Z rozmaitości Czarownika Farloka: Wiele trupich oddechów i pogrzeb cz.1
Patryceusz z Farmaki dokonał żywota pod rozłożystym drzewem, które rosło nieopodal chałupy jeszcze zanim… w każdym razie długo. Wybył z łoża targany konwulsjami, wzmożoną potliwością i atakami gazów jelitowych. W porze wszelakiego rozkwitania korona milczącego świadka dawnych wydarzeń onieśmielała swym majestatem sąsiadujące miernoty krzewiaste i ledwo dygające pędraki aspirujące do miana drzew.
– Tu wszystko się zaczęło… – jęknął zachrypniętym głosem, przełknął w boleściach nadmiar flegmy gardłowej, po czym padł nieżywy.
***
Teoretyk wiedzy magicznej, wciąż młody i świeży na umyśle, ale nadto nieuposażony w nadmiar rozumu i talentu, Farlok zasiadł na przystani wędrowców, jednej z wielu ulokowanych na głównym trakcie do dużego ośrodka miejskiego, dokąd zmierzał na zarobek. Minęły ledwie dwa lata odkąd, pozbawiony większych ambicji, ukończył przybytek wyższego przyuczenia około czarodziejskiego. Kwaśnym posmakiem złości z lekką nutą poczciwej zgryzoty odbijał się teoretykowi tytuł Lebiody Drugiego Stopnia, jaki otrzymał zaledwie dwie pełnie od zakończenia edukacji. Jego poczciwy druh w niedoli, niejaki Zgryźlimor ledwie kilka dni na zad wybiegł z sali naczelnego zwierzchnika uczelni w trwodze i doskwierającym coraz mocniej bólem w prawej nodze. Wyrok był jasny, podstemplowany i nadto pozbawiony cech sprawiedliwości społecznej, w ocenie samego Zgryźlimora. Lebioda Trzeciego Stopnia. Oznaczało to wydalenie z uczelni w trybie natychmiastowym przy użyciu miotły biczującej. Czarownik Farlok, młody adept sztuki teoretycznej, oczami wspomnień przywołał scenę, kiedy stojąc na korytarzu widział w oknie osmolonym nieco dymem postać Zgryźlimora smaganego miotłą po plecach w celu przegnania z terenu uczelni, co było nakazane dekretem nakazującym.
Lawina wspomnień i doskwierająca jej zgaga poczęły atakować ze zdwojoną siłą, gdy nagle nad głową Farloka zawisło szarobure ptaszysko. Teoretyk wiedzy magicznej odebrał zamiary opierzonej gadziny jednotorowo, jako zrzut w pionie z celem jasnym. Odskoczył w stronę traktu, co z kolei spłoszyło nieco dwukonny zaprzęg handlowy, prowadzony przez wąsatego furmana z tylko jednym okiem.
– Gdzie leziesz, parszywku?! – zaintonował gniewnie woźnica, ściągając wodze.
Konie zatrzymały się pewnie, lecz nadal wykazywały wzmożony niepokój i chęć do nagłego zrywu przed siebie.
– Z wyższej konieczności powziąłem zamiar wtargnięcia – stwierdził pewnie Farlok.
– Życie ci niemiłe, młodziaku? Wyznaj swoje powody? Oziębłość ojcowską, puszczalskość matyczną?
Teoretyk zmierzył wzrokiem furmana, a ten tylko pokręcił zadowolony sumiastymi wąsami.
– Nie wam, wścibski staruchu – dodał po chwili Farlok.
– Furman jest jak wyrocznia, pchli wymoczku. Wasze młode łby jakby większe, a na pewno pustsze.
Nim wciąż nieobyty w słowie magicznym teoretyk zdołał wykombinować rasową odpowiedź, woźnica zakrzyknął i powóz ruszył pędem. Tymczasem szarobure ptaszysko z rodziny szponiastych wciąż zwisało nad Farlokiem, przyglądając się mu z ciekawością w ślepiach.
– Zrzucaj, skoroś przybyło. Ale wiedz, gadzino, że ani kosteczki po tobie nie zostawię!
Ptaszysko widząc, że człek zainteresował się jego osobą, poczęło prowokować nadmiernie odruch wymiotny aż do uwolnienia z trzewi zawartości właściwej, dla której znalazło się nad łbem teoretyka. Z dzioba więc splunęło kawałkiem zmiętolonego pergaminu, po czym odleciało. Farlok po początkowym zdziwieniu nachylił się nad wypluwką, powoli rozumiejąc, co zaszło przed momentem.
SYNU, DZIAD TWÓJ CZCIGODNY, CHOĆ OBŁĄKANY, PATRYCEUSZ, DOKONAŁ ŻYWOTA. POMIMO MEJ ODRAZY WIADOMEJ KU TWEJ OSOBIE, WZYWAM CIĘ ABYŚ W POCHÓWKU UCZESTNICZYŁ. CMENTARZYSKO GRZEBALNE WE WIOSCE GOUST’NIN.
Telegramy wypluwkowe były w czasach młodości dojrzalszej teoretyka wiedzy magicznej coraz większą rzadkością. Szponiaste ptaszyska przetrzebione klątwami zmuszającymi je do posłuszeństwa nie wystarczały już w potrzebach. Farlok wyrzucił telegram w krzaki i ruszył traktem przed siebie. Na drodze ku dużemu ośrodkowi miejskiemu znajdowała się mieścina o charakterze handlowym z predyspozycjami do handlu młodymi kurtyzanami, co w okolicach praktykowano nadal z lubością i namaszczeniem.
***
– Zlituj się, do diaska! Jeno kuztyzane zaciukałem. A to nawet człekiem zwać nie godzi się – skomlał w bólach niejaki Sebiskus z Moary, niewielkiej mieściny przelotnej na szerokim, bitym trakcie handlowym z częściowo zabezpieczonymi poboczami.
Telesfor zdążały do tej pory ułożyć trzy równe płaty skóry wycięte z prawego przedramienia gnidy, której miał wymierzyć osąd pozasądowy. Działał w skryciu osobowym, aby jego mała tajemnica nigdy nie ujrzała światła dnia. Nawet białogłowa z jednym okiem nie mogła ujrzeć go w trakcie wypełniania zadania. On, obdarzony swoistym talentem, przodownik magii i absolwent zasobnej w poziom edukacji uczelni magicznej, pozyskiwał dodatkowy denar, skórując bez litości gnidy parszywe, oślizgłe, zaplute i niehigieniczne.
– One, Sebiskusie, nie inaczej łkały z błagalnym wzrokiem wpatrzonym w twe zimne, pozbawione uczuć ludzkich, gdy zapocony gasiłeś ich płomienie żywota doczesnego – rzekł sprawozdawczym tonem Telesfor, zanurzając oręż pracy w substancji tajemniczej.
Winowajca miotał się na pryczy, związany sztywno pasami, przewracał oczami przekrwionymi do granic.
Telesfor stanął przed nim, wziął głęboki wdech i wsłuchał się w dźwięk kapiącej na kamienną posadzkę krwi Sebiskusa. Zmierzał do rozpoczęcia kolejnego etapu, kiedy przez niewielkie okienko lochu, w jakim się znajdowali, do środka wleciało ptaszysko. Z miejsca przyuważając Telesfora, zaczęło odruchem wymiotnym opróżniać trzewia z zawartości. Po wszystkim, zamiast jednak odlecieć, zamroczone półmrokiem izby poczęło w konwulsjach słaniać się na skrzydłach, aż w końcu padło martwe w rogu.
Telesfor wiedział, co oznaczała wizyta opierzonego duraka z rodziny szponiastych. Wziął lepki telegram i odczytał z namaszczeniem. Po wszystkim zaś zakomunikował swemu zleceniodawcy, iż kara została wymierzona, a on, po odebraniu należności niezwłocznie oddali się z mieściny.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania