Poprzednie częściKomisar - 1 Komisar - 2 Komisar - 3

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Komisar - 35

Stałem w całkowitej ciszy, pogrążony w myślach. Pomieszczenie było zimne, bez życia, a mimo to chciałem, żeby to, co było martwe. Żyło.

Drzwi do pomieszczenia otworzyły się, a do środka wszedł Iwanow. Był w równie złym humorze co ja. Stanął obok mnie. Domyślałem się, że przynosi złe wieści, ale trzeba było się upewnić.

– Czy którykolwiek z nich…

– Nie – Iwanow odpowiedział, zanim zakończyłem zdanie. – Nikt z nich nie przeżył.

Postąpiłem kilka kroków do ściany. Złapałem oddech… i z całą furią uderzyłem o stalowe drzwiczki. Echo odbiło się od wszystkich ścian i zawisło przez moment w powietrzu. Wściekły zazgrzytałem zębami.

– Suka – szepnąłem. – Co za parszywa porażka. Poniżająca w każdym calu – pomasowałem dłoń. – Pomyśleć, żeby zesłali nalot na własnych… a co ja mówię. Sami robiliśmy to samo, w akcie desperacji walcząc ze szkopami.

Iwanow przytaknął, spoglądając na blade ciało, leżące na metalowej płycie. Postać ta była mi znana. Był to jeden z drabów, który niedawno torturował mnie w tajnej bazie jankesów. Prowadził on atak na nasz transport „min nuklearnych”. Miałem go już w garści. Klucz, zarówno do kreta wśród naszych sił, ale i do Enigmy! Zanim jednak zdołałem położyć na nim łapy, zniszczył wszystkie moje plany. Obróciłem się i stanąłem nad zimnym trupem. A raczej nad tym, co z niego zostało. Los chciał, że kiedy nic z niego nie pozostało od pasa w dół, górna część ciała była właściwie nietknięta. Nie ważne jak na niego patrzyłem, wydawał się lekko uśmiechać.

– Myliłem się co do ciebie – odezwałem się do trupa. – Nie byłeś takim amatorem, za jakiego cię uważałem.

Przez chwilę smakowałem gorzką porażkę w ustach.

– Jego poświęcenie mi imponuję – odezwał się Iwanow. – Nieźle nas zaskoczył, nie ma co.

– Fakt. Nie dość, że zniszczył nasz transport to nalotem, zabił też całą swoją drużynę. Bomby kasetowe i napalm – pokręciłem głową. – To samo co używali w Wietnamie. To cud, że garstka naszych przetrwała – zacisnąłem pięści. – Nie wybaczyłbym sobie, gdyby Aleksandra i jej ludzie stracili życia przez moje, decyzję – pomasowałem skronie. – Była to prosta, ale ryzykowana pułapka. Myślałem, że wszystko przewidziałem. Przekazałem informacją, że wieziemy minę nuklearną. Zorganizowałem transport. Minę zastąpiłem żołnierzami i siłami specjalnymi, tak, by gdy tylko wróg zaatakuje, musiał walczyć z wyszkolonym wrogiem – walnąłem pięścią o stół. – Nalot. Taka prosta odpowiedź. Nie zakładałem, że się na niego odważą, kiedy według ich wiedzy były tam ładunki nuklearne! – Chodziłem po pokoju wściekły. – Jak bardzo jankesi są zdesperowani, że bombardują potencjalne transporty bomb nuklearnych?!

Iwanow w ciszy obserwował, jak traciłem nad sobą panowanie. Nie pamiętam jaki miał wtedy wyraz twarzy. Czy był zaskoczony, moją reakcją? Zdenerwowany? Spokojny? Nie mogę sobie przypomnieć. W mojej głowie bez końca, jak na zaciętej płycie, przewijał się raport z ostatniej porażki. Nie ważne jak analizowałem całą scenę, nie mogłem się opanować. Sytuacja była gorsza, niż zakładałem. Znacznie gorsza. Zagrożenie załamania frontu? Problemy z zaopatrzeniem? Kontrofensywa NATO na bliskim wschodzie i Bałkanach? To nic w porównaniu z tym, co tutaj zobaczyłem. Mój krok stracił rytm. Całe ciało drżało, a pot spływał z głowy. Bałem się. Do jasnej cholery, bałem się i to bardzo. Chyba od Stalingradu tak nie trząsłem portkami. Naraz silne ręce pochwyciły mnie i zatrzymały w miejscu.

– Uspokój się Antonii – Iwanow chwycił mnie za ramię i przywołał do zmysłów. – Ktoś twojego kalibru nie powinien w takiej chwili panikować.

Oddychałem przez zaciśnięte zęby.

– Jak nie mam, towarzyszu Iwanow? Cała operacja, cała inwazja. Thor, Freja, nasza obecność na amerykańskiej ziemi, wszystko zostało przygotowane tak, by przekonać jankesów, by nie użyli bomby atomowej. Dziesięć lat ZSRR wyciągało wszelkie informacje od nazistowskich naukowców, by stworzyć Thora. Stworzyliśmy najwspanialszą broń, wspanialszą od bomby atomowej. Jedna satelita, z odpowiednim ładunkiem elektromagnetycznym oślepiła i ogłuszyła całe Stany Zjednoczone na długie dwadzieścia cztery godziny. Cała Ameryka Północna, towarzyszu Iwanow! – Chwyciłem Iwanowa za barki drżącymi dłońmi. – Cała! Ludzkość zdobyła moc odcięcia komunikacji całemu kontynentowi na dobę. Wystarczająco by przeprowadzić ofensywę, wylądować na ich wybrzeżach i z pomocą sił specjalnych zlikwidować większość silosów i magazynów bomb atomowych! Trzymaliśmy ich za jaja, towarzyszu Iwanow! Za jaja! Jankesi nie mogli nam nic zrobić. NIC! A teraz? Jankesi zaczynają odzyskiwać kontrolę, a desperacja i strach pchają ich w kierunku klifu! Jeśli jankesi odzyskają kontrolę, powietrzną nie zdołamy uciec. Zasypią nas wszystkimi bombami atomowymi, jakie im zostały.

Iwanow słuchał mnie uważnie, ale pod koniec mojej wypowiedzi potrząsnął mnie mocno.

– Opanuj się Antoni! Nie pieprz głupot! Naprawdę wierzysz, że jankesi zrzuciliby bomby atomowe na własną ziemię?!

Ledwo co powstrzymując kolejny wybuch paniki, zadałem najistotniejsze pytanie.

– A czy my nie zrobilibyśmy tego samego?

Iwanow skamieniał, kiedy dotarło do niego moje rozumienie sytuacji.

– Widziałem Stalingrad towarzyszu. Widziałem Kijów i widziałem Warszawę. Byłem w Berlinie. Towarzyszu, Iwanow. Ludzie są zdolni do zniszczenia wszystkiego. Swoich miast, cudzych, nieważne za jaką cenę w krwi i pokruszonych kościach – odsunąłem się od niego i złapałem oddech. – Jankesi będą gotowi zrzucić na nas bomby, jeśli da im to nawet najmniejszą szansę w osiągnięciu zwycięstwa. Jeśli tak dalej pójdzie, największa inwazja w dziejach świata, przemieni się w największą porażkę w dziejach!

Iwanow jednak nie tracił zimnej krwi. Kiedy patrzę wstecz, na ten moment, czuję wielką dumę. Oto uczeń, po raz pierwszy. Przerósł mistrza. Wstyd mi, że straciłem przed nim panowanie, ale trudno opisać mi dumę, jaką czuję, myśląc, że wykułem z tego prostego człowieka, kogoś silniejszego od de mnie.

– Spokojnie Antonii – głos Dymitra był pewny. – Zawsze znajdujesz rozwiązanie, a najwspanialszą broń zamieniasz w największą słabość przeciwnika. Jeśli czeka nas porażka, jeśli nie ma szansy na zwycięstwo, nawet w porażce możesz znaleźć ostrze, które zrani wroga.

Usłyszawszy te słowa, przestałem drżeć. Wyrównałem oddech. Zamknąłem oczy i ze sporym trudem, przywołałem ciało do porządku. Wypuściłem powietrze z płuc i otworzyłem zmęczone oczy, patrząc prosto w oczy mojego adiutanta, w których biła ta sama wiara w moje umiejętności co wcześniej. Pokiwałem głową, uśmiechnąłem się i poklepałem go po ramieniu.

– Macie racje, Dymitrze. Masz rację – odsunąłem się o krok. – Dziękuję.

– Nie ma sprawy – Dymitr uśmiechnął się ze zrozumieniem.

Staliśmy przez chwilę w ciszy. Westchnąłem i spojrzałem w stronę drzwi.

– Przepraszam, że musiałaś zobaczyć mnie w takim stanie.

Drzwi otworzyły się, a do trupiarni weszła Aleksandra z lekko zakłopotanym wyrazem twarzy.

– Przepraszam, że podsłuchiwałam.

– W naszym biznesie to nic dziwnego – prychnąłem, rozbawiony opierając się o ścianę. – Ech… nie kłamałem – zwróciłem się do niej z lekkim uśmiechem. – Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś ci się stało.

Z szerokim uśmiechem i lekkim rumieńcem Aleksandra zachichotała.

– Nie jesteś za stary, by flirtować z kobietami młodszymi od ciebie?

Wyszczerzyłem się rozbawiony.

– Już nie taki stary. Jeszcze nie mam czterdziestki.

– Ile macie towarzyszu?

– Dwudziestego dziewiątego grudnia, będę miał czterdzieści – sięgnąłem po papierosa. – Jeśli „wrócimy na święta” z tej wojny, zaproszę was na imprezę w moim mieszkaniu.

Zachichotaliśmy, rozbawieni, ale i przestraszeni. Bo kto powiedział, że przeżyjemy do zimy?

Płomień zapalniczki oświetlił mi twarz, kiedy odpaliłem papierosa. Błogosławiony dym wypełnił me usta, a następnie płuca, kiedy mocno się zaciągnąłem. Przez chwilę trzymałem truciznę w sobie, po czym wydmuchałem ją nosem. Spojrzałem po ich obu. Czekali na to, co miałem powiedzieć.

– Amerykanie zdobędą nad nami przewagę jeszcze w tym tygodniu. Siły frontowe mają małe szanse na skuteczny odwrót. Poniesiemy spore straty. Kret jest nadal niewidoczny. Partyzanci, w nieznanej lokacji, a z dnia na dzień, armia będzie mogła poświęcić coraz mniej surowców na nasze operacje.

– Samo przekonanie ich do stworzenia fałszywego transportu min nuklearnych, było bardzo trudne – przyznał Iwanow. – Z tą porażką, będą bardzo sceptyczni wobec naszych akcji.

Światełko zaświeciło mi się w głowie.

– Nie fałszywych – szepnąłem.

– Co? Możesz powtórzyć? – Aleksandra zmarszczyła czoło.

– Nie fałszywych – powtórzyłem, przestając opierać się o ścianę. – Żeby wprowadzić w błąd naszego kreta w zaopatrzeniu, kazałem naszym inżynierom przerobić część przejętych bomb amerykańskich na miny, równocześnie tworząc dla nich transport. Jedyne czego nasz krecik nie wiedział to, że żołnierze, nie bomba pojechały na front – spojrzałem na leżącego na stole trupa. – A jankesi zbombardowali zarówno transport, jak i swoich żołnierzy – uśmiechnąłem się szeroko. – Według wiedzy jankesów, mina została zniszczona.

– Jesteś tego pewny? Mimo wszystko facet wezwał nalot na swoją własną lokację, kiedy zamiast miny zobaczył żołnierzy, może zdążył przekazać komunikat, że był to fałszywy transport.

Uśmiechnąłem się szeroko.

– A jakie ma to znaczenie, skoro on jest trupem, a nasz krecik potwierdzi jankesom, że zniszczyli minę nuklearną?

Aleksandra i Iwanow spojrzeli po sobie. Z szerokim uśmiechem klasnąłem w dłonie.

– Mamy to! Zamknąć fragment drogi gdzie doszło do ataku. Ogłosić zagrożenie wycieku radioaktywnego. Rozstawić znaki i siły zabezpieczające. Wysłać inżynierów mających zabezpieczyć radioaktywny materiał i w całkowitej ciszy, zorganizować transport faktycznej miny, którą skreśliliśmy z naszych dokumentów, we wcześniej ustalone miejsce.

Iwanow patrzył na mnie w szoku.

– Antoni, nie chcesz chyba…?

– Zamienię bluff, w prawdziwe zagrożenie – wyszczerzyłem się morderczo. – Jankesi są pewni, że zlikwidowali zagrożenie. Złapiemy ich z opuszczonymi spodniami, za jaja – zarechotałem. – A najważniejsze, pozbędziemy się naszego kreta.

Aleksandra zmarszczyła brwi.

– W jaki sposób?

– A czy ty, na miejscu jankesów, wierzyłabyś szpiegowi, który podał ci fałszywe informacje o zlikwidowaniu miny nuklearnej?

 

Oboje zrozumieli. Patrzyli na mnie oszołomieni. Zaledwie chwilę temu byłem bliski pęknięcia, ale raz jeszcze, wytrzymałem. Nie całkowicie dzięki własnej sile, ale nadal. Ponad dwadzieścia lat w biznesie i nadal nie pękłem. Szeroki uśmiech powrócił na me usta, a ręce przestały drżeć.

– Upieczemy dwie pieczenie, na jednym ogniu.

Następne częściKomisar - 36 Komisar - 37 Komisar - 38

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • TheRebelliousOne miesiąc temu
    "Jeśli jankesi odzyskają kontrolę, powietrzną nie zdołamy uciec." - Chyba w złym miejscu postawiłeś przecinek.

    No cóż to wróciło na opowi! :D

    Przerażonego Czerwonego to aż miło było posłuchać! No cóż, sytuacja w Ameryce się stabilizuje i Ruski są wypychani z kraju, ale jednak jest jeszcze jedna deska ratunku. Dosyć przerażająca, ale można się było tego spodziewać po Czerwonym. Mam też teorię odnośnie Kreta, ale poczekam na rozdział, który ją potwierdzi. ;) Samo opowiadanie dobre i trzymające w napięciu. Nigdy nie wiadomo co wymyślą komuchy... Leci 5

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Kapelusznik miesiąc temu
    Miło że wpadłeś!
    :)
  • Pontàrú miesiąc temu
    Parę literówek się pojawia. Na początku też dość dziwną interpunkcję stosujesz. Przecinki są kompletnie nie na swoich miejscach. Dotyczy to tylko pierwszych akapitów.
    Widać że zmierzasz z akcją do zakończenia i finał już blisko. Dialog wypadły naturalnie a towarzyszące im emocje również są w dobry sposób opisane. Za ten fragment 5

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania