Uparta miłość r .IV[2]

Pan Roman na początku bardzo się wszystkim podobał. Przede wszystkim przyjechał nowym, czeskim samochodem! Poza tym

– przywieziono eleganckie meble i piękny , nowy dywan. Takie rzeczy nie mijają bez echa, o takim czymś to wie cały majątek!

Sam pan Roman też – aczkolwiek młody, niespełna trzydziestoletni, a już o posturze dyrektorskiej z niemałym brzuszkiem.

– Nosił się modnie , szykownie, tylu różnych garniturów nie miał nikt w okolicy; okulary w ciemnej oprawie, do tego bardzo dobra woda kolońska – jednym słowem – super gość! Pozostało tylko rozwikłać zagadkę – dlaczego samotny i dlaczego nie szukał czegoś ciekawszego, tylko przybył do Pogórza.

– Pierwsza, rzecz jasna, zakręciła się koło pana Romana – Halinka.

Trzeba było przecież pomóc urządzać mieszkanie. Nie minął tydzień a jej zapal do wspólnego zawieszania firanek i przybijania półek osłabł do tego stopnia, że zaczęła unikać Bojarskiego.

– .Pytana o szczegóły, tylko machała ręką. Następne rozczarowały się panie z cielętnika, Agronom przyszedł w porze wieczornego karmienia, a był tak elegancki i pachnący, jakby jechał do powiatu;

Pochodził, popatrzył i rzekł tylko jedno słowo: Zgroza! I poszedł. . Po paru dniach przyniósł harmonogram karmienia cieląt, równiutko porubrykowany i pięknie, kolorowo wypisany, Wyjaśnił zachwyconym kobietom, co i jak i czekał efektu.

– Panie podziwiały, czytały a później zaczęły wcielać w życie. Nie wiadomo, czy coś pomyliły, czy przedobrzyły – w każdym razie parę cieląt zdechło.

Rozczarowanie było tym większe, że , za karę potraciły premie. Kobiety wróciły do dawnego systemu karmienia cieląt; harmonogram wisiał sobie, nawet folią go osłoniły przed muchami, a robiły po swojemu.

Gdy się agronom pojawiał, obstępowały go, zagadywały a do środka nie pozwalały wchodzić.

– Jakoż i kierownik Łukowski z każdym tygodniem utwierdzał się w przekonaniu, że pan magister, inżynier, absolwent Akademii Rolniczej, niewiele umie i na żadnej robocie pegeerowskiej się nie zna.

Ach nie, pan Roman coś umiał i to po mistrzowsku. Umiał mianowicie godzinami prawić o byle czym. To było męczące dla bezpośredniego słuchacza, bo mówca pluł przez zęby przy mówieniu, zupełnie niechcący zresztą.

– Zaczęło się ślęczenie do późna w biurze , gdyż trzeba było przygotować bilans roczny. Pan Piotr sam już nie wiedział, co wymyślić, żeby pozbyć się tego gaduły. W niczym nie pomagał, tylko wszystkich rozpraszał.

Przez to przesiadywanie taty w biurze, na Mirkę spadł obowiązek zwożenia pokrzyw dla inwentarza. To był lipiec, więc pokrzywy były stare, łykowate, no i mocno przetrzebione.

Było tylko jedno wyjście – naciąć lucerny. A sprawa była ryzykowna, bo za to pracownik mógł być dotkliwie ukarany. Lucerna rosła po to, by nią karmić krowy po wycieleniu i starsze cielęta.

– Niektórzy wstawali skoro świt i chyłkiem, boczkiem zdobywali te cenną paszę.

Mirka postanowiła zaryzykować; wzięła wózek, zawołała chłopców i poszli drogą koło parku, żeby zbadać teren. Wokoło nikogutko.

Chłopcy wjechali w uprawę i przystąpili do cięcia, a dziewczyna przechadzała się w pobliżu pilnując, czy ktoś nie nadchodzi. Chłopcy napełnili wózek i mieli już wyjechać na drogę, gdy na wzgórku pojawił się agronom!

Nie było odwrotu, miał ich , jak na dłoni Spławiony przez Lisa urzędnik pospacerował sobie po parku, a teraz chciał wrócić do biura, ale nie bardzo wiedział którędy.

Podszedł do Mirki, przedstawił się i począł rozpytywać, gdzie się dojdzie tą dróżką, a gdzie tamtą. Właściwie, to pan Roman unikał rozmów z młodymi panienkami, im młodsza, tym ryzykowniejsza była konwersacja.

A tu nic. Dziewczyna nie robi min, nie wzrusza ramionami, nie wznosi oczu ku niebu – rozmawia przyjaźnie i rzeczowo. Mało tego – uśmiecha się tak miło, że serce się śmieje.. Chłopcy ostrożnie wyjechali na drogę, a później, przyśpieszając wciąż kroku, przejechali tuż obok zapatrzonego w siostrę urzędnika!

A ten nawet nie spojrzał. No, niechby na jego miejscu był choćby oborowy, albo magazynier – dopiero byłby krzyk! Ale pan Bojarski wciąż jeszcze nie kojarzył, co wolno, a co nie.

– I tak Mirka, ofiarnie zdobywając paszę dla świniaków kur i kaczek napytała sobie biedy w postaci nowego wielbiciela.

Pan Roman począł przychodzić wieczorami na pogawędki. Wielbił panią Mirosławę i wszystko dookoła niej, nawet Azora.

Lisowa na jego widok wzdychała głęboko i tylko patrzyła , gdzie by czmychnąć zawczasu. Córka musiała zostać, musiała przyjmować – a to kwiaty, choć tyle ładniejszych miała w ogródku, a to łakocie, czy jakieś koraliki.

– Zamiast słuchać niekończących się komplementów, wołała kierować rozmowę na sprawę parku. To była jedyna kwestia, która autentycznie zajmowała agronoma; przy tym przedstawiał całkiem sensowny plan rotowania tego niszczejącego przybytku przyrody.

– Park był prawdziwym skarbem Pogórza. Jeśli w najbardziej schamiałym pegeerusie była jakaś potrzeba piękna i estetyki – to była to zasługa tego, że każdy z nich, jako dziecko większość czasu spędzał w parku

– . Park zaczynał się zaraz za pałacem; tam schodziły marmurowe schody z werandy. Wychodziło się na szeroką aleję obsadzoną lipami, można było przejść nią aż do końca. A w poprzek przecinało ją kilka mniejszych alejek tworząc kwatery o różnym przeznaczeniu.

Pierwsze dwie – to ogród kwiatowy. Co roku mieszkańcy Pogórza wydzierali stamtąd cebulki tulipanów, narcyzów, żonkili, krokusów, przebiśniegów i innych nieznanych z nazwy piękności, żeby upiększyć własne ogródki – a w parku i tak wszystkiego było dosyć!

– Za tym kwietnikiem płynął strumyk z bardzo zimną i bardzo czystą wodą i zaczynało się poletko z rzędami leszczyn. Dalej był teren wyżej położony, przeznaczony na sad. Między szerokimi rzędami drzew musiał być kiedyś warzywnik. Świadczyły o tym resztki inspektów, szklarni i zagony szparagów.

– Teraz wszystko to zarosło pokrzywami. Park zamykał gaj z nieznanymi drzewami o kolorowych liściach; a na obrzeżach rosły potężne świerki. Było je widać z odległości paru kilometrów. Całość okalał żywopłot z głogu i tarniny.

– Choć pan Roman miał gotowy plan, jak wszystko co zostało, przywrócić do świetności – nikt oprócz Mirki nie chciał wysłuchać go do końca.

Dziewczynie żal było tego dziwaka bardzo samotnego i nikomu niepotrzebnego. Myślała, że dobrze by było oddać go pod opiekę jakiejś bystrej dziewczynie.

Może Basia Grzelakówna? Któregoś wieczoru zagadnęła mamę. Ta odrzekła, że obie starsze córki Krysi mają już kawalerów: Basi jest kierowcą autobusowym, a Helcia ma narzeczonego z Pogórza – wsi.

Zadowolona z tego sąsiadka, składa pieniądze na wesela. Było jeszcze wiele panien, ale uznały z mamą, że tych to agronom by chyba nie chciał.

– Na początku sierpnia Mirka wyjechała na obóz szkoleniowy PCK; w tym czasie przyjechał do wujka Adaś Zalewski.

Przywiózł czteroletniego synka kolegi – Krzysia. Dzieckiem nie miał się kto zająć, bo tata zaczynał praktykę w szpitalu, mamie udało się wyjechać do pracy za granicę, a jedyna żyjąca babcia, właśnie przebywała w sanatorium.

Studenckie dziecko miało wujków i cioć bez liku, lecz tylko Adam zgodził się zajmować małym przez trzy tygodnie.

Przyjechał z nim do Pogórza, gdzie nie brakowało ani świeżego mleka, ani świeżego powietrza. Ciocia Melania nie była zachwycona, lecz Krzyś bardzo przypadł do serca Halince.

W ten sposób wszyscy byli zadowoleni – pani Melania, bo nie musiała zajmować się cudzym dzieckiem, Halinka, bo miała kogo tulić, karmić i stroić, Adam, bo bez wysiłku zapewnił małemu doskonałą opiekę; a najbardziej Krzysiu, bo jeszcze nigdy nie miał takiej swobody do hasania i wspaniałych zabaw.

Młody Zalewski wciąż szukał okazji, by rozmawiać z panem Piotrem, ale o córkę nie śmiał zagadnąć.

Przyszło do tego, że czatował na bliźniaków – , by zasięgnąć języka. Niestety, Mirka miała wrócić ostatniego dnia miesiąca, czyli wtedy, gdy on wyjeżdżał z Pogórza. Trudno o większego pecha.

Mogłem napisać – wyrzucał sobie – mogłem napisać, że chce się z nią spotkać. Jako kto? – pytał sam siebie. No jako znajomy. A po co?/ - No bo jestem zainteresowany, chce się przyjrzeć, czy jest taka, jak w mojej wyobraźni. Możliwe, że będę rozczarowany, ale chcę ją poznać; choćby po to, by się uwolnić od nieustannego myślenia o niej.

– Wysłał do kolegi telegram, że wróci tydzień później i czekał. W końcu się doczekał, Mirka wróciła. Widział jak szła z plecakiem od pociągu. Tego dnia nie wychodziła z domu, widocznie odpoczywała. Następnego dnia Adam wystawał od rana przy oknie w pokoju cioci i patrzył na obejście Lisów. Jest! Krząta się na podwórku. Nic prostszego, trzeba tam pójść i porozmawiać. Trząsł się jednak, jak sztubak; on, któremu, jak dotąd żadna się nie oparła. – Ale mnie wzięło – śmiał się sam z siebie; zmieniał koszulki przed lustrem, jakby to one o wszystkim miały zadecydować. Wyszykowany, wypachniony wsiadł na rower Waldka i podjechał pod furtkę Lisów, chłopcy zawołali siostrę. Przyszła, popatrzyła ; a oczy były po dawnemu piękne, a spojrzenie tak słodkie i przejmujące, że na chwilę zaniemówił. Siląc się na swobodę, zapytał:

– - Nie miałaby pani ochoty na małą przejażdżkę?

– – Mam ochotę, ale dziś kończymy z mamą suknię ślubną. Ślub pojutrze, sam pan rozumie. Adam miał tak nieszczęśliwą minę, że zaraz dodała:

– - Może wieczorem wyrwę się na godzinkę do kawiarni. Czekał na dziewczynę od chwili, gdy Basia otworzyła kawiarenkę. Sala zapełniała się ludźmi, było sporo amatorów piwa – gwar, szum, kłęby dymu. Mirka weszła i stała w progu zastanawiając się, czy w ogóle wchodzić. Jak spod ziemi wyrósł przed nią agronom. Już witał prowadził do stolika, giął się w ukłonach. Adaś stał przy bufecie i patrzył wzrokiem tak ponurym, że pan Roman pewno dostałby palpitacji, gdyby choć na chwile oderwał wzrok od panienki. Pięknie pani wygląda, ślicznie pani z ta opalenizną – zachwycał się sapiąc – biegał bowiem od bufetu do stolika i znosił, co tylko tam Basia miała. Mirka spostrzegła Adama i skinęła, by się przysiadł.

– – Czy panowie się znają? – zapytała z filuternym uśmiechem.

– – Znamy się, owszem – odburknął Adaś.

Pan Roman siedział zasępiony ; a gdy Mirka przywołała jeszcze panią Halinkę, aż westchnął. Nie skosztowawszy niczego, czym tak hojnie zastawiono stół, dziewczyna wstała i grzecznie przepraszając, wyszła; Adam za nią.

– Już myślałem, że spędzimy upojny wieczór w towarzystwie pana Bojarskiego – odetchnął na dziedzińcu przed pałacem. Zapadł wieczór, wielki , pomarańczowy księżyc wyłonił się spoza chmurek. Pachniało maciejką, końcem lata; było niewiarygodnie pięknie i romantycznie. Poszli do parku.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania