Poprzednie częściKomisar - 1 Komisar - 2 Komisar - 3

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Komisar - 39

Dzień był relatywnie ładny. Było chłodno, ale słońce zapewniało odrobinę ciepła, by nie marznąć. Rozejrzałem się, wchłaniając atmosferę całą powierzchnią ciała. Staliśmy na wzgórzu, kawałek drogi od San Francisco. Daleko od głównej drogi. Tak jak obiecałem, superman nie będzie miał oznakowanego grobu. Przyglądałem się miastu. Czerwone flagi nadal powiewały nad Golden Gate. Okręty i statki transportowe wpływały i wypływały z zatoki w szybkim tempie. Ewakuacja już się rozpoczęła. W tamtej chwili byłem przekonany, że widzę ostatnią fazę całej operacji, która rozpoczęła się w czerwcu. Teraz był już październik. Długie 4 miesiące na obcej ziemi. Zbliżał się czas powrotu do domu.

– Przepiękny widok – powiedziałem cicho, zerkając na mojego rozmówcę. – Pewnie w twoim stanie, jest to twoja ostatnia nadzieja. Widok naszych sił, opuszczających twój kraj.

To, co zostało z Supermana, klęczało krok po mojej prawej. Torturowałem go dwadzieścia cztery godziny… i nie pozwoliłem mu zasnąć, czy stracić przytomności. Twarz była pokryta strupami, gdzie krew zatamowała liczne cięcia żyletką. Usta miał otwarte, próbując nie dotykać połamanych zębów i lekko krwawiących dziąseł. Paznokci nie miał już żadnych, a i palce wskazujące stracił w czasie naszej zabawy. Co stało się z nim od pasa w dół… nie warto nawet opisywać. Nadal był świadomy swojego istnienia. Swojej żałosnej egzystencji, którą zamieniłem w filharmonię cierpienia i bólu. Superman pękł. Nadal przypominał człowieka, ale we wnętrzu był prostą ruiną. Osobą bez siły, by oprzeć się czemukolwiek.

Nie miał nawet związanych rąk, czy nóg. Gdyby miał siłę – uciekłby. Upewniłem się jednak, że siły nie miał. Niewiele jedzenia i wody, tortury i brak snu, sprawiły, że nie był w stanie się nikomu oprzeć. Był słabszy od dziecka. Wysokolotny Navy Seal, nie był w tym stanie, żadnym zagrożeniem.

Mimo tego, co na niego sprowadziłem, uniósł lekko głowę i spojrzał mi z ciągle żywym oporem w oczach.

– Wygraliśmy tę wojnę… Stany Zjednoczone nie upadną.

Uśmiechnąłem się rozbawiony.

– Wygraliście tę bitwę – poprawiłem. – Faktycznie, bitwa o kontynent amerykański zbliża się ku końcowi. Jest jednak jeszcze Europa i Azja – zerknąłem przez ramię. – Towarzyszu Iwanow. Pistolet.

Dymitr podał mi makarowa, a ja nonszalancko przeładowałem broń. Mężczyzna patrzył na mnie spode łba. Westchnąłem, przykładając zimną lufę do jego czoła.

– Jakieś ostatnie słowa?

Amerykanin przełknął ślinę i… uśmiechnął się delikatnie.

– Nie masz pojęcia, co sprowadziłeś wysadzając tamtą minę. Nie masz pojęcia, co cię czeka.

Uniosłem jedną brew krytycznie.

– Chcesz mi powiedzieć, że odpowiedzą nuklearnym atakiem miesiąc po wysadzeniu miny? Szczególnie kiedy żadna ze stron nie poniosła prawie żadnych strat? – Prychnąłem. – Nie kpij.

Amerykanin pokręcił głową.

– Nie. Nie kpię. Jestem pewny, że odpowiedzą wam tym samym.

Wywróciłem oczami zrezygnowany.

– Nawet jeśli, drogi przyjacielu… obawiam się, że tego nie dożyjesz.

 

Światło. Huk.

 

Ale nie z pistoletu.

 

Krzyk. Uderzenie wiatru. Upadek. Pisk w uszach. Panika.

 

Mruganie. Ciemność przed oczami. Zdezorientowanie.

 

W końcu – powrót wzroku i słuchu.

 

Szok.

 

To moje wspomnienia z 24 października 1962 roku.

 

Kiedy Stany Zjednoczone zrzuciły bombę atomową na port w San Francisco.

 

Pamiętam moje przerażenie. Prawdziwy strach, jakiego nie da się zwyczajnie opisać. Widok miasta, które teraz było pełne nowych ruin, a pożary i ryk alarmów próbowały zagłuszyć ryk samej eksplozji… nieskutecznie zresztą. Zobaczyłem moment, w którym Golde Gate, teraz przez podmuch wiatru z poszarpanymi czerwonymi flagami, zatrząsł się i pękł w kilku miejscach. Patrzyłem, jak stworzone eksplozją tsunami wywraca tankowce i kontenerowce.

Patrzyłem na manifestację wojny, jakiej jeszcze nie widziałem z bliska.

 

Ledwo co ogarnąłem się z szoku, spojrzałem za siebie.

Iwanow klęczał, drżąc na całym ciele. Patrzył w szoku na rosnący atomowy grzyb, który teraz zaczął przebijać się przez najniższe chmury.

Aleksandra, blada jak trup, leżała na ziemi, nie mogąc się opanować.

A Superman… niech mnie diabli… płakał. Płakał jak małe dziecko. Zarówno z radości, jak i smutku.

 

W tej jednej chwili. Bogowie szczęścia odwrócili się od mojej osoby. Koło fortuny ostatecznie zmiażdżyło mnie pod sobą, jadąc autostradą losu.

 

Amerykanie na moich oczach zrzucili bombę atomową… na swoje własne miasto.

 

Podniosłem się do pozycji stojącej i… patrzyłem. San Francisco płonęło. Naruszone eksplozją budynki zaczęły się walić. Przyglądałem się obrazowi destrukcji i zniszczenia… kiedy zacząłem się histerycznie śmiać. I był to śmiech człowieka, który po dwudziestu latach niekończącej się walki – pękł.

 

Tamtego dnia. Ja, Antoni Paraszenko. Człowiek, którego nie złamały liczne odwroty, głód, zdrada, gwałty, śmierć, a nawet kanibalizm… tamtego dnia, ostatecznie pękłem.

Tamtego dnia oszalałem.

 

Aż dziw, że tak długo wytrzymałem. Wielu traciło rozum wcześniej. Ja wytrzymałem dłużej. Cała trójka patrzyła na mnie wystraszona. Zazgrzytałem zębami i odezwałem się głośno.

– A więc do tego doszło… co? – Zapytałem nieistniejącego rozmówcę. – Do tego doszło… NIE! Nie! NIE! NIE! NIE! NIE! – Zacisnąłem dłoń na rączce makarowa. – To za mało. Za mało, by mnie zatrzymać! Nie poddam się tak łatwo! – odwróciłem się do Supermana i wycelowałem mu prosto w głowę. – Ciesz się, jako że ujrzałeś tak wspaniałe widowisko. Rozpaczaj, jako że zbyt szybko nie dołączę do ciebie w piekle!

 

Dłoń podskoczyła wraz z błyskiem światła i hukiem… jakże niewielkim w porównaniu do tego, co właśnie doświadczyłem. Jakże niewielka była śmierć Supermana, w porównaniu do tego, co właśnie zobaczyłem.

 

Zadowolony, kiwnąłem głową i wyciągnąłem pistolet w stronę zszokowanego Iwanowa. Czekałem, ale nie drgnął.

– Na co czekacie, towarzyszu Iwanow? – Zapytałem. – Nadal jesteście moim adiutantem.

Nadal w szoku, Dymitr spojrzał na mnie, blady jak śnieg.

– O czym wy mówicie teraz towarzyszu? – Wskazał na grzyb atomowy za moimi plecami. – Miasto… zrzucili bombę na miasto! Już po nas! Musimy uciekać! Musimy uciekać już teraz!

Aleksandra też już miała się odezwać, ale zagrzmiałem potężnym głosem.

– NIE!

Spojrzeli na mnie w szoku.

– Nie uciekamy – oznajmiłem chłodno. – Nie możemy.

Aleksandra wstała z łzami w oczach.

– Jak to nie uciekamy?! Zrzucili bombę atomową! Musimy uciekać!

– A gdzie? – Zadałem bezduszne pytanie. – Równie dobrze, możemy być świadkami Końca Świata – oznajmiłem chłodno. – Choć wątpię, by posunęli się tak daleko.

Iwanow nie rozumiał, o czym mówiłem.

– Co?! O czym bredzisz?!

Westchnąłem.

– Amerykanie właśnie zrzucili bombę atomową na port w San Francisco. Ich celem nie było miasto samo w sobie, a nasze centrum logistyczne – wyciągnąłem papierosa z paczki. – Mają zamiar odciąć naszą drogę odwrotu.

– Ale bomba!

– Zrzucili ją na własne terytorium. Okupowane czy nie. Nasz system obronny. Freja i całą resztą, były przystosowane do odpowiadania na atak atomowy skierowany na nasze rodzinne ziemie… nie ziemie, na których sami operujemy – zapaliłem papierosa. – Wraz z tym uderzeniem, amerykanie udowodnili, że tak długo, jak zrzucają bomby na własne terytoria, Freja jest bezużyteczna. Właśnie straciliśmy naszego asa w rękawie… czeka nas paniczny, chaotyczny odwrót, jakiego nie widzieliśmy od wielkiej wojny pańszczyźnianej – wypuściłem dym nosem. – Całe zachodnie wybrzeże, opanuje chaos.

Iwanow stanął obok mnie, nadal zdezorientowany.

– Właśnie dlatego powinniśmy uciekać teraz. Kiedy nadal mamy szansę.

Wściekły rzuciłem się na niego i chwyciłem za mundur.

– I pozwolić uciec Enigmie?! Ha?! NIE! Nie pozwolę jej umknąć! Przyrzekłem, że ją dorwę.

– Oszaleliście Paraszenko?! – Iwanow nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. – A jak macie zamiar to zrobić?! To koniec! Inwazja zakończyła się porażką! Przegraliśmy! Niech mnie piekło pochłonie. Może i całą wojnę przegraliśmy!

Nie mogłem się z tym kłócić. Wraz z tą bombą, zasady tej wojny się zmieniły. A może zmieniły się wraz z moją miną? Nieważne. Tak czy inaczej, zwycięstwo ZSRR, stało się mniej prawdopodobne. Puściłem Iwanowa i zacząłem myśleć. Musiał być jakiś sposób. Nie mogłem dać się wystraszyć. Musiałem ją dorwać, nieważne co.

 

W tamtym momencie moje nowo narodzone szaleństwo, zapaliło ogień w mojej głowie. Wpadłem na szalony pomysł.

 

– Chaos… – szepnąłem. – Chaos jest odpowiedzią.

– Co? Co masz na myśli? – Aleksandra stanęła tuż obok. – Co z chaosem?

Pstryknąłem palcami.

– Wszędzie będzie teraz panował chaos. A kiedy wojna się skończy, a pewny jestem, że jesteśmy świadkami jego ostatniego aktu, chaos będzie władał tą częścią świata.

– I co z tego.

 

Szeroki uśmiech pojawił się na mojej twarzy.

– Nikt nie będzie miał pewnych informacji, kto przeżył, a kto umarł… – spojrzałem na naszą trójkę. – A czy trudno znaleźć dziś trójkę trupów bez najbliższej rodziny i przyjaciół?

 

Zrozumieli. Szeroki uśmiech pojawił się na mojej twarzy.

– Czas, żeby wilki, założyły owcze skóry!

Następne częściKomisar - 40 - FINAŁ

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Niby Czerwony się złamał, a zdołał obmyślić szalony, ale niemożliwy do realizacji plan... znowu mu się udało! XD Ale cała nadzieja w Enigmie i tajemniczym Krecie. Coś czuję, że ujawnisz go w zakończeniu i zaskoczysz mnie, mimo iż wytypowałem kandydata... Za rozdział leci 5. Zaskoczyłem się tą atomówką.

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Kapelusznik rok temu
    Finał już jest - ale chyba nie wyskoczy na głównej stronie xd
  • Pontàrú rok temu
    Fajny opis bąbnięcia. Obrazowy.
    Trzymasz w napięciu a widok lekko oszalałego Paraszenki jest unikatowy. Zostawiam 5 (a na marginesie powiem, że podczas tak długiego spotkania z komisarem (no bo 38 wcześniejszych części) i podczas tak dobrze znanego nam harakteru protagonisty, ten odcinek wypada naprawdę dobrze)
  • Nefer rok temu
    Tego, mimo wszystko, się nie spodziewałem. Z punktu widzenia Amerykanów ta bomba atomowa nie miała większego sensu strategicznego, a politycznie to samobójstwo dla administracji. Ale zawsze mógł się trafić jakiś oszołom w dowództwie. Bardzo udany rodział. Jezykowo też nieźle, korekta staranniejsza niż ostanimi czasy.
    Pozdrawiam
  • Agnieszka Gu 9 miesięcy temu
    Czemu to już prawie koniec tej serii?!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania