Stary przyjaciel część 5. Star Wars

Dolinę wypełnił dźwięk silników startujących kanonierek i myśliwców. Tumany pomarańczowego pyłu poderwały się z ziemi przysłaniając widoczność. Przy wejściu do kanionu ustawił się oddział klonów gotowych to starcia z wrogiem.

Asaro widziała jak Treeke wskakuje do brązowego myśliwca i powoli odlatuje by zniknąć za pionową kamienną ścianą. Widziała też jak ludzie Valkirii zajmują miejsca zaraz za klonami, przygotowując się do wyjścia.

Oprócz motoropodobnych pojazdów, na których jak Asaro zauważyła siedziały po dwie osoby, mieszkańcy planety Qish posiadali lewitujący nisko nad ziemią czołg, nieco podobny do tego używanego przez droidy, jednak węższy i mniejszy. Przy prawej jego ścianie stała Valkiria dając oddziałom znak do wymarszu.

Pierwsza do kanionu weszła grupa klonów eskortowana przez pojazdy twi’leków. Asaro szła zaraz za małym czołgiem. Za sobą słyszała ciche stękanie siłowników małych, dwunożnych łazików typu AT-RT. Na samym kocu wkraczającej do kanionu kolumny, znajdowały się czołgi typu AT-TE. Na razie mieściły się dwa takie obok siebie, lecz Asaro wiedziała, że za niedługo czeka ich mocne zwężenie kanionu.

Zapobiegawczo sprawdziła położenie swoich mieczy. Dwie srebrne matowe rączki wisiały przypięte do czarnego paska. Usłyszała dźwięk dobiegający z jej komunikatora. Podniosła urządzenie do ust.

 

*

 

- Tak, zauważyli nas – powiedział Treeke. – Na razie jesteśmy poza zasięgiem dział przeciwlotniczych. Według wstępnych obliczeń możemy podlecieć jeszcze spory kawałek zanim wyładujemy piechotę.

- Dobrze, lećcie jak najdalej można, ale nie przesadzajcie, rozumiesz? – odpowiedział głos w komunikatorze. – Żadnego zbędnego narażania się!

- Tak jest! – Rozmowa została zakończona. Treeke wytarł pojawiające się na czole kropelki potu. Słońce ledwo wzeszło a już odczuć można było szybki wzrost temperatury.

„To będzie gorąca bitwa” pomyślał.

 

*

 

Maszerowali już dość długo. Jak przewidywano wąwóz stał się na tyle wąski, że czołgi musiały iść jeden za drugim. Znad wysokich, kamiennych ścian widać było już fragment słońca. Asaro musiała przyznać, że walka w takich warunkach będzie sporym wyzwaniem.

Zdjęła z siebie szarą pelerynę. Zatrzymała się na chwilę, czekając aż jeden z czołgów podejdzie bliżej. Szybkim skokiem znalazła się na dachu. Dwoma kopnięciami szarych kozaków zapukała w metalowe poszycie kabiny pilota. Właz na dachu sześcionożnego pojazdu otworzył się, a Asaro ukazała się postać w białym hełmie.

- Weźcie to wrzućcie gdzieś tam do was – poprosiła klona. Żołnierz posłusznie zabrał od Jedi szatę i zniknął wewnątrz maszyny. Asaro wyprostowała się i oparła zaciśnięte pięści na biodrach. Spojrzała wzdłuż pomarańczowych, piaskowcowych ścian.

Szybko przyklęknęła przy otwartym włazie.

- Hej, dajcie mi lornetkę! Migiem! – krzyknęła. Biała postać znów wychynęła z czołgu. Asaro szybko chwyciła podane jej urządzenie.

- Idą! Droidy idą! Wszyscy na pozycje!

Oddała lornetkę klonowi i zeskoczyła z czołgu. Pobiegła w stronę czoła kolumny. Dogoniła maszerujący na przedzie oddział. Widziała jak Valkiria wydaje rozkazy swoim ludziom.

Teraz wroga widać już było gołym okiem. Czerwone pociski wypełniły całą przestrzeń między ścianami kanionu.

- Na boki! Już, już! – wykrzyczała Valkiria. Asaro zobaczyła jak dwuosobowe pojazdy dokonują transformacji. Wąskie kadłuby rozdzielały się na dwie płozy połączone siedziskiem osadzonym na żyroskopie. Pojazdy podzieliły się na dwie grupy, zbliżające się szybko do ścian wąwozu. Jedi ze zdumieniem zobaczyła jak maszyny wjeżdżają na ściany. Siedziska pilotów obracały się o dziewięćdziesiąt stopni a motocykle wspinały się po ścianach. Teraz zrozumiała, po co był drugi pilot. Jak się okazało nie był to pilot a strzelec. Dopiero teraz Asaro zauważyła niewielkie wieżyczki z podwójnymi działkami blasterowymi.

Rozpoczęła się bitwa. Jedi chwyciła za miecze i wbiegła między walczące na pierwszej linii klony. Szybkimi ruchami odbijała nadlatujące pociski. Z każdą sekundą byli coraz bliżej wroga. Dystans zmniejszał się w zatrważającym tempie. Asaro usłyszała strzały z ciężkich dział czołgów, które za przykładem ścianocykli (tak zdążyła je sobie w głowie nazwać) również wspięły się na mury skalnego korytarza.

Co chwila słychać było wybuchy a cały wąwóz spowijały tumany pomarańczowego pyłu. W końcu nastał ten moment. Dwie armie się zderzyły.

 

*

 

- Musimy lądować! – usłyszał Treeke w komunikatorze. – Jeszcze chwila i znajdziemy się w zasięgu dział.

- Dobrze, lądujcie!

Kanonierki obniżyły lot by w końcu wylądować na płaskich skałach. Szybko wyskakujący żołnierze ustawiali się w zorganizowane grupy. Myśliwce zaczęły kołować nad zgromadzonymi wojakami. Wszystkimi kierował Pike

- Dobra, skupienie! Tu jest pełno tych dziwnych stworzeń a do Doliny Kanori został nam szmat drogi. Teraz jest najgorszy moment. Musimy przebić się przez nory i do pokonania zostanie już tylko pole minowe!

Gdy skończył mówić ziemia zadrżała. Pike odwrócił się natychmiast i zobaczył pędzące w ich stronę dwa dwunożne stworzenia. Ich grube pazury wbijały się i kruszyły skałę. Przy każdym ryku widać było rzędy ostrych i cienkich jak noże zębów. Zdawały się nie mieć przednich łap. Na końcu krótkiego, mocno umięśnionego ciała znajdowały się dwa ogony pokryte niezliczoną ilością kolców.

- Wszyscy ognia!

Na komendę kapitana zewsząd zaczęły nadlatywać niebieskie pociski. Kanonierki poderwały się do lotu. Stworzenia nie ustępowały pomimo silnego ostrzału. Pociski zdawały się nic im nie robić. Kanonierki ruszyły do ataku. Z zamontowanych po bokach dział co chwila wylatywały silne, zielone promienie laserów. Trafione bestie zaczęły ryczeć jeszcze przeraźliwiej. Pike zobaczył jak jednej z nich odpadł spory kawał grubej skóry. Potwór zaryczał. Jak się okazało, Qurraki miały jednak łapy, tyle że trzymały je blisko przy ciele, tak że na pierwszy rzut oka były niewidoczne. Teraz Pike zobaczył jak potężne łapska kruszą piaskowiec, gdy jedna z bestii zaczęła kopać sobie drogę odwrotu. Zanim stwór zniknął pod ziemią potężny strzał z nadlatującej kanonierki przepalił się przez jej skórę. Potwór padł na boku opierając się o ścianę wydrążonej jaskini. Drugi z Qurraków przepadł bez śladu. Pike odetchnął z ulgą. Musiał przyznać, że były to jedne z najstraszniejszych bestii z jakimi przyszło mu się zmierzyć.

- A ja myślałem, że Qurraki to takie przerośnięte kury – wymamrotał stojący obok Lifted, dzierżący w dłoni jeszcze dymiący karabin obrotowy.

- Niby czemu? – spytał Pike.

- Qurraki, kuraki? Nie sądzisz? Kuraki! Takie duże kurczaki! – Pike spojrzał na niego z wyrazem twarzy, którego Lifted nie mógł odczytać spod białego hełmu.

- Wszyscy zbierać się! Mamy kupę drogi do przebycia.

 

*

 

Treeke widział z myśliwca jak kanonierki doskonale poradziły sobie ze stworami. Podczas walki odebrał wiadomość od swojej mistrzyni, że i u nich bój trwa w najlepsze. Teraz po raz kolejny rozległ się dźwięk komunikatora.

- Tu generał Treeke.

- Melduje się kapitan Umbra. Przybyliśmy do układu Qish jednak mamy spore problemy z przełamaniem obrony separatystów. W miarę możliwości prosilibyśmy o pomoc.

Treeke spojrzał na stojących na ziemi żołnierzy. Jasne było, że eskorta myśliwców już na nic się nie zda.

- Zieloni! Lecimy pomóc krążownikowi.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Kapelusznik pół roku temu
    Ok. kolejny krótki rozdział
    Same plusy za pomysł z tymi motorami co po ścianach łażą
    ciekawy pomysł - choć dość wyspecjalizowany - nie widzę możliwości powszechnego używania tych pojazdów jeśli mogą strzelać tylko wspinając się po ścianach.
    Miło ze dodałaś kanonierki, a Treke rozumie podstawową taktykę i logikę
    Zobaczymy co dalej
    5 na zachętę
    Pozdrawiam
    Kapelusznik
  • Pontàrú pół roku temu
    Te motorki to specjalne wynalazki planety Qish która z grubsza jest kamienną pustynią pełną wąwozów pozostałych po rzekach także ten rodzaj uzbrojenia jest przydatny do walki w takich warunkach. Poza tym, kto powiedział, że nie mogą strzelać będąc na ziemi :)
    Miło, że wpadłeś

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania