Poprzednie częściKomisar - 1 Komisar - 2 Komisar - 3

Komisar - 33

– Jesteście bardzo pewni siebie, towarzyszu Paraszenko – głównodowodzący grupy Potiomkin spoglądał na mnie krytycznie. – Skąd ta pewność?

Uśmiechnąłem się uprzejmie.

– Ponieważ znam sytuację na froncie i wiem z kim mamy do czynienia.

Starszy mężczyzna, który widział już swoje, nie wyglądał na przekonanego.

– Co ma jedno wspólnego z drugim?

– Mamy tutaj do czynienia z zorganizowaną grupą. Ramie bojowe w postaci Navy Seals, dowództwo w postaci agentki federalnej oraz niezliczone źródła kontaktów i potencjalnych rekrutów dla partyzantki w postaci populacji USA. Jestem bardziej niż pewny, że mają kontakt z siłami dowództwem wroga – tutaj wyciągnąłem dokumenty zabrane z obozu partyzantów. – Niby nic istotnego, same liczby, ale to dokładna kopia dokumentów zaopatrzenia frontu południowo-kalifornijskiego – dowódca pochylił się zaintrygowany. – Mamy kreta w naszych liniach zaopatrzeniowych. Znając nasze zabezpieczenia, musieli się nieźle namęczyć by go tam wstawić. Energię mogli wykorzystać na włożeniu go albo jej, do jednostki KGB, milicji, czy nawet dowództwa armii, a jednak skupili się na logistyce – uśmiechnąłem się bezdusznie. – Innymi słowy: znam ich cel.

Generał pokiwał głową.

– Nasze linie zaopatrzeniowe – westchnął. – Faktycznie, pokrywa się to z sytuacją na froncie – uniósł na mnie wzrok. – Los Angeles płonie. Nasze siły ledwo co utrzymują linię frontu, a samo miasto nie zostało w pełni zdobyte.

– Teren i infrastruktura ograniczają możliwości logistyczne, już teraz jesteśmy bardzo osłabieni długością frontu. Amerykanie z pewnością będą koordynowali ataki: partyzantów, lotnictwa i armii, tak by przeciąć nasze linie transportu. Jestem tego pewny.

Generał uniósł na mnie wzrok, lecz nie wyglądał w pełni usatysfakcjonowany.

– Mało tu precyzyjnych pozycji naszych amerykańskich przyjaciół, by móc wykonać sprawny nalot.

– Tej informacji niestety jeszcze nie mam, ale jak powiedział Sun Tzu: „Poznanie innych i poznanie siebie to zwycięstwo bez ryzyka. Poznanie otoczenia i poznanie sytuacji to zwycięstwo całkowite" – uśmiechnąłem się szeroko. – A ja, towarzyszu generale, znam siebie, przeciwnika, otoczenie i sytuacje – me oczy zapłonęły pewnością siebie. – Zwycięstwo już należy do mnie.

Słowa te w najmniejszym stopniu nie przekonały generała, czy jego wątpliwości względem mojej osoby.

– I to miało mnie przekonać? – Zapytał. – Daliście się złapać, Paraszenko. Daliście się złapać przez wroga. Za Stalina już byście nie żyli.

Cienie przeszłości mignęły mi przed oczami. Po fakcie sam powinienem być kilkukrotnie rozstrzelany, albo wysłany do gułagu. Szczęście mnie jednak nie opuszczało. Chaos frontu, niemiecka bomba, która wylądowała na głowie oficera, pożar stacji kolejowej, zapotrzebowanie na żołnierzy. Za każdym razem, unikałem śmierci. Tuż pod nosem towarzysza Stalina. Następnie, ku ironii świata, sam zostałem tym który zabijał i wysyłał do gułagu. Przełknąłem ślinę.

– Nie dałem się jednak złamać, towarzyszu generale – odpowiedziałem pewnie. – Zresztą, nie prosiłem o ratunek, ani o akceptację wymiany. Mieliście prawo odmówić i wyznaczyć mojego następcę – tutaj odważyłem się zapytać. – Właśnie, towarzyszu generale… dlaczego tego nie zrobiliście?

Oficer prychnął poirytowany.

– To nie była moja decyzja.

Zmarszczyłem brwi. Afanasij Biełobrodow powinien mieć całkowite dowództwo nad tym frontem, mało kto mógł wydać mu jakikolwiek rozkaz. Cholernik był mimo wszystko dwukrotnym „Bohaterem Związku Radzieckiego” – niemały wyczyn. Człowiek o wysokiej pozycji, wielkim doświadczeniu i stalowej woli. Lekko, zdezorientowany pozwoliłem sobie na kolejne pytanie.

– Kto więc wydał ten rozkaz, towarzyszu generale?

Jakby za dotknięciem magicznej różdżki drzwi do gabinetu generała otworzyły się, a do środka wszedł wysoki mężczyzna. Na jego widok, momentalnie wstałem i zasalutowałem. Sam Biełodrodow podniósł się z miejsca i uniósł dłoń do czapki w geście salutu. Zadrżałem, stojąc przed Legendą. Człowiek z dwoma orderami „Bohatera Związku Radzieckiego” na piersi… ale również orderem „Zwycięstwa”. Obok niego, inne ordery, w tym zdobiony krzyż, daleki od radzieckich tradycji. Człowiek tak jak ja, wierny ojczyźnie ludu pracującego, ale z niej niepochodzący.

– Spocznijcie towarzysze – mężczyzna machnął ręką, zbliżając się z delikatnym uśmiechem. – Dobrze cię widzieć Afanasij.

– Ciebie również Konstanty – generał wykrzywił usta w zmęczonym uśmiechu.

Tak. Tuż przed moimi oczami stał nie kto inny, a Konstanty Rokossowski. Głównodowodzący inwazji na Stany Zjednoczone. Mit i legenda dla wielu. Bohater w oczach propagandy. Dla mnie jednak te mity, legendy i propagandowe gdakanie było pancerną prawdą. Rokossowski był moim bohaterem. Aniołem, który wyrwał mnie z paszczy śmierci w godzinie próby. Marszałek spojrzał na mnie.

– Powiedziałem, żebyście spoczęli.

Zszokowany nie zauważyłem, że nadal stałem na baczność w pełnym salucie, czerwieniąc się lekko, jak jakiś prosty szeregowy rozluźniłem się i skinąłem głową.

– Proszę o wybaczenie, towarzyszu marszałku. Nie spodziewałem się was.

Rokossowski uniósł brew.

– Wasze zachowanie nie pokrywa się z tym, co czytałem w raportach – stwierdził. – Spodziewałem się większego… stoika.

Odchrząknąłem.

– Raz jeszcze proszę o wybaczenie. Moje prywatna wdzięczność marszałkowi musi być tu na rzeczy.

– Personalna?

– Byłem w Stalingradzie. Ty wy mnie wyrwaliście z tamtego piekła – odpowiedziałem pewnie. – Nie spodziewałem się, że w całym swoim życiu będę mógł osobiście podziękować bohaterowi, którego działania ocaliły mi życie – skłoniłem głowę. – Bardzo wam dziękuję towarzyszu Rokossowski. Gdyby nie wy, nie byłoby mnie dziś pośród żywych.

Obu oficerów wyglądało na niemało zaskoczonych. Trudno ich dziwić. Słyszeli o demonie, diabłu, potworze w ludzkiej skórze. Psychopacie, który zabijał, torturował i gwałcił dla przyjemności. Stał jednak przed nimi jednak zwyczajny człowiek, chylący czoło przed tym, który ocalił mu życie.

Rokossowski zachichotał i położył mi dłoń na ramieniu.

– Proszę – wyglądał na prawdziwie uradowanego. – Wiecie, towarzyszu Paraszenko? Po tych wszystkich paradach i zorganizowanych imprezach myślałem, że znudzą mi się wszystkie gratulacje i tym podobne… Jakże miło dostać szczere podziękowania od zwykłego człowieka – mężczyzna odsunął się o krok. – Dużo o was słyszałem, towarzyszu Paraszenko. Możliwe, że jesteście najbardziej przerażającym KGB-owcem frontowym, o jakim miałem okazję słyszeć. Powiedzcie mi, czy wszystkie opowieści i plotki, są prawdziwe?

Uśmiechnąłem się dumny, słysząc, że mój bohater uznaje moją profesję.

– Ich prawdziwość nie jest istotna towarzyszu marszałku. Wystarczy, żeby wróg wierzył, że są prawdziwe.

– A to dlaczego?

– Ludzie stają się niesamowicie gadatliwi, kiedy mają rozmawiać z diabłem.

– A uznajecie się za diabła?

– Jako ateista, chciałbym zaprzeczyć, ale nie mogę skłamać w obecności marszałka – uśmiechnąłem się serdecznie.

Rokossowski pokiwał głową, widocznie usatysfakcjonowany moją odpowiedzią. Zerknął na generała.

– Pożyczę go na moment, jeśli pozwolisz… i idź się wyśpij, przyjacielu. Ostatni raz jak cię takiego widziałem, szkopy stały pod Moskwą.

– Nawet mi cholera nie przypominaj – Biełobrodow machnął ręką, pozwalając nam wyjść.

Przeszliśmy kawałek w relatywnej ciszy. Kiedy Rokossowski spojrzał mi w oczy.

– Wiecie, czemu was uratowałem?

– Nie mam pojęcia towarzyszu – przyznałem. – Jest to jednak już drugi raz, kiedy to robicie. Zaczyna to wyglądać tak, jakbyście chcieli podważyć moje podejście względem przeznaczenia.

Marszałek zachichotał rozbawiony.

– Fakt. Nawet jeśli Boga nie ma, to może przeznaczenie istnieje. Mimo wszystko, cóż za poetycka sytuacja. Dwóch, jakże podobnych sobie ludzi, spotykają się, kiedy jeden z nich uratował drugiego dwa razy.

Zmarszczyłem brwi.

– „Podobnych”? Co macie na myśli?

– Wy jesteście Ukraińcem, ja jestem Polakiem. Oboje służymy państwu, które nie jest naszą ojczyzną – w głosie marszałka było słychać ból. – W naszych ojczyznach, zawsze będziemy postrzegani tak samo: „ruski”. A w ZSRR albo polaczek, albo kozaczek. Taki nasz los.

Przytaknąłem. Znałem ten ból i kilkukrotnie moje pochodzenie było wykorzystywane przeciwko mnie… ani razu skutecznie.

– Cena, jaką przyszło nam zapłacić, za naszą służbę, towarzyszu Rokossowski – odpowiedziałem.

– Tak. I jest to cena wysoka… ale warta tego, co udało nam się osiągnąć – Rokossowski wskazał niebo. – Kiedy Thor, nasza satelita-bomba, usmażyła komunikację jankesów, na te kilka cennych godzin, kiedy wylądowaliśmy na ich wybrzeżach i rozstawiliśmy Freje, bałem się, że będę jednym z odpowiedzialnych za koniec świata… a najbardziej naszych ojczyzn. Zarówno Polska, jak i Ukraina są z pewnością na liście priorytetowych celów NATO – odetchnął. – Mimo to, jesteśmy tu i prowadzimy w miarę skuteczną inwazję, kiedy nasi towarzysze osiągają zwycięstwo za zwycięstwem w Europie i Azji. Słyszeliście już?

– Zjednoczona Korea i Niemcy? Tak – przytaknąłem – miałem okazje.

Rokossowski obrócił się w moją stronę.

– Oboje wiemy, że ta Inwazja nie złamie ameryki. Kontrofensywa pod Los Angeles to dopiero początek. Na szczęście, naszym zadaniem nie jest podbicie Ameryki.

– Naszym celem jest wymuszenie na Stanach Zjednoczonych, by walczyły o swoją własną ziemię.

Rokossowski uśmiechnął się zadowolony.

– Nie pomyliłem się co do was, towarzyszu Paraszenko. Jesteście równie inteligentni, jak mówią, jeśli nie bardziej – podszedł do mnie i położył mi dłoń na ramieniu. – Inni toczą wojnę o ziemię, o zdobyte kilometry. My toczymy wojnę o CZAS. Czas towarzyszu Paraszenko, a ceną za ten czas jest stal, mięso i krew… kupcie nam ten czas, towarzyszu Paraszenko. Nie pozwólcie partyzantom skraść ani minuty.

 

Wypełniony nową energią uśmiechnąłem się szeroko.

– Macie moje słowo, towarzyszu Rokossowski.

Następne częściKomisar - 34 Komisar - 35 Komisar - 36

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (10)

  • Czy ja dobrze zrozumiałem, że w Twoim opowiadaniu Czerwoni wygrali w Korei i zjednoczyli Niemcy pod swoim sztandarem?! Kurwa, świat w Twojej twórczości jest... przerażający! XD Pojawienie się Rokossowskiego zaskoczyło mnie. Oczywiście, że to on dowodzi całą tą ofensywą. Najlepszy kandydat moim zdaniem, choć mam nadzieję, że jego plany spalą na panewce! :D Więc celem komuchów NAPRAWDĘ nie jest podbój Ameryki lecz zupełnie co innego. Uhh, nie podoba mi się to... Za rozdział leci 5

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Kapelusznik rok temu
    Znaczy - dopiero teraz je zjednoczyli.
    Napisałem że towarzysze w Europie i Azji osiągają sukcesy kosztem krwi przelanej w USA.
    Sukcesy: Zjednoczenie Niemiec i Korei
  • Ten świat to piekło, jak pragnę zdrowia... XD
  • Pontàrú rok temu
    "Oboje wiemy" - Rokossowski mówi to o mężczyznach więc "obaj wiemy"

    Powiedziałeś, że następny odcinek mi się spodoba. Owszem, jest dobrze napisany i nie mam w zasadzie żadnych uwag ale zastanawia mnie co też to miało być. Może aspekt polaka-rodaka? Nie zrozum mnie źle ale jak mówiłeś że mi się spodoba to już się podjarałem na coś nowego a tu w zasadzie to samo. Nadal świetne ale to samo
  • Ozar rok temu
    Kurde jestem dość zdziwiony bo myślałem, że inwazja jest celem samym w sobie, a tu okazuje się że jest tylko walką o czas. Może byś to opisał dokładniej?, bo szczerze mówiąc tu zgłupiałem. A Rokossowski no cóż to jeden z najbardziej zasłużonych oficerów AC choć w n1937 roku został aresztowany i zesłany na sybir za zdradę. Ułaskawiony w 1940 podobno przez wstawiennictwo marszałka Timoszenki, ale inne źródła podają że z gułagu wyciągnął go Żukow. Rokossowski to był mało inteligentny gość ale przynajmniej nie taki fanatyk jak Żukow. Wiemy, że został polskim marszałkiem i do tego ministrem MON do chyba 1956 roku. Jednak taka protekcja zapewne wystarczyła żeby Paraszenko znów wrócił do łask. No cóż czasami warto mieć znajomego na samej g orze hahahahahahaha. 5
  • Kapelusznik rok temu
    Już odpowiadam.
    Jak już w serii było stwierdzone kilka razy - udana inwazja na USA jest praktycznie niemożliwa. Nie ma państwa na świecie o wystarczająco potężnej marynarce i armii, by tego dokonać i w historii istnienia USA jako niezależnego państwa, był bardzo krótki okres kiedy było to możliwe.
    Spójrz na inwazję na USA jak inwazję Aliantów w Normandii i Włoszech.
    Prawdziwy - najistotniejszy front, jest w Europie i Azji. Tam ZSRR może popisać się pełną skalą swojej potęgi. Ale lądowanie w Ameryce będzie nieskuteczne, nie ważne ile sił tam wyślą. Ale nieważne jak duża inwazja - będzie bardzo pomocna w dezorientacji przeciwnika, wywołaniu strachu i stresu. Właśnie dlatego zaatakowali zachodnie wybrzeże.
    Mają piękną linię gór, która przechodzi przez całą długość państwa, którą można utrzymać przez dłuższy okres czasu.

    Nie najlepszy pan - ale to jedyne co mają
  • Ozar rok temu
    Kapelusznik Aaaaaaaaa teraz kumam, chcą na tyle zamącić w USA żeby spokojnie opanować Europę i Azję, bez obawy o kontratak USA. To rzeczywiście ma sens.
  • Nefer rok temu
    Odcinek dobry, swego rodzaju przerywnik w fabule pędzącej przez kilka poprzednich. Ujawniasz otwarcie założenia strategiczne inwazji, o których raz czy drugi już napomykałeś. inan sprawa, zę Amerykanie nie popuszczą i po wyparciu Rosjan z kraju z tym większą energią zaangażują się w wojnę. Zauważ przykład Pearl Harbor.
    Pozdrawiam
  • Kapelusznik rok temu
    Dzięki za odwiedziny.
    No już jesteś blisko finału.
    Mam nadzieję, że będzie satysfakcjonujący
  • Agnieszka Gu 8 miesięcy temu
    Spokojniejsza część, bardziej opis strategi oraz dla pokazania zakulisowych dyskusji i przygotowań.
    Oraz służąca do odbicia się. Taki oddech przed kolejnymi akcjami Paraszenki.
    Dostał zastrzyk energii - i na pewno go wykorzysta.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania