Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pamięć Pustkowia - rozdział 22

Roger zapatrzył się na spalone ruiny folwarku. Na tle zachodzącego słońca zgliszcza wyglądały dość upiornie.

 

Trzeba będzie się jak najszybciej rozmówić z magami, żeby nie wzięli nas za wrogów – pomyślał.

 

Spojrzał na Nero. Nocny wędrowiec nieźle się trzymał, chociaż widać było, że jest niespokojny.

 

Ruszyli powoli w stronę folwarku. Roger przywołał do siebie Catrionę.

 

– Będziemy musieli spotkać się z Sarezedasem. Postaraj się nie zdradzić ze swoją wiedzą na temat zasłony. Najlepiej za dużo się nie odzywaj i odpowiadaj tylko na pytania zadane wprost do ciebie – powiedział do niej półgłosem. – Zachowuj się jak typowa panienka z dobrego domu, miło się uśmiechaj, przytakuj i odzywaj jak najmniej.

 

Puścił do niej oko, starając się rozładować napięcie.

 

– Nie musisz mi tego mówić – prychnęła zirytowana. – Nie jestem głupia.

 

– Nie, nie jesteś – odpowiedział łowca.

 

Wjechali powoli między resztki zabudowań. Wyglądało na to, że od dnia wypadku nic się tu nie zmieniło. Nikt nie próbował odbudowywać majątku. Brama wisiała smutno na zardzewiałych zawiasach, a zniszczony mur chroniący posiadłość był obrośnięty przez dzikie wino i chwasty. Roślinność rozrastała się wszędzie bujnie i, nieniepokojona obecnością człowieka, pomału zakrywała scenę dramatu. Spośród porastających wszystko pokrzyw i jeżyn widać było gdzieniegdzie rozpadające się sprzęty gospodarcze, zarys starego wozu, dalej popękaną studnię, jakieś widły leżały pordzewiałe w trawie. Najbardziej ucierpiał jednak główny budynek. Pozostał po nim tylko sczerniały, popalony szkielet ścian, a w dawnych pokojach radośnie rosły młode drzewa.

 

W najlepszym stanie znajdował się budynek gospodarczy, znajdujący się najdalej od centrum zdarzeń i to właśnie z niego wyszedł Sarezedas w towarzystwie dwóch innych magów.

 

Catriona zawsze była onieśmielona w towarzystwie rektora akademii. Gdyby miała go określić jednym słowem, powiedziałaby, że jest on szacowny. Był to wysoki, postawny mężczyzna, nadal przystojny pomimo siwych włosów i licznych zmarszczek. Miał zawsze ściągnięte usta w grymasie niezadowolenia i groźne spojrzenie błękitnych oczu.

 

Gdyby to jednak Wilard miał się wypowiadać na temat czarodzieja, bez wahania odpowiedziałby, że ten musiał się urodzić z kijem w dupie.

 

– Witaj, dostojny magu – przywitał się Roger, siląc się na uprzejmość.

 

– Witajcie, co was tutaj sprowadza? – zapytał mag zimnym tonem.

 

– Rutynowe zadanie z Gildii Magów, żołnierz idzie, gdzie mu każą – westchnął dowódca bezradnie. – Doniesiono nam o pojawieniu się tutaj nocnych wędrowców i gildia wysłała nas, żebyśmy sprawdzili te pogłoski. Mam nadzieję, że nie będziemy zakłócać wam spokoju swoją obecnością?

 

Rektor wyglądał na niezadowolonego pojawieniem się łowców. Ich zdecydowane pozbycie się z posiadłości nie wyglądałoby jednak dobrze w oczach gildii, a Sarezedasowi nie zależało na konflikcie.

 

– Zostańcie do jutra. Prowadzę trudne badania i nie chcę, żeby twoi ludzie mnie rozpraszali. Rozlokujcie się gdzieś na noc i nie kręćcie się nocą po okolicy – sapnął niezadowolony.

 

Nagle jego wzrok padł na Nero. Miał wrażenie, że gdzieś już go widział. Łowca był raczej drobnej budowy, o delikatnych rysach twarzy i nie za bardzo pasował mu do obrazu typowego żołnierza zakonu. Do tego uwagę rektora przykuła blada cera mężczyzny i maskujący czar wokół oczu.

 

Mag poczuł nagle szok i ekscytację, przypominając sobie, skąd pamięta tego człowieka. Pojawiał się on we wspomnieniach jednego z nocnych wędrowców, którego przesłuchiwał kilka lat temu. Czarodziej miał, pomimo wieku, niezawodną pamięć. Dzięki temu był najlepszy w akademii w rzucaniu bardzo zawiłych zaklęć. Wspomnienia przesłuchiwanych wędrowców pamiętał doskonale, działały na niego jak narkotyk. Cisza i abstrakcyjne krajobrazy Pustkowia, wyglądające jak z koszmarnych snów, fascynowały go. Zawsze marzył o tym, aby móc się tam dostać i w jakiś sposób świadomie narzucić tej dziewiczej przestrzeni swoją wolę. Zaciekawiła go również kultura nocnych wędrowców. Nie podlegali oni żadnemu królowi i byli zupełnie niezależni politycznie. Z tego, co udało mu się także wywnioskować, w świecie, z którego pochodzili, nie istnieli czarodzieje. Jego mieszkańcy nie mieliby szans z wyszkoloną armią wspieranych przez magów bojowych.

 

Zastanawiał się gorączkowo, jak to możliwe, że ta osoba towarzyszyła łowcom czarownic. Zakon został powołany w celu likwidacji zagrożenia ze strony nocnych wędrowców. Powinni zatłuc go od razu, kiedy mieli ku temu sposobność lub pojmać i jak najszybciej dostarczyć do siedziby gildii. Zamiast tego przebrali go za jednego ze swoich i starali się ukryć jego prawdziwą tożsamość. Sarezedas nie musiał się długo zastanawiać, żeby stwierdzić, który z czarodziejów, a właściwie która czarodziejka była odpowiedzialna za zmianę wyglądu nocnego wędrowca – Tesseitha, była członkini rady i kochanka stojącego przed nim dowódcy oddziału. Nigdy za nią nie przepadał.

 

Ciekawe, bardzo ciekawe. To odkrycie otwierało mu wiele możliwości. Będzie musiał dokładnie przemyśleć, jak najskuteczniej wykorzystać zdobytą właśnie wiedzę. Zastanawiał się, w co grała ta stara wiedźma i jak przekonała nocnego wędrowca do współpracy.

 

Obiecał sobie, że w stosownym czasie wszystkiego się dowie, ale w tej chwili, nie pokazując niczego po sobie, skupił się na dowódcy oddziału.

 

Nero starał się uspokoić szalejące w nim emocje i wyglądać na znudzonego zadaniem oraz toczącą się rozmową. Nie było to jednak łatwe. Cały czas miał wrażenie, że słyszy w głowie ciągle zawodzenie domagające się uwagi. Starał się je ignorować, ale stawało się ono coraz bardziej uporczywe. Skupiony nie zauważył spojrzenia rektora i nagłego błysku rozpoznania w jego oczach.

 

– Jak już rozlokujesz swoich ludzi, zapraszam na krótką pogawędkę razem z tą młodą damą – dodał mag zasadniczym tonem, po czym machnął ręką, wykonując gest, którym mógłby równie dobrze odganiać muchę, po czym zniknął za drzwiami.

 

Obaj towarzyszący rektorowi magowie spojrzeli jeszcze na łowców i ruszyli za starszym człowiekiem.

 

Roger odnotował, że nie wyglądali za dobrze. Mieli ciemne kręgi pod oczami i byli widocznie spięci i zmęczeni.

 

Dowódca rozejrzał się w poszukiwaniu najlepiej zachowanego budynku, z dala od obozowiska magów. Niestety, nie mieli zbyt dużego wyboru. Zdecydował się w końcu na starą powozownię. Jej dach zapadł się już dawno, ale resztki ścian dawały przynajmniej schronienie od wiatru. Oddział ruszył w jej stronę.

 

– Spróbujcie trochę tu wykarczować, póki jest jeszcze widno. Nazbierajcie też jak najwięcej drewna na opał, ma starczyć na całą noc. Konie wprowadźcie do środka. Ja muszę się rozmówić z naszym gospodarzem – powiedział Roger, po czym podjechał do Nero.

 

– Myślisz, że będziesz w stanie zabezpieczyć to miejsce na noc? – zapytał ściszonym głosem.

 

– Nie mamy innego wyboru, jestem pewien, że po zmroku pojawią się upiory – powiedział Nero zmęczonym głosem.

 

– Magowie wyglądali na wykończonych – zauważył dowódca.

 

Nero pokiwał głową i zsiadł z Kasztanki. Oparł się o jej ciepły bok, dając się wykazać łowcom, ścinającym młode drzewka zarastające środek ruiny.

 

W tym czasie Roger oddalił się z czarodziejką. Nocny wędrowiec zastanawiał się, czy magowie będą w stanie wyczuć runiczną barierę. Byłoby to pewnie możliwe, ale nie mieli innej możliwości, jeśli nie chcieli się odganiać od upiorów przez całą noc. Na skuteczne działanie magów w ich likwidacji, jak widzieli wcześniej, nie było co liczyć.

 

Wprowadził Kasztankę na świeżo odsłonięte miejsce, rozsiodłał i roztarł jej spoconą sierść.

 

– Poszukam wody dla koni – zaoferował się Filin.

 

Nero obszedł budynek dookoła. Ze względu na bujną roślinność nie było to łatwym zadaniem. Chwilami musiał wycinać sobie drogę mieczem. Smukłe runiczne ostrze świetnie sobie radziło z tym zadaniem, ale nocny wędrowiec miał poczucie, jakby dopuszczał się jakiejś profanacji.

 

– Dobrze, że nie muszę rąbać nim drewna na opał – prychnął rozeźlony.

 

W końcu udało mu się przyjrzeć pozostałościom budynku. Stworzył w głowie obraz przytulnego, bezpiecznego domu i nucąc sobie cicho, zaczął wycinać runy na popalonym drewnie. Szło mu wyjątkowo opornie, jakby samo miejsce, przesycone złą energią, nie chciało stać się bezpiecznym schronieniem. Zajęło mu to więcej czasu, niż zakładał. W końcu znaki były gotowe. Wykonał szybkie nacięcie na dłoni i poczekał, aż wypełni się ona krwią. Następnie podszedł do każdego znaku, aktywując runę. Kiedy skończył, była już noc, a on był mokry od potu. Przynajmniej, skupiając się na pracy, udało mu się odciąć na chwilę od uciążliwego zawodzenia.

 

Łowcy zdążyli w międzyczasie napoić i nakarmić konie oraz rozpalić ognisko. Bliźniaki zabierały się właśnie za szykowanie kolacji. Nero odetchnął z ulgą, widząc, że tym razem Zodan nie będzie dotykał jedzenia. Rozłożył swoją derkę i z przyjemnością wyciągnął się na niej, opierając plecy o siodło. Niestety na spokojny odpoczynek nie miał co liczyć, zawodzenie znowu zaczęło przybierać na sile. Poczuł pulsowanie w skroniach zwiastujące nadchodzący ból głowy.

 

– To miejsce ma w sobie coś takiego, że przechodzą mnie ciary na dupie – dobiegł go głos Wilarda.

 

Nocny wędrowiec poruszył się niespokojnie, czując przepełniającą go irytację. Nie powinno go tutaj być. Nie należał do tego świata. Mimo wszystko pojawiał się tutaj, tak jak inni przed nim, żeby sprawdzać, co się dzieje w świecie pozbawionym ochrony strażników. Pozbawionym ochrony poprzez działania magów oraz członków zakonu, takich jak ci tutaj, siedzący z nim przy ognisku.

 

– Poprzednio nie zdążyliśmy się tu nawet dobrze rozejrzeć – zauważył Filin.

 

– Może trzeba było. Rozejrzeć się i pomyśleć, a nie ruszać za nami bezmyślnie jak psy spuszczone ze smyczy – warknął Nero i poczuł na sobie zdziwione spojrzenia łowców.

 

Jego nagły wybuch musiał ich zaskoczyć. Dotąd raczej się nie odzywał i trzymał na uboczu. Pokręcił z rezygnacją głową, zaciskając mocniej zęby. To miejsce źle na niego wpływało, wytrącało z równowagi, wzbudzało niepokój i poczucie zagrożenia. Sprawiało, że nie był sobą. Podsycało złość i lęk. Wiedział, że dzieje się tak za sprawą emocji ofiar, które zginęły w folwarku. Przebijały się do niego pomimo podniesionych osłon i burzyły jego spokój. Z trudem nad sobą panował.

 

– Już zaczyna ci odpierdalać? – zaciekawił się Wilard.

 

Wargi nocnego wędrowca zadrgały w gniewnym grymasie, oczy zwęziły się niebezpiecznie. Wciągnął powietrze głęboko do płuc, przywołując resztki samokontroli. Wypuścił je powoli w długim wydechu, uspokajając się trochę. Kiwnął głową, potwierdzając przypuszczenia łowcy i ponownie utkwił spojrzenie w mroku nocy.

 

Catriona żałowała, że nie mogła zostać i pomóc łowcom w przygotowaniu obozowiska. Czuła się bardzo niepewnie przed spotkaniem z rektorem. Pana Sarezedasa widywała tylko z okazji wydarzeń akademickich i wywierał na niej wrażenie nieprzystępnego i srogiego człowieka.

 

Kwatera zajmowana przez magów była pospiesznie naprawiana i połatana, głównie za pomocą magii. Dziewczyna pomyślała, że gdyby czary przestały działać, wszystko by się rozpadło. Budynek, czymkolwiek był w przeszłości, teraz posiadał izbę jadalną, palenisko i drzwi, prowadzące do dwóch osobnych pomieszczeń.

 

Rektor zaprosił nowo przybyłych do stołu, skleconego ze starych, lekko osmolonych bali. Na blacie leżały, odgarnięte niedbale na bok, stosy notatek, pełne magicznych symboli i schematów. Catriona rzuciła na nie okiem, ale były one na tak zaawansowanym poziomie, że nie była w stanie nic z nich zrozumieć. Na stole paliły się trzy świece w starym, ozdobnym świeczniku. Mag zaproponował im wino i rozlał je do pucharów.

 

– Co więc tak naprawdę was tutaj sprowadza? Czemu gildia wysłała swoje psy i jak widzę, jedną z moich studentek, zamiast zwrócić się wprost do mnie?! – Stary mag przeszedł od razu do rzeczy, nie bawiąc się w uprzejmości.

 

Catriona skuliła się pod jego kpiącym spojrzeniem. Na szczęście opowiedział Roger, przejmując ton ugrzecznionego prostaka.

 

– Ja tam, panie, nie rozeznaję się w polityce. Kazali sprawdzić, to jadę. Bardzo dobre to wino – powiedział, pociągają spory łyk, jakby pił piwo w karczmie, a nie wytrawne wino, po czym wytarł sobie usta grzbietem dłoni.

 

Catriona zastanowiła się, jak często łowcy udają przed magami nierozgarniętych żołdaków.

 

– Coś mi się wydaje, że rozeznajesz się dużo lepiej, niż chcesz się do tego przyznać, panie de Amargo – powiedział zimnym tonem mag, nie dając się nabrać na pozę dowódcy. – Ponadto myślę, że maczała w tym również palce nasza droga przyjaciółka. Posunęła się nawet do tego, że przysłała tu swoją wychowanicę.

 

Rektor wbił zimny wzrok w oczy dziewczyny. Catriona rzuciła szybkie spojrzenie w kierunku Rogera, szukając u niego ratunku.

 

Ten uśmiechnął się rozbrajająco do maga.

 

– Być może gildia jest zaniepokojona dziwnymi przypadkami śmierci wśród podróżnych. Zdarzyło się nawet, że wyrżnięta została cała wioska. Kobiety, dzieci, nawet zwierzęta zostały bestialsko zamordowane – rzucił lekkim tonem, przyglądając się uważnie magowi.

 

– Być może gildia wciąż nie ma wystarczających dowodów, aby otwarcie się w to mieszać. Chce jednak pokazać, że pewne sprawy nie umykają jej uwadze – dokończył Roger, znów częstując się winem. Tym razem zrobił to jednak z klasą prawdziwego arystokraty.

 

Mag odchylił się w tył na ławie i przyglądał przez chwilę łowcy. Dziewczyną nie zaprzątał sobie głowy. Na razie. Wiedział, że jeśli odpowiednio ją przyciśnie, będzie śpiewała jak w operze. Teraz jednak wolał skupić się na przechwyceniu nocnego wędrowca. Nie zdradzał się ze swoją wiedzą, nie chcąc wchodzić w otwarty konflikt z Zakonem Jasnego Światła. Jednak, jak się to mówi, wypadki chodzą po ludziach. W końcu łowca sam wspomniał o przypadkach tajemniczych śmierci wśród podróżnych.

 

– Nie dzieje się tu nic, co mogłoby niepokoić gildię. W imię dobrej woli i chęci współpracy pozwalam wam rano rozejrzeć się po okolicy. Później uprzejmie was poproszę o opuszczenie mojej posiadłości – powiedział mag tonem sugerującym, że spotkanie właśnie się zakończyło.

 

Roger z Catrioną wstali, ukłonili się i, życząc gospodarzowi spokojnej nocy, wyszli na zewnątrz.

 

Dziewczyna wzdrygnęła się na wspomnienie rozmowy ze starym magiem. Roger szedł obok w milczeniu. Zmarszczył czoło, głęboko się nad czymś zastanawiając.

 

– Nieźle poszło – zagadnęła dziewczyna, przerywając ciszę.

 

– Za dobrze – powiedział łowca. – Wcale mi się to nie podoba. Ten stary lis sprawia wrażenie, jakby coś planował. Niestety, nie umiem zgadnąć, co to takiego.

 

Dochodząc do obozowiska, poczuli przyjemną woń kolacji.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Vespera miesiąc temu
    Bardzo podoba mi się to, że rektor od razu ich przejrzał. Musi być inteligentnym typem, idiota nie zostałby przecież rektorem.
  • OsMiornicaDave miesiąc temu
    Inteligentny i pozbawiony skrupułów 😖

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania