Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pamięć Pustkowia - rozdział 22

Już dawno powinien się Pan zorientować, że nie posiada ani wystarczających zdolności magicznych, ani tym bardziej intelektu niezbędnego do udźwignięcia skali problemu. Skoro ponawia Pan badania nad zasłoną, widać, że umiejętności uczenia się na błędach również Panu brakuje.

 

Może gdyby nie uśmiercał Pan jedynych ludzi mogących rzucić jakieś światło na zagadkę Pustkowia, nie biegałby Pan w kółko, jak pies za własnym ogonem i nie musiał uciekać się do proszenia mnie o pomoc, której zresztą nie zamierzam Panu udzielić.

 

Bez wyrazów szacunku

 

Sinas

 

Królewski Mag Istengardu

Sarezedas zgniótł list i z wściekłością rzucił go w kąt. Jego autor może i miał wysokie stanowisko na dworze Hedriona oraz liczące się osiągnięcia w dziedzinie magii eksperymentalnej, ale to wciąż nie dawało mu żadnego prawa, do tak otwartego znieważania rektora Akademii Magii z sąsiedniego królestwa.

 

– Pierdolony gnojek, za kogo on się uważa? Kurwi syn! – wysyczał mężczyzna.

 

Odpowiedziała mu cisza. Współpracujący z nim czarodzieje, wyczuwając nastrój szefa, poszukali sobie zajęć w sąsiednim pokoju.

 

Sarezedas zerwał się z miejsca i zaczął krążyć po pomieszczeniu. Krew dudniła mu w uszach, a mięśnie szczęk aż bolały od ich kurczowego zaciskania. Rektor czuł nieodpartą potrzebę, żeby w coś uderzyć, spalić, zniszczyć… Niestety sprawca jego podłego samopoczucia pozostawał poza zasięgiem. Nie dość, że królewski mag znajdował się daleko, a o jego możliwościach krążyły legendy, to w dodatku nikt nawet nie wiedział, jak ten człowiek właściwie wygląda. Zawsze pozostawał w cieniu, nie angażując się w nic osobiście. Ta bezsilność jeszcze bardziej podsycała gniew.

 

Nagle Sarezedas zatrzymał się i zmarszczył brwi. Z zamyśleniem podniósł pismo i rozprostował je na stole. Przeczytał ponownie. Usiadł. Popukał palcem w papier.

 

Jeszcze nigdy nie spotkałem się z tym, żeby ktoś nazywał nocnych wędrowców po prostu ludźmi – pomyślał.

 

Być może był to tylko nieistotny szczegół. Być może.

 

Na twarz rektora wypłynął zły uśmiech. W Istengardzie nie ścigano dzikich magów i nocnych wędrowców tak, jak w Trovii, jednak wciąż sprzedanie pewnych informacji określonym ludziom mogło okazać się bardzo intratne.

 

Z rozmyślań wyrwały go odgłosy dobiegające z zewnątrz. Rozległo się parsknięcie konia.

 

Kogo tam licho niesie? – czarodziej zmarszczył brwi, wpatrując się intensywnie w drzwi.

 

Obawiał się, że prędzej czy później sytuacja w folwarku wzbudzi zainteresowanie. Sam wyruszył tu, gdy tylko dotarła do niego informacja o rzekomym pojawieniu się nocnych wędrowców. Od początku był pewien, że nie mógł być to zwykły zbieg okoliczności. Nie po tym, co wydarzyło się tu przed laty. Zabrał ze sobą tylko wyniki wcześniejszych badań i w towarzystwie kilku zaufanych ludzi wybrał się pospiesznie w drogę.

 

Pomimo że minęło już tyle czasu, doskonale pamiętał zaklęcia mające otworzyć przejście. Dawniej nie udało mu się ich aktywować, teraz czuł, że coś zaczyna się zmieniać. Niestety w nocy pojawiły się upiory. Choć może pojawiały się już wcześniej? Starali się likwidować je na bieżąco, lecz wciąż za mało skutecznie. Sarezedas obawiał się, że prędzej czy później do Rady Gildii dotrą jakieś pogłoski na ich temat.

 

Zgrzytając zębami, udał się do wyjścia. Jego trzej współpracownicy pojawili się zaraz za nim. Przed budynkiem zatrzymał się oddział konnych. Rektor nie zdziwił się, rozpoznając łowców czarownic.

 

– Witaj, dostojny magu – przywitał się mężczyzna, dosiadający przykuwającego spojrzenie, karego ogiera.

 

– Witajcie. Co was tutaj sprowadza? – zapytał mag zimnym tonem.

 

– Rutynowe zadanie z Gildii Magów, żołnierz idzie, gdzie mu każą – westchnął łowca bezradnie, pokazując pismo z rozkazem. – Mam nadzieję, że nie będziemy zakłócać wam spokoju swoją obecnością?

 

Rektor przyjrzał mu się uważnie. Rozpoznawał tego człowieka. Pojawiał się czasami w towarzystwie Tesseithy de Fiore i wcale nie był takim głupcem, na jakiego chciał pozować. Obok niego, znajdowała się jakaś spłoszona pannica. Czarodziej kojarzył ją z akademii.

 

No tak, prawnuczka de Fiore. Tej starej wiedźmie wydaje się, że jak wyśle tu tę dziewuchę i kochasia, to nie zorientuję się, że wtyka nos w moje sprawy? Gdyby nie oficjalny rozkaz, od razu bym się ich pozbył. W ten czy inny sposób.

 

Sarezedas zwęził gniewnie oczy i wycedził:

 

– Możecie zostać do jutra. Prowadzimy trudne badania i nie chcę, żeby ktoś nas rozpraszał. Rozlokujcie się gdzieś i nie kręćcie po okolicy. Zwłaszcza nocą. Kiedy będziecie gotowi, zapraszam na krótką pogawędkę razem z tą młodą damą – oznajmił, po czym odprawił ich gestem ręki.

 

Dowódca ponownie się skłonił i wraz z oddziałem, ruszył w stronę dalszej części ruin.

 

Sarezedas przyglądał się im spod zmarszczonych brwi, kiedy jego wzrok padł na trzymającego się z tyłu mężczyznę. Odnosił wrażenie, że gdzieś już go widział. Z raczej drobną budową i regularnymi rysami twarzy zupełnie nie pasował do obrazu typowego żołnierza zakonu. Uwagę rektora przykuła jego blada cera i maskujący czar wokół oczu.

 

Mag poczuł nagle szok i ekscytację, przypominając sobie, skąd pamięta tego człowieka. Pojawiał się on we wspomnieniach nocnego wędrowca, którego udało mu się kiedyś dopaść. Czarodziej miał, pomimo wieku, niezawodną pamięć i jako jeden z nielicznych, potrafił wedrzeć się do umysłu przesłuchiwanej osoby. Wspomnienia wędrowca pamiętał doskonale. Zadziałały na niego jak narkotyk i pchnęły do dalszych eksperymentów z zasłoną.

 

Cisza i abstrakcyjne krajobrazy Pustkowia niesamowicie go fascynowały. Marzył o tym, aby móc się tam dostać i narzucić tej dziewiczej przestrzeni swoją wolę. Zaciekawił go również świat po drugiej stronie pustki. Świat, w którym nie było czarodziejów. Jego mieszkańcy nie mieliby szans z wyszkoloną armią wspieraną przez magów bojowych.

 

Sarezedas zastanawiał się gorączkowo, jak to możliwe, że ta… istota towarzyszyła łowcom czarownic? Zakon został powołany w celu likwidacji zagrożenia ze strony nocnych wędrowców. Powinni zatłuc go od razu, kiedy mieli ku temu sposobność lub pojmać i jak najszybciej dostarczyć do siedziby gildii. Zamiast tego przebrali go za jednego ze swoich i starali się ukryć jego prawdziwą tożsamość. Rektor nie musiał się nawet zastanawiać, żeby wiedzieć, kto rzucił na niego czar maskujący

 

Ciekawe, bardzo ciekawe.

 

To odkrycie otwierało wiele możliwości. Będzie musiał dokładnie przemyśleć, jak najlepiej wykorzystać zdobytą właśnie wiedzę. Zastanawiał się, w co grała ta stara wiedźma i jak przekonała nocnego wędrowca do współpracy. Obiecał sobie, że w stosownym czasie wszystkiego się dowie, ale w tej chwili, nie pokazując niczego po sobie, wrócił do wnętrza budynku.

 

Nero zaciskał kurczowo dłonie na wodzach. Serce waliło jak oszalałe, reagując na emocje, jakie wciąż wdzierały się do jego umysłu. Skupiał uwagę na próbie odcięcia się od tych wrażeń i uspokojeniu oddechu. Na szczęście Kasztanka sama ruszyła posłusznie za resztą oddziału. Kiedy tylko trochę się oddalili doleciał go komentarz Wilarda:

 

– Przydupasy rektora dość marnie wyglądają.

 

– Pewnie upiory nie dają im spać – stwierdził Roger.

 

Nero podniósł głowę i rozejrzał się dookoła. Nie zwrócił uwagi na kondycję magów, ale łowcy mogli mieć rację.

 

Dowódca powiódł oddział do najbardziej oddalonej od magów części folwarku. Zatrzymał się przed czymś, co mogło być kiedyś stajnią lub powozownią. Dach zapadł się już dawno, ale resztki ścian wciąż stanowiły osłonę od wiatru. Środek zarósł jednak krzewami i młodymi drzewami.

 

– Spróbujcie trochę tu wykarczować, póki jest jeszcze widno. Nazbierajcie też jak najwięcej drewna na opał, ma starczyć na całą noc. Konie wprowadźcie do środka. Ja muszę się spotkać z naszym gospodarzem – rozkazał Roger i podjechał do nocnego wędrowca.

 

– Będziesz w stanie zabezpieczyć to miejsce na noc? – zapytał ściszonym głosem.

 

– Nie mam wyboru. Jestem pewien, że po zmroku pojawią się upiory – powiedział Nero lekko zachrypniętym głosem.

 

– Wszystko w porządku? – Łowca przyjrzał mu się uważnie.

 

Nocny wędrowiec pokiwał głową i zsiadł z Kasztanki. Oparł się o jej ciepły bok, dając się wykazać łowcom, ścinającym młode drzewka zarastające środek ruiny. Przez chwilę jeszcze wyczuwał na sobie wzrok dowódcy. W końcu jednak Roger odwrócił się bez słowa i przywołał do siebie Catrionę.

 

Nero zastanawiał się, czy magowie będą w stanie wyczuć runiczną barierę. Nie zamierzał jednak z niej rezygnować. Był pewien, że w nocy pojawią się upiory, a on nie czuł się na siłach do uganiania się za nimi. Na skuteczne działanie magów w ich likwidacji, nie miał co liczyć.

 

Wprowadził Kasztankę na świeżo odsłonięte miejsce, rozsiodłał i roztarł jej spoconą sierść. Kiedy skończył, wyszedł na zewnątrz i obszedł budynek dookoła. Ze względu na bujną roślinność nie było to łatwym zadaniem. Chwilami musiał wycinać sobie drogę mieczem. Smukłe runiczne ostrze świetnie sobie radziło, ale nocny wędrowiec miał poczucie, jakby dopuszczał się jakiejś profanacji.

 

– Dobrze, że nie muszę rąbać nim drewna na opał – prychnął rozeźlony.

 

Gdy wystarczająco wyciął krzaki, utkwił wzrok w pozostałościach budynku. Stworzył w głowie obraz przytulnego, bezpiecznego domu i nucąc cicho, zaczął wycinać runy na popalonych cegłach. Szło mu wyjątkowo opornie, jakby samo miejsce, przesycone złą energią, nie chciało stać się bezpiecznym schronieniem. Zajęło mu to więcej czasu, niż zakładał. W końcu znaki były gotowe. Wykonał szybkie nacięcie na dłoni i poczekał, aż wypełni się ona krwią. Następnie podszedł do każdego znaku, aktywując runę.

 

Przetarł zroszone potem czoło. Zapadła już noc, zanim uporał się z barierą. Przynajmniej, skupiając się na pracy, udało mu się odciąć na chwilę od uciążliwego zawodzenia.

 

Łowcy zdążyli w międzyczasie napoić i nakarmić konie oraz rozpalić ognisko. Bliźniaki zabierały się właśnie za szykowanie kolacji. Nero odetchnął z ulgą, widząc, że tym razem Zodan nie będzie dotykał jedzenia. Rozłożył swoją derkę i z przyjemnością wyciągnął się na niej, opierając plecy o siodło. Niestety na spokojny odpoczynek nie miał co liczyć, zawodzenie znowu zaczęło przybierać na sile. Pulsowanie w skroniach przechodziło w coraz silniejszy ból głowy.

 

– To miejsce ma w sobie coś takiego, że przechodzą mnie ciary na dupie – dobiegł go głos Wilarda.

 

Nocny wędrowiec poruszył się niespokojnie, czując przepełniającą go irytację. Nie powinno go tutaj być. Nie należał do tego cholernego świata. Mimo wszystko pojawiał się tutaj, tak jak inni przed nim, żeby sprawdzać, co się dzieje w świecie pozbawionym ochrony strażników. Pozbawionym ochrony poprzez działania magów oraz członków zakonu, takich jak ci tutaj, siedzący z nim przy ognisku. Oprawcy, mordercy...

 

– Poprzednio nie zdążyliśmy się tu nawet dobrze rozejrzeć – zauważył Filin.

 

– Może trzeba było. Rozejrzeć się i pomyśleć, a nie ruszać za nami bezmyślnie jak wściekłe psy spuszczone ze smyczy – warknął Nero.

 

Poczuł na sobie zdziwione spojrzenia łowców. Jego nagły wybuch musiał ich zaskoczyć. Dotąd raczej się nie odzywał i trzymał na uboczu. Pokręcił z rezygnacją głową, zaciskając mocniej zęby. To miejsce źle na niego wpływało, wytrącało z równowagi, wzbudzało niepokój i poczucie zagrożenia. Sprawiało, że nie był sobą. Podsycało złość i lęk. Wiedział, że dzieje się tak za sprawą emocji ofiar, które zginęły w folwarku. Przebijały się do niego pomimo podniesionych osłon i burzyły jego spokój. Z trudem nad sobą panował.

 

– Już zaczyna ci odpierdalać? – zaciekawił się Wilard.

 

Wargi nocnego wędrowca zadrgały w gniewnym grymasie, oczy zwęziły się niebezpiecznie. Wciągnął powietrze głęboko do płuc, przywołując resztki samokontroli. Wypuścił je powoli w długim wydechu, uspokajając się odrobinę. Kiwnął głową i utkwił spojrzenie w mroku nocy.

 

Catriona żałowała, że nie mogła zostać i pomóc łowcom w przygotowaniu obozowiska. Czuła się bardzo niepewnie na myśl o spotkaniu z rektorem. Pana Sarezedasa widywała tylko z okazji wydarzeń akademickich. Wywarł na niej wrażenie nieprzystępnego i srogiego człowieka. Zawsze czuła się onieśmielona w jego towarzystwie.

 

Kwatera zajmowana przez magów była pospiesznie naprawiana i połatana, głównie za pomocą magii. Dziewczyna pomyślała, że gdyby czary przestały działać, wszystko by się rozpadło. Budynek, czymkolwiek był w przeszłości, teraz posiadał izbę jadalną, palenisko i drzwi, prowadzące do dwóch osobnych pomieszczeń.

 

Rektor zaprosił nowo przybyłych do stołu, skleconego ze starych, lekko osmolonych bali. Na blacie leżały, odgarnięte niedbale na bok, stosy notatek, pełne magicznych symboli i schematów. Catriona rzuciła na nie okiem, ale były one na tak zaawansowanym poziomie, że nie była w stanie nic z nich zrozumieć. Na stole paliły się trzy świece w starym, ozdobnym świeczniku. Mag zaproponował im wino i rozlał je do pucharów.

 

– Co więc naprawdę was tutaj sprowadza? Czemu gildia wysłała swoje psy i jak widzę, jedną z moich studentek, zamiast zwrócić się wprost do mnie? – Stary czarodziej nie zamierzał bawić się w uprzejmości.

 

Catriona skuliła się pod jego kpiącym spojrzeniem. Na szczęście odpowiedział Roger, przejmując ton ugrzecznionego prostaka.

 

– Ja tam, panie, nie rozeznaję się w polityce. Kazali sprawdzić, to jadę. Bardzo dobre to wino – powiedział, pociągając spory łyk.

 

Dziewczyna zerknęła na niego zdziwiona.

 

Ciekawe jak często łowcy udają przed magami nierozgarniętych żołdaków?

 

– Coś mi się wydaje, że rozeznajesz się dużo lepiej, niż chcesz się do tego przyznać, panie de Amargo – powiedział zimnym tonem mag. – Ponadto myślę, że maczała w tym również palce nasza droga przyjaciółka. Posunęła się nawet do tego, że przysłała tu swoją wychowanicę.

 

Rektor wbił zimny wzrok w oczy dziewczyny. Catriona zesztywniała, czując, jak jej serce gwałtownie przyspiesza. Rzuciła szybkie spojrzenie w kierunku Rogera, szukając wsparcia. Ten, zupełnie nieprzejęty, uśmiechnął się krzywo.

 

– Być może gildia jest zaniepokojona dziwnymi przypadkami śmierci wśród podróżnych. Być może przymknęłaby na to oko, gdyby na pojedynczych podróżnych się skończyło. Jednak cała, bestialsko zamordowana wioska nie pójdzie łatwo w zapomnienie. Zginęli wszyscy, kobiety, dzieci, nawet zwierzęta. – Głos dowódcy zupełnie się zmienił, a oczy groźnie zwęziły. – Być może gildia wciąż nie ma wystarczających dowodów, aby otwarcie się w to mieszać. Chce jednak pokazać, że pewne sprawy nie umykają jej uwadze.

 

Roger taksował rektora ciężkim wzrokiem, znów częstując się winem. Tym razem zrobił to jednak z klasą prawdziwego arystokraty.

 

Mag odchylił się w tył na ławie i w milczeniu przyglądał rozmówcy. Nie wyglądał na zaniepokojonego jego słowami.

 

– Nie dzieje się tu nic, co mogłoby niepokoić gildię. Wyrżnięte wioski i zaginieni podróżni nie są moim dziełem. Prędzej doszukiwałbym się sprawców we własnych szeregach, łowco czarownic. Jednak w imię dobrej woli i chęci współpracy pozwalam wam rano rozejrzeć się po okolicy. Później uprzejmie was poproszę o opuszczenie mojej posiadłości – wycedził.

 

Obrzucił jeszcze Catrionę szyderczym spojrzeniem. Dziewczyna zapragnęła nagle zapaść się pod ziemię. Nienawidziła tych wszystkich gierek, a czarodzieje nie byli w tej kwestii lepsi od arystokracji.

 

– Żegnam – powiedział rektor, unosząc z cynicznym uśmiechem puchar w parodii toastu.

 

Roger z Catrioną wstali, ukłonili się zdawkowo i wyszli na zewnątrz.

 

Dziewczyna wzdrygnęła się, wspominając rozmowę ze starym magiem. Roger szedł obok w milczeniu. Marszczył czoło, głęboko się nad czymś zastanawiając.

 

– Łatwo nas puścił – zagadnęła dziewczyna, przerywając ciszę.

 

– Za łatwo – zmartwił się łowca. – Wcale mi się to nie podoba. Ten stary lis sprawia wrażenie, jakby coś kombinował. Niestety, nie umiem zgadnąć, co to takiego.

 

Catriona popatrzyła na niego, z nadzieją, że mężczyzna jednak się myli.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Vespera 8 miesięcy temu
    Bardzo podoba mi się to, że rektor od razu ich przejrzał. Musi być inteligentnym typem, idiota nie zostałby przecież rektorem.
  • OsMiornicaDave 8 miesięcy temu
    Inteligentny i pozbawiony skrupułów ?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania