Uparta miłość rII [1]

Mirka chodziła już do siódmej klasy. Była, jak ojciec wysoka, tak jak ojciec pracowita i nad wiek poważna. To ona najwięcej czasu poświęcała braciom i to ona interweniowała, gdy bliźniacy wchodzili rodzicom na głowę. Ćwiczenia, wykonywane z żelazną konsekwencją sprawiły, że choć po młodzieńczemu nieco kanciasta – była bardzo zgrabną panienką. Miała tylko jedną przyjaciółkę od serca - była to dwa lata starsza Sabina.

Cieszyła się ona specjalnymi względami i kierownictwa i poniekąd wszystkich mieszkańców Pogórza. Matka jej bowiem przywiozła ją z obozu koncentracyjnego w Majdanku. Tam ją urodziła i szczęśliwie przechowała, aż do wyzwolenia. Co było prawdziwym cudem! Byłaby to piękna, szczęśliwa historia, gdyby nie to, że nadmiar strasznych doznań pomieszał matce w głowie. Sabiną wychowywał dziadek i pegeerowskie podwórko.

Skończyła podstawówkę, dwa lata pracowała jako pomoc w stołówce, aż Łukowski uznał, że pracownicy powinni mieć miejsce do kulturalnego odpoczynku. Otwarto kawiarnię z telewizorem! Dziewczyna awansowała na kierowniczkę tego przybytku.

Radziła sobie doskonale z parzeniem kawy i herbaty, ze sprzedażą piwa i słodyczy. Organizowała potańcówki, radziła sobie z tymi, co za dużo wypili; potrafiła i zakląć i krzyknąć, tak, że porządek musiał być!

Kierownik, doceniając jej zaradność, obiecał, że magazynek obok kawiarenki będzie wyremontowany i otworzy się sklep. Do tej pory to przeważnie dzieciaki wracając ze szkoły robiły zakupy w Pogórzu-wsi i dźwigały je dobre dwa kilometry.

Przed samymi dożynkami delegat z powiatowego komitetu Partii uroczyście otworzył sklep. Teraz Sabina do obiadu królowała w sklepie, a po obiedzie w kawiarence.

Gdy była jakaś wolna chwila, kiedy mama nie była zawalona szyciem, Mirka mogła wyskoczyć do przyjaciółki.

Owego lata mama dawała jej trochę więcej swobody, gdyż pomyślnie zdała egzaminy i od września miała się uczyć w Technikum Ekonomicznym w Koszalinie. Póki co, trwały gorące żniwa, drogą wzdłuż płotu przy ogrodzie Sabiny furmani zwozili z pola snopy dojrzałego jęczmienia. A w sadku dojrzewały wczesne śliwki.

Przyjaciółki otrząsnęły owoce i nosiły pełne wiadra raz do Lisów, raz do domu Sabiny. Mirka zbierała owoce tuż przy płocie, parząc ręce o wysokie, dorodne pokrzywy; Sabina poszła z wiadrem wysypać śliwki. Z pola pędził ktoś na motocyklu – nie wiadomo, czy kierowca chciał skosztować śliwek, czy zawrócić; w każdym razie wykonał jakiś gwałtowny manewr i silnik zgasł. Młody, smagły chłopak w samych spodenkach pochylił się nad maszyną. Dzieliło go od dziewczyny dwa kroki, widziała go doskonale ukryta za płotem i pokrzywami, słyszała oddech. Patrzyła , jak urzeczona – pomyślała: -O, gdyby on kiedyś na mnie spojrzał.. Ach, , gdyby się do mnie uśmiechnął.. Mój Boże, gdyby... i od gwałtownych emocji ścisnęło jej się gardło a w oczach stanęły łzy.

Gdy Sabina wróciła z pustym wiaderkiem, młodzieńca już nie było. Opisała go przyjaciółce: Taki czarny, piękny, przepiękny, opalony, jak Cygan – kto to jest? Ja go tu nigdy nie widziałam!

– Ach, ten. To Adaś Zalewski. Przyjechał do wujostwa, czyli do Łukowskich. On tu już był parę razy, ale jak ty wciąż przesiadywałaś w domu z dzieciakami, no to go nie widziałaś. Ty wiesz, jak dziewczyny za nim ganiają? Teraz na krok nie odstępuje go Jadźka Bruzdów. Ale wiadomo, tyle jej, co przez lato – później ona do obory, do krów; a on do szkół, ponoć na lekarza ma się kształcić.

– Ano tak, nieraz widziałam przy Waldku Łukowskich jakiegoś nieznajomego – przypomniała sobie Mirka.

Adaś bawił do dożynek. Całe dnie ganiał na motorze – a to z biura do żniwujących, a to z jednego pola na drugie z częściami do maszyn. Jak było trzeba jechał sprowadzić lekarza, czy weterynarza, albo rozwoził napoje kombajnistom, lub też próbował sam jeździć na kombajnie. Znali go tu wszyscy, a jego roześmiana twarz wszędzie wywoływała uśmiech sympatii.

Na dożynkach obtańczył wszystkie dostojne panie, wycałował po kątach co ładniejsze panny, popił, pośpiewał wszystkich widział i znał, tylko jednej Mirki nie spostrzegł.

– Dumni Lisowie odwieźli Mirkę do szkoły swoją nową warszawą; byli pierwszymi w Pogórzu szczęśliwymi posiadaczami samochodu. Kierownikowa, za każdym razem, gdy ją mijali odwracała głowę. Za to Lisowa, kiedy Łukowscy w niedzielę objeżdżali pola rozparci w bryczce, udawała, że ich nie widzi.

Dom bez Mirki zdawał się być pusty, chłopcy przycichli, posmutnieli, Pawełek popłakiwał po kątach. Rodzice liczyli dni do niedzieli wyjazdowej, żeby zobaczyć córkę; gdy wreszcie przyjechała, przyglądali się jej , jak obcej.

Obcięła włosy, ubrała się w pożyczone rzeczy i stąpała po pokojach ważna i wyniosła. Wieczorem, gdy zapytała rodziców, czy może iść do kawiarenki , mama rzekła ostro:

- Idź, ale nie siedź do późna i przebierz się, nie rób z siebie jakiegoś przebierańca! Marny to ptak, co się wstydzi swego gniazda. Mirka zawstydzona nie rzekła ani słowa, nie pochwaliła się, że ją wybrano na gospodarza klasy.

– Kawiarnia świeciła pustkami, Sabina wyjaśniła, że w Pogórzu – wsi otworzyli klub rolnika; teraz tam się młodzież zbiera w długie jesienne wieczory. Przyszła Halinka, też jakaś przygaszona, wpadło parę dzieciaków ; Sabina ostro zapytała, czy mają pieniądze, żeby coś kupić, bo jeśli nie to:

- Wynocha, podłogi mi nie zadeptywać!

W końcu zostały same, piły herbatkę i milczały przyglądając się sobie.; wreszcie Sabina zapytała:

- Już wiesz, powiedzieli ci w domu? Mirka zrobiła wielkie oczy.

– O czym mieli mi powiedzieć?

- No co ludzie gadają o mnie i kierowniku... –

– A co gadają – Mirka cały czas myślała o tym, że Sabina jest piękną dziewczyną, no i jeśli ludzie gadają, to nie bez powodu

.- Głupoty opowiadają i tyle! Ja mam siedemnaście lat, on z pięćdziesiąt, żonę i syna, co między nami może być?

– A co jest? – Mirkę bardzo zaciekawił ewentualny romans przyjaciółki, tym bardziej, że Sabina była z nią szczera i można by zajrzeć w ten zaczarowany , dotąd nieznany świat miłości.

- On lubi tu przyjść, ja lubię , kiedy przyjdzie. Porozmawiamy, pożartujemy. Czasem powie coś takiego, że jestem wspaniała i w ogóle – Sabina oblała się rumieńcem.

– I więcej nic?- Mirka była zawiedziona.

– A ty myślałaś, że ja jestem druga Halinka, że zaraz do łóżka?

- Halina dziś jakaś nie w sosie, widziałaś?

– Melania ją odstawiła; już u kierowników nie sprząta. Odpadło więc darmowe żarcie. Mela teraz przechodzi sama siebie; wystrojona wypachniona każe się wozić dziadkowi to tu, to tam. Diabli wiedzą po co, chyba chce, by Paweł był zazdrosny.

– Co by nie mówić elegancka z niej kobieta – zauważyła Mirka.

– A twojej mamie co brakuje? Zawsze czyściutka, schludna. Kto by powiedział, że ma was troje, że zdąży z obrządkami i z szyciem i bliźniaków dopilnuje. A moja bidulka albo leży i patrzy w sufit , albo jak się czepi jakiej roboty, to bez pojęcia myje, albo zamiata – może tak godzinę i dwie. Najgorzej, jak nam ucieknie – wtedy się z dziadkiem nalatamy, naszukamy; strachu najemy. Wiesz, że odkopała studnię, co ją Niemcy przed samym wysiedleniem zasypali? Wyciągnęliśmy stamtąd trochę garnków, naczyń, trochę zbutwiałych ubrań; dziadek ma z tego całego skarbu zegarek.

– Niemcy byli przekonani, że wrócą – zauważyła Mirka.

– Niemcy to powinni być przez Pana Boga wyniszczeni, co do jednego! – syknęła Sabina z jakąś nieznaną przyjaciółce furią w głosie. Mirka straciła poczucie czasu zagadawszy się, wróciła późno i znów jej się oberwało. Mama nie lubiła Sabiny i nie pochwalała tej przyjaźni. Późnym wieczorem wyrzucała mężowi, że milczy na ten temat.

– O tej dziewusze za dużo ludzie gadają; co to za towarzystwo dla naszej córki – Piotr już drzemał – odpowiedział nieco sennie.

– Twoja córka ma prawie piętnaście lat, uczy się życia. Nie bój się o nią, to mądra dziewczyna.

– Mądra wybiera sobie odpowiednie towarzystwo, a ta Sabina co? Ledwo podstawówkę skończyła. Żeby nie kierownik, to by gnój w oborze wyrzucała; umiała się zakręcić koło kogo trzeba. Pan Piotr uniósł głowę i popatrzył na żonę zgorszony. –

– Daj spokój Lusia, jak możesz takie głupoty opowiadać?! Przecież on jest dla niej , jak ojciec. Co ta matka znaczy? Tyle, że żyje, czy ona wie, dajmy na to, jaki dziś dzień, jaki miesiąc. Dobrze, że Łukowski papiery złożył i ma z czego żyć, bo dawniej, jak mieli tylko to, co dostał Czyżewski za stróżowanie, to klepali biedę.

– – A ten jej numer obozowy widziałeś? – drążyła wcale nie zbita z tropu Lucyna. –

– Widziałem. Jak umrze to i ty pójdziesz zobaczyć, bo tak to ci nie pokaże – Pan Piotr pokręcił głową i odwrócił się do ściany, na znak, że jest bardzo zdegustowany.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania