Pokaż listęUkryj listę

Z rozmaitości Czarownika Farloka: Wiele trupich oddechów i pogrzeb cz.2

    ***

Czarownik Farlok odsypiał kolejną porcję zmęczenia w powozie komercyjnym, którym zamierzał dotrzeć do Farmaki. Stamtąd zaś gościńcem ledwie bitym, a nadto zachwaszczonym należało piechotą pokonać dystans, by u celu się znaleźć. Był to bodaj czwarty raz, kiedy teoretyk wiedzy magicznej zasnął po kolejnym epizodzie przebudzenia. W końcu woźnica ryknął z flegmą, iż cel podróży jest blisko. Niedługo potem byli na miejscu. W Farmaki zajazd dla komercyjnych przewozów był zadbany, nadto posiadał karczmę i przybytek uciech cielesnych. Farlok z żalem odstąpił od potrzeb jurnych i ruszył z miejsca do Goust’nin. Jeszcze w granicach Farmaki zdążył odpędzić się od jednej namolnej kurtyzany i dwóch piskliwych wróżek matowych – jedynego gatunku wróżek, który mógł spać spokojnie w świecie tak mocno lubującym światło ich lśniących w mroku i półmroku krewniaczek. 

– Nie bądź lebioda, dołącz do Zgromadzenia Jednogatunkowego! – brzęczała jedna z nich. 

– Zmykaj, piskliwa gangreno – syknął Farlok przyspieszając kroku. 

– Wasz czas niedługo dobiegnie kresu, dwunogie, nielotne paszkwile! Role się odwrócą! 

Teoretyk nic nie robił sobie z pisków wróżkowych. Zresztą po dziesięciu krokach prawie ich nie słyszał. 

Cmentarzysko grzebalne dla częściowo obłąkanych znajdowało się w zaroślach, z dala od zabudowań. Prowadziła doń wąska ścieżka wydeptana w leśnym runie. Samo cmentarzysko zaś było skupiskiem niszczejących kamiennych narzut i nieco wyższych znaczników. Przekraczając bramę, Farlok poczuł nieodparty gniew. Jego źródłem był w dużej mierze widok ojca, Kariewela, stojącego wraz z babką Farloka i służebnym grzebakiem cmentarnym – zgarbionym i osowiałym. Obok zaś spoczęła na podeście skrzynia trupia, w której złożono ciało Patryceusza. 

– Oto jestem, ojcze – powiedział Farlok stając po drugiej stronie skrzyni. 

Kariewel, człek w wieku poprodukcyjnym, z symptomami niedomagania hormonalnego, skrzywił się na te słowa wyraźnie. 

– Oczy me łkają, widząc twe lico parszywe, drugi synu mój. Jakże ciężko stać nad ciałem ojca mego, nie chcąc klepać przy okazji zdatnej i twego. 

– Na co oczekujesz? Czyżby ktoś miał jeszcze do nas dołączyć?

Kariewel jakby ożywił się nieco na to pytanie. Po czym w tym samym momencie postać wzgardzona przez teoretyka wiedzy magicznej stawiła się w bramie cmentarnej. 

Telesfor podszedł do zgromadzonych prężąc pierś dumnie. 

– Wzywałeś mnie ojcze. Oto jestem – powiedział głosem ciężkim, pełnym ambicji. 

Kariewel przytaknął i spojrzał na służebnego grzebaka. 

– Oto czas, gadzino – powiedział, a pokorny wyrobnik, prężąc resztki mięśni począł wtarabaniać skrzynię z trupem Patryceusza do dołu grzebalnego. 

Farlok czuł potrzebę konfrontacji z tym, którego uważał za kanalię nad kanaliami. Który nawet w porównaniu z Kariewelem i Patryceuszem nie mógł równać się w aktach pozbawionych szacunku dla teoretyka wiedzy magicznej. 

– Wiem, co odczuwasz – rzekł Telesfor, świdrując oczyma togę Farloka. – Czuję twój prymitywny gniew pozbawionego talentu, prymitywnego chwasta. Pielęgnuj go do woli. Nic ci po nim, Farloku. 

Teoretyk szykował usta do dłuższego wywodu, lecz wtedy rozważania przerwał Kariewel. 

– Oto wola moja i mojego ojca, którą mi przekazał, a ja swą powinność ku wam wypełniam. 

Telesfor nieco zbity z tropu tą nagłą wiadomością, chwilowo poluzował wodze swojej niedoścignionej pewności siebie. 

– Przeklinam was, synowie moi, jak i dziad wasz przeklął was za życia, choć nie zdążyliście doświadczyć tego. Przewlekłe miernoty. Ty, Telesforze, gnuśny, pozbawiony iskry jurności patałachu, przeklinam cię! Ty, Farloku, lebiodo wszechlebiod, beztalenciu nieuleczalny, przeklinam cię! 

Głos Kariewela niósł się echem po cmentarzysku i nieco dalej za jego granice. Zatrwożony służebny grzebak ruszył do ucieczki, wszak umysł jego w ciemnocie zabobonnej się obracał. 

– Przysięga spełniona – rzekł po krótkiej przerwie Kariewel i odszedł od grobu, zostawiając nad nim swych synów i matkę przejętą boleściami żalu i samotności. 

                                                        ***

Gdy nastał wieczór, teoretyk wiedzy magicznej przebywał w karczmie dobrze zaopatrzonej znajdującej się u wylotu głównego traktu z Farmaki. Po zachodzie stołowało się tam wielu drobnych mieszczuchów i kilku służebnych najemników. Czarownik Farlok sączył leniwie piwo z przystępnego kufla, lustrując wnętrze karczmy bez większego zainteresowania. Głód braku konfrontacji z Telesforem dawał o sobie znać. Ponadto co chwila nachodziły maga przystępne wiekowo i zasobne w dobrodziejstwa natury kobiecej białogłowe, ponętnie kusząc za niewielką opłatę przyjemnościami iście boskimi. Farlok nie zamierzał jednak pozbywać się denaru, którego wciąż miał w niedomiarze. Zamierzał skorzystać z wolnych izb noclegowych, by z rana ruszyć w drogę za przysługami płatnymi. Dopił więc piwo do końca i wstał od stołu, kierując się na piętro. 

– Zmęczonym piechurom usłuże dłońmi swymi – wyszeptała do ucha maga ponętna kurtyzana. 

– Zbywam cię, wszetecznico, albowiem jedzie ci z paszczy grzybicą – rzekł Farlok, nieomal ziewając przeciągle. 

Niezrażony niepochlebnymi komentarzami białogłowej ruszył schodami do izb noclegowych. 

                                                   ***

Cmentarzysko dla częściowo obłąkanych w mroku nocy emanowało energią trupiego jadu pomieszaną z subtelnym zapachem procesów gnilnych wydobywających się ze świeżych, płytkich grobów. Wokół kamiennego muru grasowały rudawe pomioty padlinożerne, a ponad koronami drzew czatowały w skupieniu i bezruchu skrzydlate łachudry. Żadne wieśniak i pospolity mieszczuch nie zapuszczał się w te rejony o tej porze. Mawiano o ludożercach czworonożnych, dziatki nieposłuszne karano na dobranoc opowieściami i jednonogich zjawach, które wywoływały nagminne ataki nocnego moczenia się do trzynastego roku życia, o ile pierw nie bachor nie wykitował na przewlekłą gorączkę. 

Tamtej nocy, gdy byty mroku grasowały z lubością, w bramie cmentarnej stanęła postać pełna determinacji. Przekroczyła ją i ruszyła przed siebie pewnym krokiem. Wszystko działo się szybko i z udziałem niegodziwych mocy, parszywych słów i archaicznych gestów. Cmentarzysko zaczęło oddychać.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania