Uparta miłość r.V [2]

Akurat! Popatrz na pieczątkę. To jest list od Adama Zalewskiego! A wiesz, co ona zrobiła z listami tego poczciwego Jacka? Spaliła. Mówię ci, odsunęła garnek i cały plik wrzuciła w ogień. Ja się pytam, co robi, a ona, że to już nieaktualne!

– Kiedy to było ?– zapytał tato unosząc głowę znad gazety.

– No jak się pakowała do internatu. Przecież ten Jacek , to świata poza nią nie widział, listy słał cały rok, a ta widzisz, co wymyśliła. Piotrusiu, ty z nią porozmawiaj, w co ona się pakuje? Przed wyjazdem chodziła, jak nieprzytomna, nic tylko się zadurzyła w tym pięknisiu. A wiesz, jaką on ma opinię; gdzieś ponoć dziecko ma...

– Lusia, co ty za głupoty powtarzasz, jakie dziecko? Jak ja mam z nią rozmawiać, przecież to już dorosła panienka. Myślisz, że wystarczy powiedzieć tego kochaj, a tego nie – i ona posłucha?

- Jeszcze nie całkiem dorosła – nie ustępowała żona – jeszcze ten rok nauki przed nią, no i następny z maturą. Kto ma jej przemówić do rozumu, jak nie ojciec?

– No ma jeszcze matkę! – odciął się pan Piotr i wrócił do gazety, ale, że nie bardzo wiedział, co czyta, pośpieszył łagodzić – Lusieńko, z czego ty robisz problem? Po pierwsze, to tylko list, a po drugie takie młodzieńcze zauroczenie przeważnie szybko mija.

– Tak, tylko, że on umie zwodzić dziewczyny, to raz – a dwa, za wysokie progi, na jej nogi!

- Znasz Mirkę, wiesz , jak jest skryta, nic się nie dowiemy. Czas pokaże, co z tego będzie – odrzekł małżonek i na dobre wziął się do czytania.

Następne listy przychodziły już na adres koszaliński. Mirka, odbierając je mieniła się na twarzy i uciekała w najdalszy zakątek, by czytać. Adam pisał długie, ciekawe listy z przemiłymi wstawkami pełnymi komplementów i nieśmiałych wyznań. Opisywał też swoje przygotowania do wyjazdu do Francji. Szlifował język, załatwiał wraz z ojcem dziesiątki formalności. Pisał: Zaliczę sesje zimową i w drogę..

– Boże mój, a jeśli nie wróci? – myślała z drżeniem serca. Jeszcze się nie zaczęło, a już się może skończyć. W listopadzie przyszedł list, o którym Mirka musiała powiedzieć rodzicom. Zapraszał ją na bal sylwestrowy do Szczecinka. Wszystko już obstalował, chodziło tylko o jej zgodę. Mama spytała wystraszona:

- Jak to, na całą noc, na zabawę? Mowy nie ma! - i trzasnęła ręką w stół, co oznaczało zamkniecie dyskusji.

Tato nie rzekł słowa, gdyż wiedział, że w takich wypadkach trzeba działać pomaleńku i ostrożnie. Nim córka znów przyjechała z internatu, zdołał osiągnąć pewien kompromis. _

-Miruśka, słuchaj dziecko, myśmy tu tak z mamą rozmawiali o tym balu – zaczął ostrożnie wstając od stołu po sobotniej kolacji – A gdybyśmy po ciebie przyjechali, dajmy na to – po północy?

Mirka już zbierała się pisać do Adama, że nic z tego – teraz ucieszona wyścinała wpierw tatę , później podobne czułości potkały i mamę.

W niedzielę siedziały , przeglądały katalogi i wybierały model sukni na bal.

– A dla ciebie mamo, co wybierzemy? – mama popatrzyła zdziwiona, a Mirka wykrzyknęła:

- Ależ ty masz piękne oczy, mamo! Całe w kropki, no czekaj, nie mrugaj – żółte, zielone, brązowe...

– Dajże ty mi spokój dziewczyno – mama opędzała się ze śmiechem, bo już i bliźniaki gramoliły się jej na kolana i kazały patrzeć i nie mrugać. Córka przekonywała, że mama powinna wystąpić w ciemnej, długiej spódnicy i pięknej, połyskliwej bluzce z ciemnoróżowego brokatu, od cioci Rozalii.

-W sam raz do twoich ciemnych włosów, podmaluję cię i będziemy, jak siostry; oczywiście powodzenie będziesz miała większe ode mnie. Bo taka ładna jesteś mamo, no nie chłopaki? Przytuliła się do rodzicielki; a ta pomyślała:

Jakie to dobre, kochane dziecko. Boże miłosierny, żeby tylko świat jej nie skrzywdził. – a widziała prze sobą piękną twarz młodego Zalewskiego.

– Przed Świętami Lisowa była tak zmęczona i zła, że biedny Piotr nieraz z obawą szedł do domu. Już od progu zajmowała go ostro do roboty , zamiast dać coś zjeść. Ludzie nanieśli tyle szycia, że nie wiedziała, czy podoła – a obiecała.

Doszło do tego, że mąż gotował wieczorami obiady na następny dzień, chłopcy obrządzali inwentarz, a mama tkwiła przy maszynie do późnej nocy

W drugi dzień Bożego Narodzenia miały ślubować obie Grzelakówny Tak postanowiły bo nie było na co czekać. Helcia była w ciąży.

Basia umyśliła, że wesele będzie jedno – a śluby dwa! By zaoszczędzić matce kosztów.

Były więc do uszycia dwie suknie ślubne, no i dwa kostiumiki do cywilnego Do tego jeszcze trzy suknie na Sylwestra, nie licząc sukni dla Mirki Toteż pani Lusia uwijała się , jak w ukropie.

Pan Piotr pożalił się w biurze na swój ciężki los, Halinka zaczęła przychodzić popołudniami i już było lżej

Dzielna sekretarka miała być na weselu mistrzem ceremonii. Już miała w głowie cały plan, jak się stoły ustawi i gości rozsadzi, kto i kiedy pobłogosławi młodych, w jakim porządku będą potrawy wędrować na stół itd. Dwie pary młode dawały więcej możliwości dla inwencji twórczej pani Halinki. Siedziały wiec obie , wykańczały pozszywane suknie i rozmawiały o weselu.

– Salę już mam udekorowaną – relacjonowała Halinka -, tylko nie wiem, czy kelnerki będą miały dosyć miejsca, bo gości naspraszali, że strach..

Tańczyć będą w malej sali, a jak komu będzie za ciasno, no to jest hol. Kucharki zamówili z miasta, no i dobrze, bo nasze to raz, że kradną, a dwa, że obgadują weselników na piąta wieś! A teść Helci dał byczka i wieprza. Za to drugi, że jest z miasta, to płaci za orkiestrę, za wódkę i za taksówki

Wyobraź sobie, Lisowa – ciągnęła zapalając papierosa-

Melania zgodziła się, by ci co przyjadą z daleka, przespali się w wolnych pokojach w pałacu.

– Przespać się mogą, tylko, żeby nie pomarzli. Przecież tam wyziębione, jak czort. Ciekawe, które to pokoje, bo jak te z piecami, to bym poszła z chłopakami i przepaliła. Krysia, już dziś chodzi, jak kołowata, a co dopiero przed samym weselem.

– Powiem jej, ucieszy się . Każdy, jak może idzie kobiecinie na rękę

Przed samymi Świętami zima rozpanoszyła się na dobre. Nasypało białego puchu, wymroziło, a w Wigilię zerwał się na dodatek taki wiatr, że świata bożego nie było widać. Pogoda narobiła kłopotu weselnikom ; a część gości w ogóle nie przyjechała.

Lisowie nie tylko napalili w piecach, ale i nakarmili przyjezdnych.

Krysia Grzelakowa biegała z pałacu do domu, załatwiała, uzgadniała, dogrywała dziesiątki spraw nie czując ani zimna, ani zmęczenia.

Pierwszy dzień Bożego Narodzenia zaskoczył wszystkich piękną, słoneczną pagodą. Drobinki śniegu migotały w słońcu, a białe drzewa cudnie odbijały od błękitnego nieba. Było cicho i uroczyście Świat świętował narodzenie Pana.

– Lisowa była przeziębiona. Zaraz po Wieczerzy położyła się do łóżka z gorączką i wyglądało na to, że na wesele nie pójdą. Jednakże następnego dnia było już lepiej, a w drugi dzień Świąt oświadczyła, że da radę, że choć na dwie, trzy godzinki muszą iść. Przyszli późnym wieczorem, gdy goście byli już dobrze rozbawieni.

Obie Panny Młode witały ich z wielką radością; bo kogo, jak koga, ale takich sąsiadów na weselu nie mogło zabraknąć!

– Helcia, choć młodsza nie wyglądała zbyt dobrze, ciąża ją szpeciła, a do tego sprawiała wrażenie ogromnie zmęczonej tym tumultem, hałasem, zamętem – nie było jednak wyjścia, trzeba wytrzymać i już.

Basia za to prezentowała się wspaniale, suknia leżała, jak ulał, co bardzo pochlebiało pani Lusi.

Tak, czy siak najmłodsza – Brygidka wyglądała najpiękniej, choć bez ślubnego stroju. Ta dopiero przyciągała oczy! A gdy ruszyła do tańca, było na co popatrzeć. Tańczyły z nią rozpuszczone włosy, tańczyła nieco za obszerna sukienka po starszej siostrze. Tak się składało, że najczęściej Waldek prosił ją do tańca, a że i on umiał tańczyć, to doprawdy dawali prawdziwy popis gracji i wdzięku. Wszyscy patrzyli i podziwiali, jedna tylko kierownikowa odwracała głowę i krzywiła się , jak po gorzkim lekarstwie.

Znalazł sobie pannę, nie ma co – rozmyślała – czyż w całej okolicy jest bardziej dziadowska rodzina, jak te Grzelaki? I mój syn w takie coś musiał wdepnąć! Czy może być coś gorszego dla takiego szczeniaka, jak taka ładna i taka głupia dziewczyna? Nie ma wyjścia, trzeba mu ją wybić z głowy – obiecywała sobie siląc się na uśmiech.

Bywało, że w tańcu piękną Brygidką rządziły dzikie żywioły, lecz w życiu była dziewczyną spokojną, o łagodnym usposobieniu i bardzo dobrym serduszku. Gdyby nie ona, ojciec dogorywałby w szpitalu w całkowitym osamotnieniu. Jeździła, zaopatrywała w to, czego potrzebował i jak mogła pielęgnowała. Za jej namową matka zabrała się z Lisami i pojechała do męża. Wyglądało na to, ze na ostatnią chwilę. Nie mógł już mówić, ale oczy mu rozbłysły, podniósł rękę żony do ust i kiedy ona przytulona ,oblewała stygnące policzki łzami – odszedł w spokoju.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania