Z rozmaitości Czarownika Farloka: Kto ma na pieńku z Najwyższym Taboretem cz.6
Prędkowiej, kmieć zasobny w tanią siłę roboczą w postaci wsiowych wyrobników służalczych i ich dziatek oraz denar dobrej próby zasiadł w fotelu i sącząc skrzętnie pozyskany trunek radował się swą przebiegłością nadludzką. Któż by przypuszczał, że w jego tak starannie hodowanej na strachu, karach cielesnych i obelżywych pomówieniach trzódce zalęgnie się ziarno nieprawości. Więcej! Istny chwast plenny, zdolny zatruć każdą kolejną służalczą mordkę, dzielnie wypełniającą swą powinność – beznadziejną harówkę za miskę żarcia. Kolejny łyk złocistego eliksiru wypełnił przełyk Prędkowieja, co sprawiło otyłemu kmieciowi niesłychaną przyjemność, aż zadrżał z podniety. Cena za pakt z samym Czarnym Piechurem mogła wydawać się początkowo wysoka. Ale teraz? Może i stracił swą żonę ukochaną, czworo dziatek w przeciągu pięciu dni, a na koniec własnymi oczyma oglądał jak w ogniu z samych czeluści niegodziwości płoną jego kuzyni. Teraz jednakże, usiadłszy w fotelu obszytym skórą zwierza futrowego, w swej posiadłości, nie czuł smutku, żalu ani innych skutków ubocznych. Ach, jakże był przebiegły. Nieopierzyn, łapserdak łasy na denar, nieuczciwy, niegodziwy w zamiarach. Jakże to taki młodzian, niby to prosty, niby zaszczuty i pokorny, a jednak zdradziecki. Zrządzeniem losu popełnił błąd podstawowy, wypuszczając z rąk zdobycz na oczach Prędkowieja. Poruszył się tłuścioch nalany aby pozycję dla wygody poprawić. Potem wydoił kolejne łyki trunku i znów na mordzie oblepionej zwałami podskórnego tłuszczu zagościł uśmiech. Chociaż rodziciele i większość rodzeństwa Nieopierzyna dawno uległa przeobrażeniu na lokalnym cmentarzysku grzebalnym, pozostawał jeden, któremu Prędkowiej zasądził los z miejsca.
– Twoja kolej, Sknerowąsie – rzekł unosząc puchar otłuszczonym łapskiem. – Nim świt nas powita posmakujesz bólu z dzioba mojego wysłannika.
***
Mag Ankietus, najmłodszy z Rady, pełen wątpliwości i niejasnych myśli galopujących po umyśle przysiadł w rogu korytarza na kamiennym stołku. Potrzebował czasu by przetrawić sytuację i nieprzychylnych mu wydarzeń kumulację. Podparł więc głowę na dłoniach, a łokcie usadowił wygodnie na kolanach. W takiej oto pozycji zamierzał dumać, wszak do ostatecznego głosowania było jeszcze trochę zapasu.
– Wybacz, Panie, nie przyuważyłem, że ktoś tu jest – rozległ się z nagła głos od strony skąd Ankietus przybył.
Klucznik Jeremiasz z rodu kluczników stał w pokornej pozie z pochyloną głową i czekał.
– Nie twoja wina – rzekł mag w końcu.
Na te słowa klucznik wyraźnie odżył, zapewne odganiając myśli o niechybnej karze w postaci chłosty czy też obcięcia trzech palców prawej dłoni. Ostatnią metodę Ankietus poznał ze starożytnych ksiąg, które opisywały ją jako pożądaną sankcję za naruszenie spokoju Maga Rady.
– Ślepia me już nie tak bystre jak ongiś – kajał się ponownie klucznik. – Proszę…
– Ukróć te lamenty. Nie mam zamiaru pozbawiać cię palców, kluczniku – zapewnił nieco już zmęczonym głosem Ankietus.
Jeremiasz przytaknął.
– A więc znasz, co mi grozi za tę niefrasobliwość potworną.
– Owszem, lecz to stare dzieje, zamierzchłe. Słusznie pokrył je kurz dziejów, tak jak i księgi starożytne, skąd wiedzę nabyłem.
– Znaj, Panie, iż ojciec mój czcigodny odkąd pamiętam, nosił brzemię swego niedopatrzenia. Opowiadał mi po wielokroć tę historię, jako przestrogę i naukę. Bardzo nie chciał abym skończył podobnie.
Ankietus zmarszczył brwi przyprószone lekko młodomagiczną siwizną, ledwie zauważalną, a w półmroku, gdzie zasiadł zupełnie niewykrywalną.
– Opowiedz mi – powiedział.
Jeremiasz jednak posmutniał i ponownie przyjął pokornę pozę.
– Nie wystawiaj mnie na próbę, Panie. Wiem, że źle zrobiłem. Proszę, daj mi szansę – powiedział z niemałą trwogą w głosie.
Maga na te słowa zbaraniał wyraźnie.
– Twierdził, kluczniku, że moją intencją jest doprowadzić cię ścieżką okrężną ku zgubie? – zapytał twardo.
– Ależ nie – odparł Jeremiasz.
– Mówże, rozkazuję ci.
Klucznik dygnął znerwicowany, lecz jak przystało na sługę posłusznego, począł mówić.
– A więc to był Pierun? – zapytał po wysłuchaniu Ankietus, na co klucznik nerwowo przytaknął, pełen bojaźni.
– Ojciec mój naruszył spokój wielkiego maga. Za co poniósł karę odpowiednią, tak jak napisano w księgach pradawnych.
– Nie trwóż się, Jeremiaszu. Na mnie czas – odparł mag, po czym ruszył pewnym krokiem w stronę sali obrad.
***
– Co za licho gnuśne! – zawołał z niesmakiem Sknerowąs. Chód nie należał do jego ulubionych aktywności. Nawet popęd za dziewojami by spłatę w naturze otrzymać brzydził go, gdyż z nadmiernym wysiłkiem nóg się kojarzył.
Szli w blasku jednego, mizernego lampionu pustym traktem, nasłuchując dźwięków leśnych ostępów.
Papa Zgred regularnie popędzał swój łup, za który miał obłowić się jak nigdy dotąd. Teoretyk wiedzy magicznej, Farlok obmyślając sobie naprzykrzanie się oprawcy, bez ceregieli to zwalniał, to zatrzymywał się jak wryty. A widząc rosnącą złość łowcy, nie zamierzał rezygnować z planu.
– Myślisz, łepska kanalio, że takie zagrywki na mnie działają? Jesteś już zdechły! – warknął Zgred popychając mocniej maga.
– Nie ty o tym zdecydujesz, wiejski najemniku – rzekł spokojnym tonem Farlok.
– A denar mój będzie – zaśmiał się z satysfakcją łowczy.
– Nasz, wspólniku – dodał kwaśno Sknerowąs.
– Owszem, wszak wspólna dola i równy podział, przyjacielu – odparł obronnie łowca.
Farlok spojrzał na oprawcę z ciekawością. Wyczuwał w nim niecne zamiary, jakie Zgred czynił w swym móżdżku miernym ku wspólnikowi. Przy pierwszej okazji będzie zdolny skrócić Sknerowąsa o głowę, pomyślał teoretyk wiedzy magicznej. Albo o przyrząd męskiej jurności, dodał po chwili. Ach, gdyby nie ta klątwa przebrzydła, tak uporczywie skuteczna. Już Farlok kminił w pamięci zaklęcie do odczytywania myśli i wnikania w nie z prostotą godną dziecięcej niewinności. Poczucie magicznej wartości miał bowiem niezachwiane. Nic jednak po tym, gdyż ambicje ucieczkowe twardym obuchem niszczyła myśl stręcząca, że klątwa gnuśna swe łapska na mocy teoretyka położyła.
Idący przodem Sknerowąs, zauważając liche resztki budowli inżynieryjnej o nieskomplikowanym poziomie wzniesienia przypomniał sobie, iż ustępu od pewnego czasu wyczekiwał.
– Życie ci zbrzydło, towarzyszu doli? – zapytał Zgred, widząc jak jego kompan zbacza z traktu ku ruderze na uboczu. – Licho wie, co czai się w ciemności.
– Ja za to wiem, co w mych kiszkach uporczywie rwie się na świat – odparł Sknerowąs, znikając za winklem rudery.
Po wyegzekwowaniu rozkazu zrzutu w trybie nagłym powrócił prędko z zarośli słysząc po wielokroć zawołania zwierzęce za plecami.
– Przeklęte ciemności. Ruszajmy raźno – zarządził łowczy smagając niepochlebnymi spojrzeniami lico Farloka.
Uszli pewne dziesięć kroków, kiedy zza pleców dobył się rumor galopu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania