Uparta miłość rIII [1]

O Francuzach rozprawiano w Pogórzu jakiś czas, później przyjechali żołnierze pomagać przy żniwach i oni stali się głównym obiektem zainteresowania.

Wyjeżdżając, ciocia niczego z przygotowanych prezentów nie chciała – jedynie szydełkowym serwetkom nie mogła się oprzeć. Zabrała i te które mama przygotowała dla niej i nawet takie, które ozdabiały pokoje. Przeto Mirka postanowiła, że wyhaftuje dla cioci duży obrus i komplet nowych serwetek. A wszystko to miał zabrać Adam Zalewski, gdy będzie jechał do Francji.

I tak mijało lato przy codziennych zajęciach; przy szyciu razem z mamą, haftowaniu, doglądaniu braci, pieleniu ogrodu. Czasem szła do kawiarenki, ale coraz rzadziej, gdyż Sabina romansowała z przystojnym sierżantem i nie bardzo miała czas dla przyjaciółki.

A czasu było niewiele – żołnierze mieli pracować w Pogórzu do połowy sierpnia.

Miłość Sabiny do Juliana była, jak letnia burza – gwałtowna, niepohamowana i nieobliczalna. Wszyscy, którzy od zawsze troszczyli się o dziewczynę; teraz patrzyli z niepokojem, jak ogarnia ją coraz większe zapamiętanie.

Tak sklep, jak i kawiarenka często były na głucho zamknięte, a kartka na drzwiach kłamała: „Pojechałam do geesu.” Sabina zaś wtedy była w mieszkaniu Haliny, albo w gęstwinach parkowych – oczywiście z Julianem.

Kierownik z niepokojem i zażenowaniem patrzył, jak Sabina staje się obiektem nieprzystojnych żartów wśród pracowników i żołnierzy. Postanowił, że z nią porozmawia, bo jeśli ni e on, to kto? Matka, oderwana od rzeczywistości, czy dziaduniu, który płacze z żalu i wstydu. No i spotkał kiedyś Sabinę z samego rana, właśnie wrócił z pola, gdzie rozstawiał ludzi do roboty.

Czekała na Juliana, nie śmiała jednakże zapytać , gdzie pracują. Pan Paweł zaprosił ją do biura i zaczął ostro od progu:

-Sabina, nie podoba mi się twoje postępowanie. Sklep wciąż zamknięty, ludzie narzekają, a i śmieją się z ciebie!

– A co ludzie mają do mnie? – nadrabiała miną, ale była wystraszona i najchętniej uciekłaby od słów i oczu kierownika.

– Mam swoje lata, wiem co robię – dodała twardo.

– Nie wiem dziecko, czy wiesz, co robisz. Nie ty pierwsza kogoś pokochałaś – ale dziewczyno, nie tak! Jeśli ci na nim zależy, to postaraj się, by cię szanował, a nie wykorzystywał.!

– Dużo mi przyjdzie z szanowania, jak on za parę dni wyjedzie i zostawi mnie, a ja bez niego żyć nie mogę! Jednego dnia nie mogę bez niego wytrzymać – zakryła twarz i rozpłakała się.

– Wyjedzie, bo musi, ale przecież może wrócić.

- A jak nie wróci, to ja sobie coś zrobię! – popatrzyła na pana Pawła oczyma, z których łzy wyschły, a które nabrały jakiegoś złego błysku.

– Sabinko – kierownik delikatnie dotknął jej ramienia - - jesteś taka młoda, taka ładna, co ty wygadujesz?! Jeśli ktoś kocha, to wróci, choćby wyjechał na koniec świata.

– No właśnie musi mnie pokochać, a kierownik nie każe mi się z nim spotykać.

– Sabina, ty wiesz, że są spotkania i spotkania; pomyśl o honorze panieńskim.

– Co mi po honorze, jak on wyjedzie i zostawi mnie... i znów zaniosła się płaczem.

– Przestań wreszcie, nie rozumiesz, co do ciebie mówię ! – zdenerwował się pan Paweł. Sabina wybiegła z biura, potrącając po drodze idącego magazyniera Fabisiaka. Ten poradził, by dać dziewczynie ze dwa tygodnie urlopu, niech ochłonie.

Do sklepu przyszła Basia , córka Grzelaków. Sąsiad chorował więcej był w szpitalu, jak w domu. Krysia Grzelakowa nawykła radzić sobie bez niego, specjalnie nie rozpaczała. Owszem , odwiedzała męża, zawoziła, co potrzebował, ale żeby go żałowała, albo wyczekiwała – nic z tych rzeczy.

Lis nieraz mawiał do żony, że Grzelakowa odżyła, kiedy Jasiu poszedł do szpitala.

– Jak ktoś tylko dręczy, wykorzystuje, zatruwa życie – to co w tym dziwnego? – stawała po stronie sąsiadki Lisowa. Teraz to aż miło na nią popatrzeć. Wyświeżona idzie do Basi do sklepu i uwijają się obie, że hej! Nie to co było za Sabiny.

– – Ach ta Sabina- westchnął Piotr; Paweł strasznie się tym wszystkim gryzie . Najgorzej, że nie wiadomo, co zrobić, by pomóc.

– – Najlepiej zostawić w spokoju – zakończyła temat Lisowa.

– Do takiego też wniosku doszedł kierownik. Tu nie pomogą żadne porady, ani nakazy, ten pożar musi się wypalić do końca. Bał się najbardziej tego, by nie zrobiła jakiegoś głupstwa. Wszak jej matka fizycznie wytrzymała koszmar obozu; przeżyła tam miłość do jakiegoś kapo, urodziła dziecko, dotrwała do wyzwolenia. Cóż jednak z tego? Psychika rozpadła się, nie wytrzymała naporu.

– Sierżant Julian Bielak pochodził z Katowic. Jego ojciec przyjechał na Śląsk z kieleckiego; ożenił się, dochował trójki dzieci, poczym uznał, że praca w kopalni jest niebezpieczna, a życie małżeńskie mocno ogranicza wolność. Odjechał więc w rodzinne strony zostawiając żonę z przychówkiem swojemu losowi. Najstarszy był Julian; po służbie zasadniczej został w wojsku. Matka prowadziła zakład kapeluszniczy, dzieci pomagały w warsztacie i w sklepie. Mieszkali w zakopconej kamienicy niedaleko dworca kolejowego. Kiedy Julian poznał Sabinę, nastawiony był na rozrywkowy romansik. Niespodziewanie dla samego siebie dał się wciągnąć. Namiętność dziewczyny rozpaliła i jego do białości. Ale mijały tygodnie i pożar uczuć nieco przygasł. Niemały wpływ na to miał fakt, że poczuł wokół siebie pustkę. Podwładni milkli, gdy wchodził na salę, gdzie spali, nie było mowy, by Łukowscy zaprosili go na kawę; nawet dobroduszny Lis unikał go, a gdy już się spotkali, pytał niby od niechcenia, na którym polu dziś pracują. Postanowił zerwać , nie czekając do wyjazdu. Dziewczyna jednakże tak rozpaczała, że serce pękało. A dezaprobata otoczenia była jeszcze większa, niż wtedy, gdy biegał na spotkania. Postanowił decyzję o tym, co dalej odłożyć na później. Kierownik zwrócił się do dowództwa wojskowego o przedłużenie pobytu żołnierzy do wykopek. Otrzymał pozytywną odpowiedź, lecz do Pogórza przybyła inna grupa żołnierzy i pod innym dowództwem. A Sabina po miesiącu dostała zaproszenie od Juliana, by przyjechała, bo rodzina chce ja poznać. Pan Paweł odetchnął z ulgą i rozgłaszał, że dziewczyna jedzie, gdyż Julian organizuje zaręczyny!

– Wymarzone, wytęsknione wakacje, które miały przynieść nie wiadomo jakie przeżycia dobiegały końca. Nad polami wisiała już sierpniowa mgiełka, było po żniwach; pachniały świeżo podorywane pola. Żołnierze co sobotę organizowali potańcówki, ale Mirka, choć przychodziły sąsiadki i gorąco namawiały – nie chciała iść. I Basia Helcia Grzelakówny miały swoich adoratorów; a i Mirce przytrafił się wielbiciel w mundurze, choć wcale nie szukała okazji. Była niedziela, mama narwała wiaderko wiśni i po sumie usiedli z ojcem na ławeczce pod bzami i zabrali się do drylowania. Chłopcy dokazywali niemiłosiernie; głównie strzelali pestkami na prawo i lewo. Tato nakazał Mirce, by ich zabrała gdziekolwiek i przyprowadziła dopiero na kolację. Siostra wystroiła ich w nowe spodenki i bielutkie koszulki z krótkimi rękawami. Chłopcy poddawali się cierpliwie wszelkim zabiegom, bo bardzo chcieli iść z siostrą do kawiarenki – zazwyczaj tam rodzice nie pozwalali chodzić. Mieli już cały ekwipunek do pierwszej klasy i nie mogli się doczekać końca wakacji. Obaj byli czarnowłosi i podobni do matki; Pawełek był o wiele wyższy od brata, spokojniejszy i poważniejszy. A Piotruś – jak żywe srebro – ruchliwy, gadatliwy, do tego bardzo zwinny i silny. Po drodze do kawiarni okazało się, że Piotrusiowi zaplątało się w kieszonce koszulki parę wiśni. Że się skądś tam znalazły, było widać i na buzi i na bluzeczce i spodenkach.

– – Wynoś mi się zaraz do domu, brudasie jeden! Nigdzie nie pójdziesz!- Piotruś rozpłakał się , po chwili i Pawełek darł się wniebogłosy. Trzeba było wrócić, mama pomogła, przebrały pokorniutkiego Piotrusia i ruszyli do pegerowskiego przybytku kultury. Przy barze stała wystrojona Basia a obok stało trzech ogorzałych żołnierzyków. Jeden z nich odgrywał jakąś scenkę wcielając się a to w kierownika Łukowskiego, a to w Halinkę. Na widok Mirki zamilkli. Dziewczyna podeszła do baru, kupiła dla siebie małą kawę, dla chłopców po oranżadzie, do tego ciasteczka. Żołnierze obserwowali nowa tu osobę. – Całkiem , jak Lolobrygida tylko blondynka zakpił jeden z nich. – Podobny do Delona, szkoda, że rudy – odpaliła z mety Mirka, ale uznała, że to było trochę za ostre i uśmiechnęła się najmilej, jak mogła.

– Tak zawarta znajomość z czasem przerodziła się w prawdziwa przyjaźń. Żołnierz o imieniu Jacek był faktycznie rudawy, ale za to mądry i bardzo delikatny w obejściu. Tak, że nawet bardzo wymagająca pani Lusia szczerze go polubiła. Latem, pod wieczór w każdym domostwie przygotowywało się tzw. zielone dla drobiu i świnek na następny dzień. U Lisów przywożenie pokrzywy, to było zadanie taty i chłopców. Kobiety zaś te pokrzywę musiały pokroić. Tato spuszczał psa z łańcucha, Azor szalał z uciechy, lizał po umorusanych buziach chłopców i biegł przodem. Za nim Piotrek z Pawłem, wyprawę zamykał tato, krocząc dostojnie z wózkiem. Wracali już o zmierzchu z pełnym wózkiem dorodnych pokrzyw. Po kolacji mama z Mirką siadały na ławeczce i opowiadając sobie nowiny mijającego dnia i kroiły to parzące ziele. Kociołek takiej sieczki starczał na następny dzień dla kur, kaczek, kurczaków i świnek. Komponentami do tego były jeszcze resztki z kuchni, pasza, śruta itp.

– Jacek przychodził wieczorami i wzdrygał się patrząc, jak Mirka gołymi rękami chwyta świeżutkie pokrzywy; kiedyś przełamał się i spróbował. Syczał , jęczał, rozcierał palące dłonie, ale wytrwał, później wyręczał mamę – a widok ślicznych oczu Mireczki skutecznie znieczulał pieczenie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania