Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pamięć Pustkowia - rozdział 25

Chłopiec, zmęczony po całym dniu biegania po lesie, ułożył się wygodnie na pachnącym sianem senniku. Cieszył się na kolejny dzień. Zaczynała się wiosna. Zwierzęta dopiero od kilku dni mogły wychodzić na łąki i porykiwały radośnie. On również podzielał ich entuzjazm. W końcu zniknęły śniegi, a słońce zaczęło coraz bardziej przygrzewać. Młode trawki rosły soczyste i niesamowicie zielone, na drzewach rozkwitały pierwsze listki, a ptaki śpiewały jak oszalałe.

 

Chłopiec wiedział, że powinien pomagać więcej przy gospodarstwie, ale jego niespokojny duch po prostu nie mógł usiedzieć na miejscu. Przez zimę zdecydowanie zbyt dużo przebywał w zamknięciu. Rodzice łajali go za to, ale robili to raczej dla zasady. Wiedział, że wcale się nie gniewają. Jedynie mama zaczynała się o niego niepokoić, kiedy znikał na dłużej. Ze względu na nią starał się co jakiś czas pojawiać w obejściu. Zresztą zapachy dochodzące z kuchni przypominały mu wtedy, jaki jest głodny.

 

Tego dnia udało mu się znaleźć gniazdo ptaków. Były w nim trzy jajka z szarą skorupką i burymi plamkami. Postanowił sprawdzać codziennie, kiedy wyklują się pisklęta. Zdecydował, że pobiegnie tam zaraz po śniadaniu. A może jeszcze przed?

 

Przymknął oczy, szczęśliwy. Na łóżku obok niego siedziała mama i głaskała go czule po włosach, nucąc smutną piosenkę, którą z jakiegoś powodu bardzo lubiła. Zawsze znajdowała czas, żeby spędzić z nim chwilę przed zaśnięciem. Chłopiec zamknął oczy i po chwili spał już głęboko.

 

***

 

Miniona noc nie należała do najspokojniejszych. Co prawda upiory nie były w stanie przedrzeć się przez barierę i zakłócić spokoju obozowiska, ale co jakiś czas łowców budziło koszmarne wycie. Z daleka pojawiały się też błyski magicznego ognia. Towarzysze Sarezedasa starali się radzić z zagrożeniem, jak tylko umieli.

 

W końcu, wraz ze wschodem słońca, hałasy ucichły.

 

Całe szczęście, że Nero zdążył wyrysować runy. Przynajmniej teraz mamy już pewność, że naprawdę działają – pomyślał Roger.

 

Dorzucił do ogniska i zerknął w jego stronę. Uśmiechnął się z rozbawieniem na widok Catriony. Dziewczyna spała głęboko, wtulona w ciągle nieświadomego niczego nocnego wędrowca.

 

– Patrz, jak niedaleko pada jabłko od jabłoni – zaśmiał się Wilard, dosiadając do ognia.

 

– Nawet nie próbuj rozwijać tej myśli – warknął Roger.

 

– Nie no gdzie bym tam śmiał – bąknął jego przyjaciel z miną niewiniątka. – Ale ty, Młody, to się ostro zabieraj do roboty, bo ci przez noc konkurencja wyrosła.

 

Filin łypnął złym okiem na śpiącą parę, ale wyjątkowo nie znalazł słów, żeby odgryźć się starszemu koledze.

 

– Może trza ci jakąś krzywdę zrobić, to i nad tobą będzie się panna litowała? – podsunął usłużnie Nêsper.

 

– Myślisz, że to ino z litości tak, czy jakaś grubsza sprawa się szykuje? – zaciekawił się Vésper.

 

– Może próbowała zbudzić go w nocy pocałunkiem, a jak się nie dało...

 

Dalsze słowa Wilarda przerwał odgłos zbliżających się kroków.

 

Po chwili w obozowisku pojawił się jeden z magów. Zmarszczył brwi na widok śpiącej pary i zdegustowany pokręcił głową.

 

Obrzucił krytycznym spojrzeniem pozostałych łowców i odezwał się głośno:

 

– Chcę rozmawiać z dowódcą.

 

– Co cię do nas sprowadza o tak wczesnej porze? Po nocy żeście hałasowali, spać nie dając i jeszcze skoro świt nas nawiedzacie – odburknął Roger.

 

– Ty jesteś dowódcą? Chcę coś ci pokazać – odparł mężczyzna zniecierpliwionym tonem. Był wyraźnie zmęczony i zdenerwowany. Jego oczy, na owalnej twarzy, były zapadnięte i podkrążone, szczękę zarastał dwudniowy zarost, a lekko siwiejące włosy sterczały na wszystkie strony. Podrapał nerwowo brodę, patrząc ponaglająco na dowódcę.

 

– Niech będzie – Łowca westchnął teatralnie i wstał z ociąganiem.

 

Głosy zbudziły w końcu Catrionę. Roger zdusił cisnący się na usta uśmiech, gdy kątem oka dostrzegł jej zmieszanie. Dziewczyna, gdy tylko zorientowała się, jak spędziła noc, odskoczyła jak oparzona. Jej szkarłatny rumieniec wywołał jeszcze większe rozbawienie wśród łowców. Miała szczęście, że obecność maga oszczędziła jej ciętych żartów Wilarda i pozostałych.

 

Chociaż kto wie, co będzie za chwilę? – pomyślał dowódca, ruszając za czarodziejem.

 

Mężczyzna rozpoczął rozmowę, kiedy tylko oddalili się na odległość zapewniającą im dyskrecję.

 

– W nocy zginął rektor Sarezedas. – Zaczął, nie próbując nawet ukryć zdenerwowania. – Czy ty lub któryś z twoich ludzi zauważyliście coś podejrzanego?

 

Roger zatrzymał się i wbił oczy w maga.

 

– Przez całą noc obserwowaliśmy coś podejrzanego – odparł cichym, spokojnym głosem, który jednak niósł w sobie wyraźną groźbę. – Sarezedas uparcie bronił swoich tajemnic przed Radą Gildii. Jak widać, zaprowadziło go to do grobu.

 

Niewypowiedziane pytanie zawisło między nimi. Mag podrapał nerwowo zarost i ruszył przed siebie.

 

– Myślę, że powinien pan to zobaczyć – rzucił tylko.

 

Roger uśmiechnął się jadowicie za plecami mężczyzny i pospieszył za nim do budynku. Drugi z magów wyglądał na równie zmęczonego. Siedział przy stole, chowając twarz w dłoniach. Słysząc wchodzących, podniósł na nich zmartwione spojrzenie zaczerwienionych oczu. Kiwnął głową dowódcy łowców i wstał, kierując się wspólnie z nimi do pomieszczenia, w którym znajdowały się zwłoki rektora.

 

Roger wypuścił głośno powietrze, udając zszokowanego. Podszedł do zmarłego i zbadał go dokładnie. W nocy nie miał na to czasu. Twarz mężczyzny pokrywała skorupa krwi. Usta miał otwarte do krzyku. Palce zastygły w pozycji upodabniającej je do szponów. Pod połamanymi paznokciami widać było ślady czerwieni. Rozchylił kubrak nieboszczyka, przekonując się, że plamy krwi widoczne były tylko z zewnątrz.

 

Czarodzieje dreptali wokół, wyglądając na zagubionych i zdenerwowanych. Teraz kiedy zabrakło ich mentora, wątpliwości przybrały na sile. Musiało do nich wreszcie dotrzeć, że zebrali więcej, niż mogli unieść.

 

– Znacie przyczynę śmierci? – zapytał Roger. – Badaliście też zapewne aurę magiczną?

 

Mężczyźni spojrzeli po sobie. Odpowiedział starszy z magów – ten, który przyprowadził tu łowcę.

 

– Doznał rozległego zawału serca. Z obrażeń zewnętrznych tylko to, co widać. Aurę oczywiście zbadaliśmy. Pozostał ślad magii rektora, ale nie było to nic wykorzystywanego do ataku lub obrony.

 

Łowca rozejrzał się po pomieszczeniu. Nigdzie nie było widać śladów walki, na stole dopalała się świeca, krzesła były odsunięte, ale niepoprzewracane.

 

– Wygląda to tak, jakby coś dostało się do jego umysłu i wystraszyło go na śmierć – orzekł posępnym głosem, przyszpilając wzrokiem obu magów. Strzelał na oślep, ale brzmiało to dostatecznie wiarygodnie i upiornie zarazem, aby ułatwić czarodziejom podjęcie decyzji o porozumieniu. – Myślę, że to dobry moment, żebyście mi w końcu wyjaśnili, z czym tu tak naprawdę eksperymentujecie. Gildia i tak się tego dowie prędzej czy później, a współpraca z nami będzie dobrze widziana – zaznaczył.

 

Starszy z mężczyzn westchnął ciężko. Wskazał ręką większą izbę i wszyscy usiedli przy prowizorycznym stole, zastawionym papierami.

 

– Sami do końca nie wiemy, z czym mamy do czynienia. Rektor nie zdradzał się z wszystkimi szczegółami. – Zaczął w końcu. – Współpracowaliśmy razem w ramach katedry Magii Eksperymentalnej. Szczerze mówiąc, do niedawna wydawało mi się, że nasza praca jest czysto teoretyczna. Rozpracowywaliśmy zagadnienia dotyczące światów równoległych, jak nazywał je pan Sarezedas.

 

Zamilkł, przecierając nerwowo brodę. Roger patrzył na niego wyczekująco. Mag westchnął ciężko i podjął przerwany wątek:

 

– Jednak kilka dni temu wydarzyło się coś, co mocno poruszyło rektora. Wraz z kilkoma współpracownikami wyruszyliśmy tutaj, aby przeprowadzić testy terenowe opracowywanych sekwencji zaklęć. Nie wiem, jak to możliwe, ale zaklęcia, których dotąd nie udawało nam się aktywować, tutaj zaczęły działać. Jednak, jak z każdą magią eksperymentalną, nie byliśmy w stanie w pełni przewidzieć efektu tych zaklęć. Teraz stało się to poważnym problemem. Wygląda na to, że pan Sarezedas miał rację w kwestii istnienia jakiegoś innego, poza naszym, świata lub przestrzeni. – Czarodziej zamilkł, wpatrując się w stół.

 

Roger obserwował ich w ciszy, uświadamiając sobie, jak bardzo ta sprawa przerasta obu magów. Byli zwykłymi pracownikami uczelni, badaczami i wykładowcami. Widać było, że bardzo się starają, ale są na skraju załamania nerwowego.

 

– Pan Sarezedas mocno naciskał, wypróbowywał coraz bardziej skomplikowane zaklęcia, pomimo że otoczenie sprawiało wrażenie niestabilnego. Cała ta sytuacja zaczynała przypominać zabawę dziecka z ogniem – wtrącił się drugi mężczyzna.

 

– I wtedy pojawiły się upiory? – Zgadł łowca.

 

Czarodzieje pokiwali głowami.

 

– Gdzie wasz trzeci towarzysz? – zapytał Roger, rozglądając się dookoła.

 

Starszy mag przetarł dłonią siwiejące włosy.

 

– Najlepiej będzie, jak panu pokażemy – westchnął.

 

Wstał i podszedł na tył pomieszczenia, odgrodzonego zasłoną. Na jednym z solidnie wypchanych sienników leżał ostatni z ekipy. Mężczyzna był nieprzytomny, twarz miał bladą i spoconą. Roger odsunął koc. Klatka piersiowa rannego była zabandażowana, ale skóra wokół opatrunku już zaczynała ciemnieć.

 

– Dzieło upiora. – Łowca bardziej stwierdził fakt, niż zapytał. – Umiecie mu pomóc?

 

– Ranę zaleczyliśmy, ale skażenie nadal się rozszerza – powiedział z frustracją młodszy z magów. – Musimy go szybko dostarczyć do akademii. Być może tam będą wiedzieli, jak sobie z tym poradzić.

 

– Tylko że nie możecie stąd wyjechać? – Roger popatrzył na nich uważnie. Byli zmęczeni, ale zdeterminowani.

 

– Wszystko wymyka się spod kontroli. Teraz kiedy zabrakło Sarezedasa, możemy w końcu poprosić o pomoc Gildię Magów – odpowiedział młodszy czarodziej. – Nikt z nas nie spodziewał się, że próby nawiązania kontaktu z drugą stroną sprowadzą do nas te istoty. Straciliśmy już jednego kolegę, zanim nauczyliśmy się z nimi walczyć.

 

– Jadąc tutaj, natrafiliśmy na zniszczoną wioskę i zwłoki na trakcie. Wasze eksperymenty przyniosły dużo więcej ofiar niż jeden czarodziej – warknął Roger.

 

Odpowiedziało mu milczenie i pełne napięcia spojrzenia. W ciszy dało się słyszeć świszczący oddech rannego mężczyzny.

 

– Przygotujcie go do drogi. Chcę mieć jak najszybciej raport dla Rady Gildii oraz dokumentację badań. Będą chcieli się z nią zapoznać. Wyruszamy, jak tylko będziecie gotowi – odparł w końcu łowca, ruszając do drzwi. Wyszedł, nie czekając na reakcję ze strony magów. Wiedział, że i tak nie mają innego wyjścia.

 

Kiedy wrócił do oddziału, obozowisko było już zwinięte. Ze zmartwieniem stwierdził, że stan nocnego wędrowca nadal się nie zmienił. Nie spodziewał się jednak niczego innego.

 

– Wilard i Zodan, szykujcie się do drogi. Musicie wywieźć stąd Nero. Nie chcę, żeby magowie odkryli jego stan. Zaczną zadawać pytania i może się zrobić nieprzyjemnie. Kierujcie się w stronę Tesseithy. Niedługo was dogonimy – polecił.

 

Wilard, mamrocząc coś pod nosem o robieniu za niańkę dla śpiącego gnojka, przerzucił bezceremonialnie nocnego wędrowca przez grzbiet Kasztanki i przywiązał go do siodła.

 

Po chwili już ich nie było.

 

Roger usiadł i zaczął się machinalnie bawić wyciągniętą z kieszeni monetą. W pewnym momencie poczuł na sobie wzrok Catriony.

 

– Jak przebiegła rozmowa? – spytała, sadowiąc się naprzeciwko niego.

 

– Dobrze. Zdecydowali się na współpracę. – Łowca streścił jej przebieg rozmowy.

 

Dziewczyna pokiwała głową, więcej się nie odzywając. Objęła kolana ramionami i w ciszy patrzyła w dogasające ognisko. Wyglądała na strapioną. Łowca zabrał się za śniadanie, przyglądając jej się dyskretnie. Była taka podobna do Tesseithy, a jednocześnie tak od niej odmienna. Uśmiechnął się lekko na widok Filina, przysiadającego się do dziewczyny.

 

Minęło może z ćwierć świecy, zanim przybyli czarodzieje. Starszy z magów podszedł do Rogera i wręczył mu torbę.

 

– Znajdują się tam wszystkie dokumenty i raport. Mam nadzieję, że ktoś będzie mu w stanie pomóc – wyjaśnił i zerknął w stronę wozu, na którym spoczywał ranny. – Powiedz proszę radzie, że potrzebujemy tutaj wsparcia. Jak najszybciej. – Dodał, po czym przeniósł wzrok na dziewczynę. – Przydałaby nam się każda pomoc w walce z upiorami.

 

Roger zgrzytnął zębami i zmełł w ustach przekleństwo. Widząc spojrzenie dziewczyny, domyślił się, co dzieje się w tej jej młodzieńczej łepetynie. Musieli ruszać jak najszybciej, zanim dziewczyna wpadnie na jakiś idiotycznie heroiczny pomysł. Tesa powiesiłaby go za jaja, gdyby pozwolił młodej tu pozostać.

 

– Do wieczora powinno dotrzeć wsparcie z Vigo, a pomoc panienki Catriony może okazać się niezbędna przy rannym – rzucił zdecydowanie. Nie zwlekając, wskoczył na konia i dał sygnał do wymarszu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania