Inne kolory życia - część XXXIII
23 września, 2011, Felek Czerwiński
Poczuł mrowienie w kieszeni. Komórka wibrowała długo, zanim ucichła.
– Nie odbierzesz? – zapytał Damian.
– Na przerwie. Nie ma potrzeby.
Po dzwonku Felek odszedł w stronę toalet. Znalazł kąt bez grona nieuprzywilejowanych gapiów i słuchaczy i zadzwonił pod pierwszy numer z sekcji w nieodebranych. Po dwóch sygnałach odezwał się znajomy głos.
– W piórka obrosłeś za bardzo, gówniaku? Odbieraj komórę na już, czaisz?
Felek wziął głęboki oddech. Nie mógł pozwolić, aby znów wyszedł na frajera.
– Zajęty byłem – odparł.
– Nie fikaj, bo sobie łepetynę potłuczesz.
Gdzieś w tle Felek usłyszał charczący śmiech tego drugiego przygłupa z niedostatkiem szkliwa na resztkach pożółkłych zębów.
– Zwijaj się z budy za pół godziny. Jedziemy na robotę.
– Miało być po lekcjach.
– Ale się zesrało. Majster dzwonił, góra chce kasę wcześniej. Chyba że peniasz, co?
– Będę za pół godziny przed szkołą – odparł, starając się wypaść maksymalnie naturalnie, bez emocji, bez niepewnego, drżącego głosu małolata, który marzy o czymś więcej niż to, co go otacza.
– Git, czarny sedan jak zwykle.
Po sygnale oznajmującym zakończenie połączenia Felicjan Czerwiński usiadł na ławce obok. Nachylił się do przodu, opierając ręce udach. Pierwszy raz wspomnieli o „górze”. O tych, którzy zawsze są piętro wyżej, kiedy myślisz, że właśnie zdobyłeś szczyt. I nikt tak naprawdę nie wie, kto pociąga za ostatecznie sznurki, zwykły facet w jakiejś niepozornej willi, a może sam Bóg. Majster były pionkiem, takim sam jak Felek, Szyja czy Dekiel. A dla kogoś wyżej znaczył jeszcze mniej. Może nawet mniej niż nawóz na kwiaty lub puszka po coli turlająca się chodnikiem, smagana jesiennym wiatrem.
Nie mógł wrócić na lekcję. Do dzwonka zostały trzy minuty. Podszedł do Damiana. Ten wyglądał na zaniepokojonego, jakby przewidział, co Felek kombinuje.
– Zrywam się wcześniej, dzwonili do mnie.
– Wspominałem ci już, że jesteś debilem?
– Mówiłeś. Mam prośbę. Weź skitraj jakoś mój plecak. Nie wejdę do klasy już, zaraz dzwonek, a higienistka raczej mnie nie zwolni. Wykorzystałem już jej cierpliwość w tym roku szkolnym.
– A jeszcze wrzesień się nie skończył.
Felek uśmiechnął się lekko.
– Będzie git, szybka robota i po sprawie.
Damian spojrzał na zegarek. Minuta.
– Jeśli odwalisz coś…
– Nara, tylko skitraj go dobrze.
Zbiegł po schodach do szatni. Odczekał tam kilka minut po dzwonku, aby wszyscy nauczyciele z dyżurów udali się do klas albo pokoju nauczycielskiego. Potem wychylił się, aby sprawdzić, czy przy wejściu kręci się woźna. Droga wolna, najwyraźniej kobieta siedziała w swojej kanciapie, rozwiązując kolejny numer krzyżówek panoramicznych.
Wyszedł na podwórko szkolne i krótszym bokiem budynku skierował się w stronę bocznej furtki. Okna na nią wychodzące znajdowały się w salce komputerowej i starej hali gimnastycznej, która od lat pełniła funkcję auli dla występów szkolnego zespołu i wygłoszeń dyrektora.
Na ulicy znalazł jakąś ławkę i usiadł na niej. Miał jeszcze ponad kwadrans, aby wszystko przemyśleć. Wszystko oprócz zgody na udział w robocie. Tą już podjął i nie było odwrotu. Mógł tylko brnąć dalej, stawiając kolejne kroki pewnie, tak aby tamci uwierzyli, że się do tego nadaje. A czy on w to wierzył? Czy naprawdę był już tak pewny, po tym jak dowalił tamtemu lalusiowi? Bardziej wyglądało to, jakby maskował każdą wątpliwość sztucznym poczuciem odwagi, która może prysnąć w dowolnym momencie.
Ulicą, przy której siedział, zawsze wracał do domu. Była porośnięta starymi lipami, szeroka, z wyasfaltowanymi chodnikami pamiętającymi czasy gierkowskie. Zawsze kojarzyła mu się z okienkami, podczas których szli z Damianem do lodziarni nieopodal, mając w kieszeniach po piątce. Gałka kosztowała złoty pięćdziesiąt, potem złoty osiemdziesiąt, a pod koniec dobiła dwójki. Lodziarni już nie było. Właściciel zamknął ją po pożarze, dwa lata temu. Zostały tylko wspomnienia, ale teraz ich moc zmalała. Zbladły, skarlały. Siedział i czekał. Dziesięć minut, pięć. Trzy minuty przed czasem zauważył w oddali czarne auto. To oni. Też go widzieli. Podjechali do krawężnika przy ławce. Szyba od drzwi kierowcy opadał powoli.
– Siadaj, morda sama się nie obije. – Szyja uśmiechnął się chytrze. Felek starał się nie zwracać na to uwagi. Usiadł na tylnej kanapie. Auto ruszyło gwałtownie. Nie, nie było już odwrotu. Definitywnie.
Szyja skręcił z głównej drogi w lewo w stronę Wiór. Falek znał już tę okolicę. Po niedługim czasie dojechali pod bloki pegeerowskie we wsi. Na ławce przed jednym z nich siedziało dwóch staruszków. Obaj patrzyli na Felka jakby z niedowierzaniem, że może się wozić z takimi niedorobionymi typami. Nawet go nie znali. Choć równie dobrze mogli mieć słaby wzrok na tyle, że pomylili Felka z kimś, kto przewijał się tu często.
– Czekasz w aucie. A ty Dekiel dawaj, idziemy – powiedział Szyja.
Obaj zniknęli w klatce bloku, w którym mieszkał Majster. Felek siedział z rękami splecionymi między kolanami. W samochodzie śmierdziało szlugami i fetorem wczorajszego alkoholika, wpadającym lekko w zapach chloru na pływalni miejskiej. Ludziska przechodzące chodnikiem patrzyli na Felka podejrzliwym wzrokiem. Każdy wyglądał tu, jakby przeżył życie w większości na skraju nędzy i ubóstwa. Zapadnięte policzki, podkrążone oczy. Nieliczne kobiety maskowały te ślady warstwą makijażu. Nastolatek zastanawiał się, dlaczego zboczyli z trasy. Mieli jechać jak najszybciej na robotę. Szyja powiedział, że góra chce pieniądze.
Wrócili po kwadransie. Obaj uchachani od ucha do ucha. Po chwili z tej samej klatki wyszło jeszcze dwóch innych, nieznanych Felkowi facetów. Wsiedli do drugiego auta, czerwonej Škody z lat dziewięćdziesiątych. Kiedy Szyja ruszył, zaczęli jechać za nimi.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania