Inne kolory życia - część XXXII
28 września 2011 za Morowem
Przez krótką, ulotną chwilę, ksiądz Rzymczyk miał ochotę uśmiechnąć się szeroko. Pomyślał, że jeszcze nigdy nie złamał tylu przepisów ruchu drogowego w tak krótkim czasie. Jego Fiat Siena warczał zaciekle, ale pościg wciąż trwał. Rzymczyk był przekonany, że mają już niewiele czasu. Tamten facet mógł, i na pewno to zrobił, zadzwonić na policję.
– To się nie uda! – krzyknęła w pewnym momencie Bogumiła. Kobieta od jakiegoś czasu milczała, choć usta poruszały się delikatnie, jakby odmawiała w myślach różaniec.
– Zadzwonił pewnie po policję, jestem prawie pewny. Musimy go zgubić.
Siena nagle zahamowała gwałtownie. Proboszcz wpadł na ten pomysł chwilę przed i niewiele myśląc, wprowadził go w życie. Ścigający ich hatchback wykonał manewr wymijający, odbił w lewo. Droga w tym miejscu biegła po terenie bagnistym, na dość wysokim nasypie. Umiarkowany zakręt szedł w prawą stronę. Niedawne prace przy czyszczeniu rowów sprawiły, że stały się jeszcze głębsze, a mimo to nikt nie pomyślał o zamontowaniu na poboczach barier ochronnych. Auto nie zdążyło wyhamować i runęło w bagno. Bogumiła zasłoniła twarz dłońmi.
– Boże, a jeśli on umarł? – zapytała prawie przez łzy.
Rzymczyk spojrzał z obowiązku w tylne lusterko i trochę zwolnił.
– Nic mu nie jest. Myśl o synu – odparł i dodał gazu.
Na miejsce dotarli kwadrans po czwartej rano. Cmentarz w Malwinowie pogrążony był w ciemności, w której tańczyły ogniki zniczy. Nad bramą cmentarną wisiała smętnie lampa z wybitym kloszem. Furta cmentarna była delikatnie otwarta. Siena zaparkowała po drugiej stronie jezdni, na ziemistym parkingu wzdłuż pobocza. Proboszcz razem z Bogumiłą postanowili, że Felek spocznie w grobowcu jej dziadków i ojca. Cmentarz parafialny w Malwinowie był położony na obrzeżach wioski, z dala od zabudowań. Nie miał monitoringu ani alarmu. Był typową wiejską nekropolią ze starymi topolami rosnącymi tu i ówdzie, ku złości parafian mających pod ich rozłożystymi koronami swoje pieczary.
Siedzieli długą chwilę w kompletnej ciszy. Oboje wpatrywali się w ciemność za przednią szybą, gdzie za płaszczem nocy rozciągało się pole.
– Musimy iść – powiedział Rzymczyk, chwytając za klamkę drzwi.
– I tak nas znajdą – odparła Bogumiła. – Kanister został, facet co nas ścigał, na pewno pozna samochód.
– Nie myśl o tym teraz. Musimy pochować ci syna, to jest najważniejsze.
Kobieta spojrzała na proboszcza. W jego oczach nie widziała strachu, jedynie palącą determinację.
– Zawieziemy go do kostnicy. Tak nie wolno. Byłam głupia i ślepa na wszystko. Edward miał rację. On…
– Jest zwykłym pijakiem! – wrzasnął Rzymczyk. – Jak śmiesz w ogóle stawiać jego zdanie wyżej od mojego!? To ja zawsze byłem przy tobie, rozmawiałem, słuchałem.
Bogumiła przełknęła nerwowo ślinę. Mężczyzna siedzący obok niej położył swoją dłoń na jej dłoni. Wzdrygnęła się na samą myśl o tym, co mogłoby to oznaczać.
– Edward jest moim mężem – powiedziała twardo zabierając dłoń spod dłoni Rzymczyka.
Proboszcz westchnął ciężko. Nie chciał tego robić, ale skoro wszystko szło właśnie w tym kierunku, nie miał wyboru.
Pisk opon ogłuszył go na moment. Złapał dłońmi za skronie i nachylił się, jakby chciał sprawdzić, czy zasznurował na pewno buty. Samochód minął jego kolebiące się w alkoholowym otumanieniu ciało. Pęd powietrza wystawił na próbę pijaną równowagę. Zatoczył się i omal nie wylądował w rowie.
– Edward? – zapytał głos. Facet wyskoczył z auta i już chciał cisnąć wiązankę bluzgów w stronę pijaka, ale wtedy rozpoznał w nim Czerwińskiego. – Co ty do cholery samobója chcesz strzelić? Słyszałem o Felku… straszna tragedia, ale na miłość boską! Boguśka cię potrzebuje, trzeźwego.
To był Michał Woźniak, kolega Edwarda z czasów samochodówki, do której chodzili obaj, jeden z niewielu, do którego Czerwiński miał numer telefonu i z którym trzymał kontakt. Czasami dzwonili do siebie, spotykali w dyskoncie na zakupach. Michał mieszkał w tej samej części miasta, ale nie w bloku, tylko jednorodzinnym domu teściów.
– Michaś, chodź, napijemy się – wycedził przez usta pijackim bełkotem.
– Nie daj się, Edek. Jakie licho cię tu wyciągnęło?
Czerwiński nie odpowiedział. Zaczął iść we wcześniej obranym kierunku bez słowa.
– Miasto to w drugą – stwierdził Michał. Stał jeszcze chwilę, czekając na odpowiedź Edwarda, ale kiedy zrozumiał, że ta nie nadejdzie, podbiegł do niego i zawrócił.
Czerwiński na początku opierał się, ale potem odpuścił i dał się zaciągnąć do auta Woźniaka.
– Zawiozę cię do mieszkania.
– Wstąp do… – zawiesił głos, jakby stracił wątek. – Po litra – dokończył.
Michał tylko pokręcił z niesmakiem głową. Granatowe Volvo ruszyło w stronę Morowa.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania