Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pamięć Pustkowia - prolog

Krew spływała wraz z leniwym nurtem rzeki. Zmącona tafla wody uspokoiła się, ukazując odbicie ciemnowłosej dziewczyny. Elisa z przejęciem dotykała nosa; skupiała na nim całą uwagę, której w ogóle nie poświęcała leżącym obok zwłokom.

 

Lorien pokręcił z niedowierzaniem głową. Ona, kurwa, nie jest normalna. Odwrócił wzrok i trącił butem głowę kolejnego trupa. Ciekawe, co to za błazny? Rzucili się na nas, zanim zdążyliśmy o cokolwiek zapytać. Uniósł brew, przyglądając się umazanej czerwienią, pokrytej tatuażami twarzy oraz kościanym ozdobom wplecionym we włosy.

 

– Chcę mieć mniejszy nos! – odezwała się niespodziewanie dziewczyna.

 

Lorien oderwał spojrzenie od zwłok i zerknął na towarzyszkę.

 

– Po chuj ci mniejszy nos?

 

– Mój jest za duży. Nie podoba mi się.

 

No mały nie jest, ale nie wygląda jakoś źle. Zjechał wzrokiem na jej smukłą szyję, wyrzeźbione ramiona, kształtny biust... Chociaż kijem bym tej wariatki nie dotknął.

 

– Poproś Weresa, żeby cię pocałował – powiedział, zatrzymując oczy na jej tyłku.

 

– Hee?

 

– Pamiętasz tę legendę, o wstrętnym ogrze i pięknej księżniczce? Księżniczka chyba nie za dobrze widziała, bo zakochała się w nim, pomimo że ryj miał szpetny, jakby ktoś nim w mur trzaskał od urodzenia.

 

– Zakochała się w jego dobrym sercu.

 

– Niech będzie, że w sercu. W każdym razie gdy w końcu go pocałowała, to ten zamienił się nagle w pięknego księcia.

 

Dziewczyna obróciła się do niego i przekrzywiła lekko głowę. Jej włosy płonęły w promieniach jesiennego słońca.

 

– I co z tego?

 

– Może jak ciebie pocałuje nasz książę to też zamienisz się z ogra w piękną księżni....

 

Lorien nie skończył, zmuszony uskoczyć przed lecącym sztyletem.

 

– Wariatka.

 

– Cham.

 

Chłopak prychnął w odpowiedzi i ponownie pochylił się nad zwłokami.

 

– Zobacz lepiej jakie ma urocze ozdóbki zaplątane w kudły. Będzie ci pięknie z tymi kosteczkami.

 

Zanurzył palce w świeżej krwi, rozmazał ją na twarzy. Dziewczyna przewróciła oczami.

 

– Jesteś obrzydliwy – stwierdziła bez przekonania w głosie.

 

Podeszła do następnych zwłok i zaczęła zdejmować z nich kożuch cuchnący krwią oraz niemytym ciałem. Zarzuciła go na siebie z obojętnością kogoś, kto wychowywał się na ulicy. Skrzywiła się tylko podczas wplatania we włosy fragmentu ludzkiej żuchwy. Na jej widok Lorien nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem.

 

– Powinnaś zabrać sobie tę szczękę na pamiątkę. Pasują ci te pożółkłe ząbeczki.

 

Elisa obrzuciła go wściekłym spojrzeniem. Na szczęście tym razem niczym nie rzucała.

 

– Zamknij się idioto, sam nie wyglądasz lepiej.

 

Lorien wyszczerzył się, związując czarne włosy na czubku głowy i wtykając weń kości.

 

Po chwili zaciągnęli zwłoki w krzaki i bez większego przekonania przykryli warstwą wyschniętych liści.

 

– Dobra, czas coś zjeść – stwierdził.

 

– Nie wierzę, znowu?

 

Lorien wzruszył ramionami. Gdyby tylko mógł, jadłby na okrągło. Nie miał pojęcia, jakim cudem wciąż pozostawał taki chudy. Może miało to związek z jego dzieciństwem? Odkąd pamiętał, zawsze był głodny. Szczurze truchła i zgniłe kartofle umożliwiały mu jedynie balansowanie na granicy życia i śmierci. Miałem szczęście, że spróbowałem okraść akurat Sinasa. Uśmiechnął się lekko, wracając wspomnieniami do dnia, w którym królewski mag złapał go za łachy i zawiózł do Gildii Asasynów. Przynajmniej od tego czasu mam co żreć. Przeciągnął się leniwie i zanim zarzucił bagaż na plecy, wyciągnął z niego suchar.

 

Korzystając z promieni zachodzącego słońca, powrócili w pobliże traktu, którym podążali przez ostatnie kilka dni. Wyglądało na to, że wreszcie dotarli do celu – koleiny wozów i ślady kopyt znikały w mroku groty, czerniejącej u podstawy gęsto zarośniętej góry.

 

– Nienawidzę lasu – burknęła Elisa, gdy schowani w krzakach, obserwowali wejście.

 

– Mhm.

 

Lorien rzucił szybkie spojrzenie na towarzyszkę i wrócił wzrokiem do toczącego się właśnie drogą wozu pełnego więźniów. Wyciągnął z kieszeni suszony pasek mięsa i władował do ust.

 

Elisa syknęła cicho, zabijając na policzku opitego krwią komara.

 

– Nie rozumiem, po co król wysłał zlecenie do Gildii, na wykonanie jakiegoś cholernego zwiadu. I to w dodatku na zadupiałych Rubieżach.

 

Chłopak wzruszył ramionami. Wyjazd poza mury śmierdzącego, zatłoczonego miasta zupełnie mu nie przeszkadzał. Tylko towarzystwo mam kiepskie.

 

– Ponoć wysłał wcześniej własnych zwiadowców, ale nie wrócili.

 

– Amatorzy.

 

Lorien znów wzruszył ramionami i ponownie skoncentrował się na drodze.

 

Wóz zatrzymał się wreszcie przed jaskinią. Na zewnątrz wysypali się uzbrojeni wojownicy, wyglądający równie dziwacznie, jak ci zabici wcześniej nad strumieniem. Do uszu chłopaka doleciało kilka słów. Skrzywił się. Tego narzecza niestety nie znał – brzmiało w jego uszach niczym szczekanie psa. I chuj. Wychodzi na to, że uczyłem się od złego barbarzyńcy. Do obstawy wozu podeszło pięciu cudaków. Ciekawe, czy wylazła tu cała obstawa wejścia, czy w środku jest ich jeszcze więcej. Z uwagą przyjrzał się okolicy, jednak nikogo nie zauważył.

 

Poczekali w krzakach do zmroku. Kiedy noc zapadła na dobre, Lorien podniósł się i ruszył przed siebie. Elisa stąpała za nim cicho, niczym kot.

 

Od wejścia biła migotliwa poświata ognia. Zabójcy nie mieli szans przedostać się do jaskini niezauważeni; nie miało to żadnego znaczenia. Chłopak wszedł do środka miękkim krokiem, ledwie słyszalnym nawet dla niego. Poczuł na skórze chłodny powiew niosący z sobą zapach wilgoci i czegoś jeszcze – czegoś nasuwającego na myśl cierpienie i śmierć. Nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Wojownicy, siedzący wokół ogniska, zerwali się na nogi, kiedy blask płomieni wykroił z mroku jego twarz. Sześciu.

 

Przymknął oczy, skupiając się na własnym ciele, na bijącym w piersi sercu, na płynącej w żyłach krwi, na oddechu. Gdy znów je otworzył, były zalane czernią.

 

– Mainn bhaalsuulell? Demhar sain bharlote nayparsalell?

 

Chłopak uśmiechnął się drapieżnie, zamachnął. Lecący w powietrzu sztylet w jednej chwili odbił blask ognia, by w następnej wejść miękko w oko pytającego. Krzyk gniewu i zaskoczenia zlał się z łoskotem upadającego ciała. Zanim strażnicy zdążyli zareagować, Lorien przyskoczył do kolejnego przeciwnika. Ciepła krew oblała mu dłoń, gdy wbił ostrze głęboko w trzewia i podciągnął je, docierając aż do mostka. Wyszarpnął nóż, odchylił się w uniku. Ostrze topora prawie musnęło jego twarz. W błyskawicznym skręcie zakleszczył trzymające je ramię, wbił stal w nerkę wojownika.

 

Kurwa. Lorien zrozumiał, że popełnił błąd, w tej samej chwili, w której ranny otworzył usta do krzyku. Wrzask utonął jednak w fontannie krwi. Chłopak zdążył dostrzec gniewne spojrzenie Elisy, gdy ta odwracała się, aby kontynuować swój zabójczy taniec. Poszukał wzrokiem następny cel, jednak ostatni z wojowników osuwał się właśnie na ziemię.

 

Chłopak wziął głęboki wdech i ponownie przymykając powieki, powoli wypuścił powietrze. Serce zwalniało niechętnie, mięśnie zakuły, domagając się uwagi, do oczu powróciła biel.

 

Lorien spojrzał na towarzyszkę, skinęła mu głową. Ruszyli biegiem, zagłębiając się w korytarz jaskini. Gdy doleciały ich pierwsze głosy, zwolnili. Szli dalej, nie kryjąc się. Większość napotkanych osób nie zwracała uwagi na dwie postacie, idące zdecydowanym krokiem środkiem drogi. Ich nieznane nikomu twarze, zakrywał cień.

 

Chłopak nie był pewien, ile czasu kluczyli we wnętrzu jaskini, kiedy po raz pierwszy usłyszał dobiegające z daleka odgłosy. Co te pojebane cudaki tu wyprawiają? Zerknął z ukosa na towarzyszkę, chcąc coś powiedzieć. Dziwnie cicha Elisa przyspieszyła kroku, a on podążył za nią w milczeniu. Odgłosy stawały się coraz wyraźniejsze. Oprócz wrzasków bólu i krzyków przerażenia dało się rozpoznać chór jednostajnych głosów, powtarzających nieznane słowa. W oddali zamigotał blask ognia.

 

Lorien, choć nie raz zabijał i nie raz był świadkiem kaźni, poczuł, jak powoli podnoszą mu się włoski na ciele. W tym miejscu było coś dziwnego, coś złego. Nie potrafił określić, co wywierało na niego taki wpływ. W szybkim kroku Elisy i jej napiętej sylwetce wyczytał, że i ona podziela jego niepokój.

 

Wreszcie dotarli do wylotu korytarza, przywarli do ściany i ostrożnie wyjrzeli na zewnątrz. Mieli szczęście. Przejście kończyło się wysoko w ścianie wielkiej, podziemnej komnaty, pozwalając bezpiecznie przyjrzeć się temu, co działo się w dole.

 

Pomieszczenie wypełniał tłum ludzi; blask ognisk oświetlał ich umazane krwią twarze i kościane ozdoby. Byli tam mężczyźni, kobiety, nawet dzieci. Powtarzając rytmicznie monotonne słowa, wpatrywali się w coś, co przypominało ubrudzony krwią, kamienny ołtarz, obok którego stała postać w długich, podbitych futrem szatach. Lorien zacisnął szczęki, dostrzegając zawieszony na jej szyi sznur dziecięcych czaszek. W twarzy umazanej szkarłatem błyskały białka oczu. Co się tutaj odpierdala? Postać przemawiała głosem pełnym uniesienia, wyciągając w górę zakrwawione ręce.

 

Uwagę chłopaka przykuł człowiek, stojący z tyłu za kapłanem. Skrywał on twarz pod kapturem zupełnie zwyczajnego podróżnego płaszcza. Płaszcza, których wiele widywało się na drogach Istengardu lub Trovii, lecz nie na Rubieżach. Człowiek ten stał z ramionami skrzyżowanymi na piersi i nieniepokojony przez nikogo spokojnie przyglądał się sytuacji. Ki czort?

 

Szamotania i krzyk znów zwróciła uwagę Loriena na ołtarz. Pomocnicy kapłana rozciągali na nim krzyczącego z przerażenia człowieka. Nóż opadł, krzyk się urwał.

 

Zabójca docenił profesjonalizm ciosu. Ostrze wbiło się w brzuch, przecięło przeponę, dosięgnęło serca. Ściekającą krew popłynęła rowkami wyżłobionymi w karmieniu. Zabarwiła znaki wyryte wszędzie wokół ołtarza. Chłopak przyjrzał się uważniej. Dopiero po chwili zrozumiał, na co patrzy – na wyrysowany w skale ogromny pentagram, powoli zapełniający się krwią ofiar. Król koniecznie musi się o tym dowiedzieć. I Sinas też.

 

Nagle przeszył go silny niepokój. Chłopak rozejrzał się. Byli dobrze ukryci, niewidoczni w półmroku; niemożliwe, aby ktokolwiek ich dostrzegł. A jednak niepokój był i wciąż narastał, wywoływany przeczuciem zbliżającego się niebezpieczeństwa.

 

Lorien dotknął ramienia towarzyszki, dając sygnał do odwrotu – przez lata nauczył się ufać swojej intuicji. Popatrzyła na niego, marszcząc brwi i pokręciła głową. Na nowo utkwiła wzrok w rozgrywającej się w dole scenie. Chłopak zgrzytnął zębami i podążył za jej spojrzeniem.

 

Dwóch rosłych mężczyzn prowadziło do kamiennego ołtarza szamoczącą się, przerażoną ofiarę. Chude ramiona starszej kobiety, zgniatane w potężnym uścisku oprawców. Grymas bólu, skowyt przerażenia. Chłopak patrzył, jak wloką ją i rzucają na kamień, niczym ochłap mięsa. Przytrzymują. Z ust kobiety wyrwał się krzyk – rozpaczliwa prośba o pomoc, o zmiłowanie. Błysnęło ostrze. Krzyk urwał się, przeszedł w rzężenie. Kapłan odłożył nóż. Wcisnął dłoń w ranę i wyszarpnął z niej wciąż bijące serce. Uniósł je wysoko, a jego ręce zabarwiły się szkarłatem. Krew ściekała również z ołtarza, płynęła wyrytymi w kamieniu rowkami, coraz bardziej wypełniając wyrysowany na posadzce pentagram.

 

Kapłan odwrócił się w kierunku skrytej pod kapturem postaci. Lecz postać ta nie patrzyła na niego; spoglądała w górę, prosto w oczy Loriena, choć nie miała prawa go dojrzeć. Serce zabójcy zaczęło bić szaleńczym tempem. Chłopak chciał zerwać się do ucieczki, zniknąć w bezpiecznym mroku korytarzy. Nie mógł. Własne ciało nie należało już do niego – wroga magia przejęła nad nim kontrolę.

Następne częściPamięć Pustkowia - rozdział I.I

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • natdem1998 dwa lata temu
    Cześć, OsMiornicaDave!
    Wow! Naprawdę ciekawie się zapowiada! Podoba mi się ten ciężki klimat Pustkowia. Sam tekst czytało mi się płynnie i przyjemnie. Chętnie zajrzę do kolejnych części.
    Pozdrawiam!
  • OsMiornicaDave dwa lata temu
    Dziękuję i zapraszam :)
  • Vespera dwa lata temu
    Melduję, iż przeczytane.
  • OsMiornicaDave dwa lata temu
    Świetnie, dziękuję ?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania