyjął całą opowieść obojętnie; pamiętał Brygidkę jako małą , szczerbatą dziewczynkę, patrzącą na świat wielkimi, wystraszonymi oczami. Jednakże, gdy przyszedł wieczór i młodzież zbierała się w kawiarni, szukał jej wzrokiem. Znalazł. Popatrzył i zachwycił się olśniewającą urodą dziewczyny. Ile ona może mieć lat – piętnaście, szesnaście?

I tak obaj panowie Łukowscy podziwiali z daleka urodę Brygidki , a pani Melania była póki co,pod urokiem pana Romana.

Idylla trwała aż do wizyty obojga rodziców agronoma. Później żal jej było tego pięknego okresu, gdy pan Bojarski przychodził prawie każdego dnia, a ona zmieniała fryzury, bluzeczki, fartuszki – a on wszystko zauważał i wszystkim się zachwycał.

Nie to co mąż, który jeśli spostrzegł to, to że kapcie nie są na swoim miejscu, albo, że gazeta powinna czekać razem z kawą – a nie czeka!

A Pan Roman znosił czekoladki, kremiki, perfumy, broszeczki, koniaczki i temu podobne łakocie, a wszystko najprzedniejszej jakości! No i ta konwersacja, ten poziom. Któż tak potrafi rozmawiać w tej zapadłej dziurze?

Paweł ostatnimi czasy trochę chorował, zażywał leki, odliczał kropelki. Do tego zdecydował się na protezę; męczył się okropnie, bo nie mógł się do niej przyzwyczaić. A pan Roman narazie zęby miał swoje i w ogóle pachniał z daleka.

Nade wszystko – ten gest, ten smak – na pewno ma koligacje szlacheckie, a może i magnackie?!

– No i pech chciał, że w czas największego zauroczenia młodym człowiekiem przyjechali jego rodzice.

Tego dnia tak pan Roman, jak i cały zarząd majątku był na naradzie w Szczecinku. Pani Melania zaprosiła gości na obiad, później oprowadziła po gospodarstwie, była zaszczycona, że przyszło jej obcować z ludźmi z wyższych sfer. Inaczej być nie mogło – samochód zagraniczny, a każda przywieziona paczka elegancko zapakowana, widać ten szyk!

Nareszcie wrócił syn i pani Melania wycofała się dyskretnie. Wieczorem starsi państwo przyszli podziękować za gościnę, przynieśli parę pięknie zapakowanych paczuszek i siedli jeszcze na chwilę przed podróżą. Wtedy coś podkusiło gospodynię i zapytała czym się szanowny tatuś zajmuje.

– – O, droga pani – pośpieszyła mama z informacją - mój mąż jest najlepszym kamieniarzem na okolicę! Jakby pani, albo kto ze znajomych potrzebował...

Panią Melę tak to zmroziło, ze na pożegnanie lewo koniuszki palców podała państwu Bojarskim.

Poczuła się oszukana. To taka szlachta?! Cała fascynacja młodym agronomem prysła, choć ten nie zmienił się ani na jotę.

Rok szkolny się zaczął, Mirka wyjechała do internatu, a któregoś ranka listonosz , wraz z gazetą „ Gromada - Rolnik Polski – podał pani Lusi list w pięknej seledynowej kopercie. Adresu zwrotnego nie było, ale pieczątka mówiła, że nadany w Stargardzie Szczecińskim. Wieczorem pokazała list mężowi, ten spojrzał przelotnie i kazał list schować.

– – Do niej zaadresowany, nie do nas, przyjedzie to przeczyta. Pewnie od tego Jacka z Radomia.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania